Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura szwedzka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura szwedzka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 kwietnia 2016

Majgull Axelsson "Ja nie jestem Miriam"

Witam Was serdecznie! :) Ciekawa jestem, jak wielu z Was spisało mnie już na straty :) Czas leci nieubłaganie i nawet nie zauważyłam, że to już minęło prawie osiem miesięcy od czasu, kiedy zawiesiłam moje blogi, by zrobić sobie przerwę! Tęskniłam już za Wami bardzo! Wracam do blogowania, a że ostatnio przeczytałam książkę mojej ulubionej autorki, nie mogłam nie napisać chociaż paru słów :) Zatem... mam nadzieję miłej lektury :) 



Autor: Majgull Axelsson
Tytuł: Ja nie jestem Miriam
Wydawnictwo: W.A.B, 2015
Ilość stron: 480




Urodziła się w Niemczech, ale Niemką nie jest.
Mieszka w Szwecji, ale Szwedką nie jest.
W jej żyłach płynie cygańska krew, ale Romką nie jest.
Świat widzi w niej Żydówkę, ale Żydówką nie jest.
Dawno temu była Maliką, ale Maliką już nie jest.
Ma na imię Miriam, ale prawdziwą Miriam nigdy nie była...

Kim zatem jest główna bohaterka? Żadną z nich, nikim, kobietą bez korzeni, bez tożsamości? A może każdą z nich po trochu, z osobowością złożoną w całości z fragmentów, które nijak do siebie nie pasują - niczym źle dobrane puzzle z kilku różnych układanek. Miriam na pierwszy rzut oka nie różni się niczym od dostojnych, eleganckich, miłych szwedzkich kobiet. Jednak za tą chłodną, perfekcyjną fasadą kryje się wnętrze kipiące wręcz od nadmiaru emocji i wspomnień o wydarzeniach z przeszłości, których wolałaby nie pamiętać. Miriam blokuje je, kiedy tylko chcą wypłynąć na powierzchnię. Nie może dopuścić do tego, by ktokolwiek dowiedział się o niej więcej niż jest to konieczne. W efekcie nikt o niej nic nie wie, nawet jej najbliższa rodzina. Z godną podziwu determinacją ukrywa pewną tajemnicę, która mogłaby zrujnować jej cały poukładany z wielką starannością świat. Jednak fałszywe fundamenty mają to do siebie, że są słabe i kruche, z czasem pojawiają się szczeliny, przechodzące w coraz większe pęknięcia, napór jest silny, aż w końcu człowiek musi poddać się zalewającej go fali wypieranych przez lata emocji i wspomnień. Miriam właśnie kończy osiemdziesiąt pięć lat i przez jedno z takich pęknięć wypłynęły słowa, których nie potrafiła w żaden sposób powstrzymać, członkowie jej rodziny słyszą więc coś, czego nigdy się nie spodziewali: "ja nie jestem Miriam". 

Jeśli nie Miriam, to kim jest? Prawdziwej Miriam nie ma, nie żyje od wielu lat. Straciła życie gdzieś w drodze między Auschwitz a Ravensbruck. Los zadecydował, że w tym samym pociągu jechała pewna romska dziewczyna o imieniu Malika. Dotkliwie pobita przez współwięźniarki, była świadoma tego, że podarte ubranie może dla niej oznaczać nawet śmierć. To był wystarczający powód, by zdjąć z ciała zmarłej Miriam sukienkę i nałożyć na siebie - by przeżyć. Sukienka stała się również symbolem. Nie tylko dała szansę na przetrwanie, ale oblekła ciało Maliki w nową tożsamość. Szczęśliwym trafem część cyfr wytatuowanych na ręce dziewczyny pokrywały się z tymi, które należały do Miriam. Te niepasujące Malika wydrapała, zadając sobie głęboką ranę, ale to niewielkie poświęcenie w stosunku do tego, co zyskała. W obozowej hierarchii Cyganie byli usytuowani najniżej. Pogardzani, traktowani jak najpodlejszy ludzki gatunek, mieli znikome szanse na przetrwanie. Zakończenie wojny nie przyniosło właściwie żadnej zmiany. Prześladowanie Romów nie było niczym niezwykłym nawet w wydawałoby się tolerancyjnej Szwecji. W takiej sytuacji Malika nie miałaby żadnych możliwości na rozpoczęcie nowego, godnego życia, gdyby ujawniła prawdę o swoim pochodzeniu. Nawet ludzie, którzy rozpostarli nad nią swoje opiekuńcze skrzydła, nigdy nie zaakceptowaliby jej prawdziwej tożsamości. Uczyła się być kimś innym, a w tym temacie wykazywała niebywały wręcz talent, ale cena za życie z podwójną tożsamością była wysoka. Doskwierało jej poczucie winy, bo czuła, że zdradziła swój naród, wyparła się swoich prawdziwych korzeni. Miriam jednak doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że utrata rodziny byłaby dla niej o wiele dotkliwsza, niż brak przynależności do romskiego narodu, więc milczała. Milczała i cierpiała. 

Majgull Axelsson swoją najnowszą powieścią wymierza palec w stronę swoich rodaków, wywlekając na wierzch niechlubne fakty zapisane na kartach historii Szwecji. Nie tylko rozlicza ich z postępowania wobec Romów przed, w trakcie i po drugiej wojnie światowej, ale również z ich pewnego rodzaju tchórzostwa wobec osób, które przeszły przez piekło obozów koncentracyjnych. Przywoływanie wspomnień był tematem tabu, którego nie należało poruszać. Nie rozumieli tego, co hitlerowcy robili z ludźmi, i nie chcieli wiedzieć. Uciekali od tej wiedzy, zasłaniając się źle pojętym dobrem ofiar. Należało zatem zapomnieć o tym, co się przeszło, patrzeć tylko w obiecującą i bezpieczną przyszłość, bo rozdrapywanie ran nie ma większego sensu. W efekcie ludzie pozostawali z nieprzepracowanymi traumami, które często prowadziły do chorób psychicznych. 

Axelsson porusza temat doskonale znany każdemu z nas. O tym, co działo się podczas drugiej wojny światowej, o obozach koncentracyjnych i holokauście Żydów wiemy sporo, a przynajmniej powinniśmy. Ile natomiast wiemy o nie mniej przecież tragicznych losach Cyganów podczas wojny? Jaką mamy wiedzę na temat tego, co działo się z nimi bezpośrednio po wojennej zawierusze? Niewielką, prawda? 

Styl Majgull Axelsson jest mi niesamowicie bliski. Nawet największy gniot, który by wyszedł spod jej pióra (czy jest to w ogóle możliwe?), pochłonę bez zająknięcia. W tym przypadku autorka dotyka bardzo bolesnych spraw, wszystkie rozterki, problemy i emocje Miriam odczuwa się głęboko. Jedyne, czego mi zabrakło, to wyjątkowej magicznej otoczki wyraźnie odczuwalnej w innych utworach Axelsson, co sprawia, że "Ja nie jestem Miriam" nie zdobyła mojego serca w całości, ale polecam tę powieść, bo mam świadomość, że magia jest tą słabszą stroną w starciu z autentyczną brutalną rzeczywistością. I być może Wy wychwycicie to lepiej niż ja.    


Moja ocena: 4,5/6

wtorek, 30 lipca 2013

4 w 1, czyli nadrabiam zaległości



Dłuuugo mnie tu nie było...

Jestem właśnie u rodziców na wakacjach :) Co prawda czasu mam niewiele, ale i z internetem mam tu tak, że raczej go "wypożyczam" niż mam go na stałe. Dlatego też mało mnie i u siebie, i u Was :(
Mój mózg też postanowił sobie zrobić wakacje. Wszelkie próby napisania porządnej recenzji spełzają na niczym. Przeczytanych książek troszkę się nazbierało, więc muszę trochę podgonić i dziś będą cztery opinie :)




Autor: Guillaume Musso
Tytuł: Papierowa dziewczyna
Wydawnictwo: Albatros, 2013
Ilość stron: 416



Opis z okładki: "Młody pisarz Tom Boyd odnosi niesamowity sukces komercyjny. Jego debiut literacki, powieść "Towarzystwo aniołów", przez wiele miesięcy nie schodzi ze światowych list bestsellerów, a Boyd w krótkim czasie zdobywa sławę i pieniądze. Amerykański wydawca podpisuje z nim opiewającą na dwa miliony dolarów umowę na kolejne dwie książki. Niestety, po opublikowaniu drugiej powieści Tom pogrąża się w depresji, która skutkuje kryzysem twórczym i niemożnością napisania choćby jednej linijki tekstu. Porzucony przez narzeczoną, utalentowaną pianistkę i modelkę Aurore Valancourt, nadużywa alkoholu, nie odpowiada na telefony, a nawet myśli o samobójstwie. Jego najbliżsi przyjaciele są zdruzgotani, nie potrafią mu pomóc. Pewnej nocy majaczącego we śnie pisarza budzi odgłos tłuczonego szkła. W salonie zamieszkiwanej przez niego willi w Malibu pojawia się piękna, całkowicie naga młoda kobieta, która twierdzi, że nazywa się Billie Donelly i jest bohaterką jego ostatniej powieści. Na skutek błędu drukarskiego w części nakładu pozostały niezadrukowane strony - dziewczyna utrzymuje, że wysunęła się z książki Toma w połowie niedokończonego zdania. Niemożliwe? A jeśli to prawda? Kolejne wydarzenia potwierdzają wersję Billie. Tom musi szybko wrócić do pisania, w przeciwnym razie dziewczyna umrze... To nie jedyna wielka niespodzianka, która go czeka."

To pierwsza powieść Musso, z którą miałam możliwość się zapoznać, i z pewnością nie będzie ona ostatnia. Właściwie nie miałam żadnych oczekiwań związanych z lekturą "Papierowej dziewczyny". Dałam się całkowicie ponieść wyobraźni autora i nie żałuję tego kroku. Choć przyznaję, że potknięcia były. Relacje między głównymi bohaterami - Billie i Tomem z początku były dość gwałtowne. Liczne nieporozumienia, wykrzykiwanie swoich racji w połączeniu ze zwracaniem się do siebie per "pan" i "pani" (choć i tu zdarzały się pewne niekonsekwencje) zaowocowały dialogami wręcz najeżonymi tego typu zwrotami:
- Niech się pan ode mnie odczepi! Nie jest pan ani moim ojcem, ani mężem. Prosiłam, żeby pan ze mną przyszedł, to mnie pan spławił. (...)

- Proszę, niech pani przestanie. Przecież nie może pani pić.
Możliwe, że odbierzecie to jako przesadne czepianie się, ale na dłuższą metę było to dla mnie zupełnie niestrawne, co w efekcie wywołało pewien czytelniczy dyskomfort. Na szczęście szybko minął wraz z bliższym zapoznaniem się bohaterów, a tym samym przejściem na "ty" :) Tym, co mnie zaskoczyło najbardziej, choć w niezbyt pozytywnym tego słowa znaczeniu, to zakończenie powieści. Bez wątpienia było ono bardzo pomysłowe, niebanalne, ale... do mnie nie trafiło. Czar prysł.

Pomimo tych zastrzeżeń powieść uważam za niezwykle ciekawą, a co najważniejsze - poruszającą wyobraźnię. Choć jest to komedia romantyczna, wyczuwalne są tu delikatne elementy magiczne, nadające całości smaczku. I mam ochotę na więcej!          

Spodobała mi się również kwestia podkreślenia przez Musso tego, jak bardzo ważną rolę odgrywa czytelnik w "życiu" każdej książki. To właśnie on, nie autor, nadaje jej istnieniu sens. 
Nie wystarczy napisać kropki po ostatnim słowie, żeby powieść zaczęła żyć własnym życiem. (...) Wyobraźnia czytelnika nadaje wydrukowanym słowom inny, głębszy wymiar i to dzięki niej dana historia zaczyna naprawdę istnieć.
Moja ocena: 5/6 






Autor: Jim Crace
Tytuł: Schronienie
Wydawnictwo: Świat Książki
Ilość stron: 288



Opis z okładki: "Po czasach triumfu techniki i nauki w Ameryce nastąpiło... nowe średniowiecze. Przez prymitywny kontynent, wśród śladów po metropoliach, ciągną emigranci szukający lepszego świata. Są wśród nich Frank i Margaret, którzy odkrywają miłość i siłę we wspólnym losie, gdy wali się ich świat. Co zrobią z rodzącym się uczuciem, jakiego nigdy wcześniej nie zaznali? Kim jesteśmy my, ludzie, skazani na próbę przetrwania?".


"Schronienie" stanowi bardzo ciekawy miszmasz. Mamy tu postapokaliptyczną wizję przyszłości, w której cywilizacja przeżywa coś na kształt kolejnego średniowiecza. Ameryka jest w stanie głębokiego kryzysu, a wśród ludzi rozprzestrzenia się choroba - zabójcza i zdradliwa gorączka... emigracyjna. Wielu zdesperowanych ludzi pragnie przedostać się do "kraju za oceanem", kraju niemal mitycznego, gdzie na przybyszów podobno czeka obfitość jedzenia, łagodny klimat, żyzna ziemia, zdrowe powietrze i mili sąsiedzi. Brak jakichkolwiek dowodów na to, że taka kraina istnieje naprawdę, nie zniechęca nikogo. Wyprawa na wybrzeże niesie jednak ze sobą wiele niebezpieczeństw. 

Powieść ta ma w sobie również elementy katastroficzne, które jednak nie dotyczą tylko tego, co się stało w przeszłości. Pewnego dnia prawie wszyscy mieszkańcy wioski nagle umierają. Śmierć dosięga ich we śnie. Choć przypuszcza się, że dotknęła ich epidemia czerwonki, coś tu się jednak nie zgadza. Chociażby to, że wśród zmarłych nie znaleziono żadnych typowych objawów dla tej choroby, a ułożenie niektórych ciał wskazuje na to, że śmierć była nagła. Nic nie zapowiadało nadciagającej katastrofy i nikt nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie, co było przyczyną tej tragedii. Co się więc tak naprawdę stało?

Ku mojemu zaskoczeniu wątek miłosny jest tu dość mocno rozbudowany, lecz nie zdominował on jednak całej powieści, żeby można było zaklasyfikować "Schronienie" jako zwykły romans. Oprócz tego książkę tę śmiało można rownież zaliczyć do prozy przygodowej. Dość wyraźnie jest tu także zarysowana refleksja o naturze człowieka i sensie cywilizacji.
Czasami się zastanawiała, czy Ameryka nie była dawniej zaludniona rasą głupców. Wydawało się jej, że wiele rzeczy z tamtych czasów straciło wartość dla świata i teraz leżą niczym odpadki.
"Schronienie" może nie zrobiło na mnie ogromnego wrażenia, ale z pewnością nie jest to słaba powieść. Myślę, że ze względu na ten mix gatunkowy, o którym wspomniałam, każdy czytelnik powinien znaleźć tu coś dla siebie. 

Moja ocena: 4,5/6    





Autor: Ingrid Hedström
Tytuł: Nauczycielka z Vilette
Wydawnictwo: Czarna Owca, 2013
Ilość stron: 304



Opis z okładki: "Ukochana przez wszystkich nauczycielka zostaje potrącona przez samochód, a kierowca ucieka z miejca wypadku. Z zeznań świadków wynika, że to nie był przypadek. Dlaczego ktoś chciałby zamordować sześćdziesięcioletnią Jeanne Demaret? Takie pytanie zadaje sobie sędzia śledcza Martine Poirot. We współpracy z komisarzem Christianem de Jonge rozpoczyna dochodzenie, by zrozumieć, co naprawdę się stało. Zadziwiajace jest to, że śmierć nauczycielki ma związek z tragicznymi wydarzeniami z przeszłości". 


Z przykrością muszę stwierdzić, że to raczej przeciętny kryminał, przy którym trochę się męczyłam. Ilość występujacych tu bohaterów nieco przytłacza. Na dodatek ich nazwiska nie chciały mi za bardzo utkwić w głowie, dlatego pod koniec już mi się właściwie wszystko mieszało. Nie pomógł mi nawet spis osób umieszczony na poczatku książki. Być może przyczyną tego stanu rzeczy było to, że kryminał ten czytałam na raty. Nie dlatego, że nie miałam czasu, ale dlatego, że mnie w ogóle do niego nie ciągnęło. Dotrwałam do końca wlaściwie tylko dzięki temu, że chciałam się dowiedzieć, jak sprawa się rozwiąże. 

Nie wiem, czy siegnę po kolejną powieść tej autorki. Chyba, że ktoś mnie do tego skutecznie przekona :)

Moja ocena: 3/6 






Autor: Elin Hilderbrand
Tytuł: Powrót na wyspę
Wydawnictwo: Świat Książki, 2011
Ilość stron: 432




Opis z okładki: "Birdie przygotowuje wystawne wesele swojej córki Chess. Niespodziewanie jednak panna młoda zrywa zaręczyny i nie wyjawia powodu tej decyzji. Wkrótce ginie w wypadku w górach Michael, jej narzeczony. Dziewczyna popada w depresję. Aby ją ratować, Birdie, jej druga córka Tate i siostra India decydują się na wspólny wyjazd na piękną wyspę Tuckernuck, gdzie od lat spędzały wakacje. Miesięczny pobyt w tym wyjątkowym miejscu nieoczekiwanie odmieni życie każdej z nich.



Moja podróż na wyspę Tuckernuck razem z bohaterkami powieści miała w sobie coś fascynującego. I nie chodzi tu o fabułę, która powiedzmy sobie szczerze raczej nie zaskakuje. Jak zawsze w powieściach obyczajowych tego typu (czyli takich, gdzie bohaterowie odbywają podróże) zwracam baczną uwagę na... otoczenie. Sugestywne i ciekawe opisy rekompensują mi zazwyczaj fabularne niedostatki. W tym przypadku urzekła mnie sama wyspa, jak i dom, w którym przebywają główne bohaterki powieści. Ani to żadna willa z ogrodem, ani nawet dom, w którym znajdzie się wszystko, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. To zwykły, prosty dom letniskowy, gdzie można natknąć się na latające po strychu nietoperze. W swej niedoskonałości jest on naprawdę... fantastyczny. Z przyjemnością spędziłabym w nim wakacje :)

"Powrót na wyspę" to ciepła, rodzinna, ale także przejmująca opowieść o miłości, przyjaźni i przywiązaniu do drugiego człowieka. Powieść wprost idealna na lato :)  

Moja ocena: 4,5/6


Opinie biorą udział w wyzwaniach: Czytamy serie wydawnicze, Pod hasłem, W prezencie, Z literą w tle
     

niedziela, 30 czerwca 2013

Ostatnie już spotkanie z Axelsson




Autor: Majgull Axelsson
Tytuł: Droga do piekła
Wydawnictwo: W.A.B., 2009
Ilość stron: 392



Jest to debiut powieściowy szwedzkiej pisarki, który w Polsce po raz pierwszy ukazał się pod innym tytułem - "Daleko od Niflheimu". Niflheim to mityczna, skuta lodem kraina, ponura otchłań, stanowiąca niejako przeciwieństwo krainy wiecznego szczęścia - Walhalli. Czy można więc Niflheim nazwać piekłem? 

Czym tak naprawdę jest piekło? Gdzie jest? Jak wygląda? Czy aby na pewno piekło jest tam, gdzie trafiają dusze ludzi, którzy za życia postanowili urozmaicić swoją egzystencję złymi uczynkami? Cecylia, bohaterka powieści, nie wierzy w takie piekło. Jej życiowe doświadczenia i obserwacje skłaniają ją do innych przemyśleń - piekło jest tu - na ziemi - i to ludzie je tworzą. Jako szwedzka dyplomatka, która dużo podróżuje po świecie, ma wiele możliwości, by widzieć dowody ludzkiej niesprawiedliwości. Kiedy przebywa na Filipinach, wraz z wybuchem miejscowego wulkanu Pinatubo, zaczyna się jej prywatne piekło, które omal nie przypłaca życiem. W tych dramatycznych chwilach towarzyszy jej Ricky - kierowca z ambasady, Butterfield - eskortowany ze szpitala szwedzki więzień, Dolores - mała dziewczynka i NogNog - filipiński rebeliant. Każda z tych osób ma swoją przejmującą historię - świadectwo rzeczywistości, w którym rządzi społeczna niesprawiedliwość, w którym rządzą podziały na lepszych i gorszych, bogatych i biednych. Te dwa tak różne oblicza świata dzieli przepaść nie do pokonania. Jedni wyzyskują i krzywdzą drugich, ci w odwecie nienawidzą tych, którzy uważają się za lepszych. Nie ma żadnej możliwości być zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie. Przykładem mogą być dramatyczne słowa pewnej Szwedki, żyjącej w biednym rejonie Indii:
"Nadejdzie Dzień Sądu Ostatecznego! Nie chciałabym wtedy być z dziećmi w bogatym świecie. Wszyscy się usmażycie, udusicie od tych waszych spalin, sczeźniecie w ogniu zemsty...".
Po traumatycznych przeżyciach na Filipinach, Cecylia powraca do Szwecji. Jednak tam czeka na nią umierająca matka. Towarzyszenie jej w tych trudnych chwilach staje się pretekstem do podróży w głąb siebie, to czas, kiedy wracają wspomnienia z niezbyt szczęśliwego dzieciństwa i bolesnego okresu dorastania. Cecylia wciąż przebywa w swoim piekle, a może tak naprawdę nigdy poza nim nie była? Może nigdy się z niego nie wydobędzie...

"Droga do piekła" to wstrząsająca opowieść o bezradności wobec dziejącego się wokół nas zła, o lęku i samotności, o potrzebie znalezienia swego miejsca na ziemi. A także o cierpieniu, nienawiści i rozpaczy. Axelsson jest prawdziwą mistrzynią w podejmowaniu trudnych tematów, a robi to w taki sposób, że nie sposób jest oderwać się od książki.

Moja ocena: 5,5/6         

   



Autor: Majgull Axelsson
Tytuł: Lód i woda, woda i lód
Wydawnictwo: W.A.B., 2010
Ilość stron: 560


"Odyn" mógłby być jedynym statkiem na świecie.
"Odyn" jest jedynym statkiem na świecie.
Ludzie na pokładzie mogliby być jedynymi ludźmi. 
Są jedynymi ludźmi. (...)
"Odyn" mógłby być oddzielnym uniwersum.
"Odyn" jest oddzielnym uniwersum.
Światem w drodze do zupełnie innego świata.

"Odyn" to nazwa lodołamacza, którym znana pisarka kryminałów Susanne udaje się w podróż w poszukiwaniu inspiracji do swojej kolejnej książki. Kajuta, która miała być dla niej ostoją bezpieczeństwa i samotności, staje się jednak miejscem, gdzie nie ma żadnego twórczego szału, nie rodzą się nowe pomysły. Jest tylko strach, bezradność i poczucie osaczenia. Jej spokój zakłóca nieproszony gość, który regularnie zakrada się do kajuty pisarki. Zostawia po sobie ślady, które wzbudzają niepokój, a czasem nawet obrzydzenie. Kim jest ten człowiek? I czego tak naprawdę chce od Susanne? 

Kobieta żyje w ciągłym lęku, a ten stan nie sprzyja uciekaniu przed życiem, przed tym co było. Wręcz przeciwnie. Bolesne wspomnienia z przeszłości bombardują ją ze zdwojoną siłą. Mało tego okazuje się, że na pokładzie lodołamacza znajduje się mężczyzna, którego losy niejako łączą się z losami pisarki, choć oboje przez dłuższy czas nie mają o tym najmniejszego pojęcia. Wspólnym mianownikiem ich znajomości jest osoba, która była niegdyś przyjaciółką Susanne. Przyjaciółką, która zawiodła. 

"Lód i woda, woda i lód" to jednak przede wszystkim historia o zawiłych rodzinnych relacjach, braku porozumienia, a nawet miłości. Między siostrami - bliźniaczkami wyrasta mur zbudowany z milczenia i wzajemnej niechęci. Kiedy jedna z nich, Elsie, rodzi dziecko, nie jest w stanie się nim zaopiekować. Nie chce go. Chłopczyk, Bjorn, trafia w ręce drugiej siostry, Inez. To ona staje się dla niego matką. Kochającą ponad miarę, taką która jest w stanie wyjść dla niego za mąż, by miał ojca, i urodzić dziecko, by miał rodzeństwo. Właśnie dlatego pojawia się na świecie Susanne i to nie do niej należy serce matki. Mimo tego rodzina, która stworzyła Inez, funkcjonuje bez żadnych większych problemów. Do czasu, kiedy Bjorn staje się popularną gwiazdą muzyki pop.

Axelsson jak zwykle z niezwykłą dbałością o szczegóły penetruje ludzkie dusze. Fascynuje. Tu postacie ruszają w podróż, by zmierzyć się z wszystkimi swoimi lękami i prywatnymi dramatami, które stoją im na drodze do nowego życia. Muszą stawić czoło przeszkodom, pokonać je, rozłupać na małe kawałeczki. Muszą być niczym lodołamacz, który kruszy przed sobą lód.

To kolejna naprawdę świetna powieść Axelsson. I choć można w tym miejscu zarzucić autorce, że kroczy tymi samymi utartymi ścieżkami, że posługuje się znanymi już schematami, to i tak jestem w stanie jej wszystko wybaczyć, bo jej powieści czytałam sercem, nie głową. Z niecierpliwością wyczekuję dnia, w którym księgarniane półki wypełni jej nowe dzieło. 

Moja ocena: 5,5/6


Opinie biorą udział w wyzwaniach: Czytamy serie wydawnicze, Z literą w tle 


P.S. Podsumowanie wyzwania "Z literą w tle" pojawi się wieczorem :)
Miłego dnia! 
            

piątek, 28 czerwca 2013

3 w 1, czyli Majgull Axelsson w kolejnych odsłonach


Spotkania z moją ulubioną pisarką ciąg dalszy :)
Dziś będą trzy opinie. Starałam się za bardzo nie rozpisywać, żeby nie powstał post-epopeja, którym mogłabym Was zanudzić. Mam nadzieję, że mi się to udało :)




Autor: Majgull Axelsson
Tytuł: Dom Augusty
Wydawnictwo: W.A.B., 2010
Ilość stron: 452


"Szepty domu. Słyszy je, jak tylko zamknie oczy. Ciche, szeleszczące dźwięki, których nie sposób rozróżnić, ani zrozumieć. Można tylko domyślać się z nich słów i zdań, bo szeptane są na melodię wszystkich baśni. Szeleszczący szmer sączy się z niewidocznych zakamarków. kanciaste spółgłoski staczają się ze schodów jak kulki do gry. Krótkie, pozbawione tchu pauzy wypełniają niemożliwą do usłyszenia baśń, nasycając ją znaczeniami".

Dom Augusty to ważne miejsce, choć niepozorne, kryje w sobie mnóstwo tajemnic. Tajemnic życia i śmierci. Jest świadkiem wydarzeń tych dobrych, choć jest ich tak mało, i tych skrzętnie skrywanych przed światem, tych, o których chciałoby się zapomnieć. Ale dom pamięta i będzie pamiętać do czasu, aż jego mury skruszą się pod naporem czasu. Jest również azylem dla kobiet, które pragną ukryć się, schować gdzieś w bezpiecznym miejscu swój ból i rozczarowanie, swoją samotność i społeczną izolację, ale także hańbę wiążącą się z noszeniem w łonie dziecka, którego nie powinno być.

Kobiety, o których piszę, należą do tego samego rodu, zapoczątkowanego przez Augustę. Ich historie przeplatają się wzajemnie, i choć są one umieszczone na różnych planach czasowych, mamy wrażenie, że niewiele się tak naprawdę zmienia. Losy Augusty, Alicji i Andżeliki - reprezentantek kilku pokoleń tego samego rodu mają w swoich życiorysach wiele punktów wspólnych. Wysnuwamy więc dość ponury wniosek o tym, że choć bardzo chcemy wystrzegać się błędów popełnionych przez swoje matki, babcie, prababcie, w ostatecznym rachunku wynika, że robimy dokładnie to samo. A im dalej w las, tym więcej napotyka się drzew i cierni, które ranią coraz mocniej i głębiej. Zadane rany mogą się okazać zbyt głębokie, a niemożliwy do opanowania ból poprowadzić może w końcu do tragedii.   

W powieści tej zetkniemy się z przemieszaniem dwóch światów - tym, które znamy z baśni i ludowych opowieści z codzienną, szarą rzeczywistością. Jednak nie istnieją one na tych samych prawach. Nie ma mowy o koegzystencji. Baśniowy świat umiera i robi to w bardzo przejmujący sposób. Przegrywa z cywilizacyjnym rozwojem, z coraz powszechniejszą industrializacją, z każdą nowo powstałą fabryką, ponieważ "kiedy ludzie idą do fabryki, muszą zostawić u jej wejścia swoje marzenia". Pragną dóbr materialnych, zubażając przy tym swoje potrzeby duchowe. Jednak bez marzeń i bez baśni nic nie wydaje się piękne, szare barwy zaczynają nadawać ton życiu i wszelkim emocjom.      

To bodaj najsmutniejsza i najbardziej przejmująca powieść Axelsson. W swojej wymowie jest dość pesymistyczna, lecz jest to jedna z tych książek, które pozostawiają w czytelniku trwały ślad. Naprawdę warto tego doświadczyć na własnej skórze!

Moja ocena: 5,5/6




Autor: Majgull Axelsson
Tytuł: Kwietniowa czarownica
Wydawnictwo: W.A.B., 2011
Ilość stron: 496


"Ja jestem tą upragnioną.
Ja jestem tą, która nie przyszła.
Ja jestem zapomnianą siostrą".


Christina, Margareta, Birgitta są siostrami, choć nie łączą je ze sobą żadne więzy krwi. W pewnym momencie swojego życia wszystkie trafiają w to samu miejsce - do domu Cioci Ellen. To ona zajmie się wychowaniem dziewcząt, otoczy opieką, będzie dla nich matką, ponieważ te biologiczne zawiodły. Każda z sióstr jest inna, posiadają różne temperamenty, różne życiowe doświadczenia, nierzadko traumatyczne. Trafiając pod opiekuńcze skrzydła Ellen, wszystkie próbują się na swój sposób dostosować do nowej rzeczywistości. I choć Christina i Margareta radzą sobie z tym całkiem dobrze, Birgitta nie zamierza dostosowywać się do roli wychowanki obcej osoby. Zbuntowana, wręcz agresywna, wybiera drogę prowadzącą wprost w objęcia alkoholizmu, narkomanii i poniżenia, które każe jej przespać się z każdym facetem, którego spotka na swojej drodze. Czarna owca, która winą za złamane życie obwinia wszystkich, tylko nie siebie.

Jest jeszcze jedna postać, najważniejsza. Desiree - ta, która ma do Ellen największe prawa, bo jest jej prawdziwą córką. Odrzuconą, bo tak nakazywało chore prawo w Szwecji lat 50. nakazujące kalekie dzieci oddawać do ośrodków pomocy. Postrzegane były jako bez mała przedmioty nienadające się do użytku, niepełnowartościowi ludzie, których należy wyizolować z reszty społeczeństwa. Desiree urodziła się z porażeniem mózgowym, co było jednoznaczne z faktem, że stanie się takim wyrzutkiem. Upośledzenie dotknęło całego jej ciała, lecz nie umysłu. Nadzwyczaj bystra i inteligentna, dzięki staraniom pewnych ludzi mogła porozumieć się z otoczeniem. To jednak nie wszystko. Posiadała ona bowiem pewne nadzwyczajne umiejętności. Uwięziona we własnym niedoskonałym ciele, mogła mimo wszystko podróżować. Była kimś, kto potrafił pokonać wszelkie ograniczenia. Była kwietniową czarownicą. Tą, która może przemieszczać się w czasie i przestrzeni, może się ukryć w kropli wody i w owadach z taką samą łatwością, z jaką bierze w posiadanie ludzi. Korzystając ze swoich umiejętności wcielania się w ludzi i zwierzęta, podsyła każdej ze swoich sióstr list przywołujący dawne, bolesne wspomnienia.

Axelsson w "Kwietniowej czarownicy" dotyka wielu bolesnych tematów, analizuje, obnaża ludzkie słabości. Kreśli niezwykle głębokie i bardzo emocjonalne portrety psychologiczne swoich bohaterek. To naprawdę kawał wspaniałej i niezwykłej prozy.   

Moja ocena: 5,5/6





Autor: Majgull Axelsson
Tytuł: Pępowina
Wydawnictwo: W.A.B., 2013
Ilość stron: 554


Właśnie od "Pępowiny" rozpoczęła się moja podróż przez powieści Axelsson, dlatego tę właśnie książkę cenię sobie najbardziej. To ona otworzyła mi drzwi do naprawdę niesamowitej, wspaniałej "axelssonowej" przygody. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę, że to nie jest najlepsze dzieło tej autorki, że są lepsze, ale nie zmienia to faktu, że "Pępowina" była swego rodzaju wabikiem, i gdyby nie była dobra, prawdopodobnie darowałabym sobie inne tytuły.    

Pewne małe szwedzkie miasteczko nawiedza jesienny sztorm. Mało tego jego mieszkańcom zagraża powódź. Kilka osób szuka schronienia w restauracji Minny. Wydaje się, że ta grupka składa się z zupełnie przypadkowo dobranych ludzi. Na pierwszy rzut oka są sobie zupełnie obcy, ale jest coś, co sprawia, że widzimy między nimi niezwykłe podobieństwo. To relacje jakie łączą poszczególne osoby z najbliższymi - matkami, ojcami, córkami, synami... Porozumienie na tym poziomie jest jakieś kalekie, daleko mu do ideału. Skrzywdzeni w jakiś sposób przez swoich rodziców, nie potrafią uchronić się przed błędami w wychowywaniu swojego potomstwa. W relacji rodzic-dziecko trudno dopatrywać się normalności, coś bez przerwy szwankuje. Tacy ludzie nie potrafią dać z siebie tego, czego się od nich oczekuje. Krzywdzą nie tylko innych, ale i samych siebie. 

"Pępowina" to powieść traktująca o macierzyństwie, lecz w raczej negatywnym tego słowa znaczeniu. Dramaty toksycznego rodzicielstwa prowadzą do poważnych konsekwencji. Choć są tacy, którzy podejmują próby stworzenia więzi z dzieckiem, opartej na zdrowych relacjach, obierają jednak błędną drogę w dążeniu do tego celu. Nie mając mocnych podstaw wyniesionych ze szczęśliwego dzieciństwa, budują coś chwiejnego, coś co burzy się niczym domek z kart przy najmniejszym podmuchu.           
"Moja córka nigdy nie chciała tego wszystkiego, co jej dałam. Chciała czegoś innego. Ale nie można dać komuś czegoś, czego samemu nigdy się nie miało".

Moja ocena: 5,5/6

Wszystkie opinie biorą udział w wyzwaniach: Czytamy serie wydawnicze, Z literą w tle       

czwartek, 27 czerwca 2013

Majgull Axelsson i pewna zapowiedź

Majgull Axelsson - czy jest ktoś, kto o niej jeszcze nie słyszał? Kto nie czytał choćby jednej z jej powieści? Do niedawna należałam do tej drugiej grupy, lecz to się zmieniło i wkrótce dołączę do tych, co przeczytali wszystkie książki jej autorstwa :)

Majgull Axelsson zawładnęła moim sercem, moimi zmysłami, moimi myślami, moją wyobraźnią. Całkowicie wkomponowała się w mój gust czytelniczy. Chłonęłam wykreowane przez nią światy całą sobą, bohaterzy stawali mi się tak bliscy, jak to było tylko możliwe, ale przede wszystkim pokochałam styl pisania autorki. Axelsson przede wszystkim nie boi się wplatać w fabułę elementów fantastycznych, które nadają nie tylko jakości utworom, ale właściwie odgrywają kluczową rolę, bez nich zagubiłby się sens przekazu. Ciekawe jest to, że odbiera się je jako naturalny stan rzeczy, nie myśli się o tym, że "to przecież niemożliwe". 

Te ogólne przemyślenia postaram się poszerzyć podczas pisania opinii o każdej z książek Axelsson. Na pierwszy ogień idzie "Ta, którą nigdy nie byłam".




Autor: Majgull Axelsson
Tytuł: Ta, którą nigdy nie byłam
Wydawnictwo: W.A.B., 2012
Ilość stron: 448


Mary, Marie a może MaryMarie? Trzy bohaterki? Dwie? A może tak naprawdę jedna? A może jeszcze inaczej - kilka osób w jednym ciele, ale żyjących w odmiennych rzeczywistościach. Brzmi skomplikowanie, lecz w tym chaosie można odnaleźć sens, ponieważ rzecz dotyczy rozdwojenia jaźni. 

Mary Sundin, znana jako MaryMarie, to kobieta, której życie nigdy nie rozpieszczało. Jako dziecko uciekała w świat fantazji, tworząc swoje drugie ja - Marie. Wymyślone przez dzieci postacie zazwyczaj dość szybko popadają w zapomnienie, ale nie w przypadku Mary. Kiedy tylko zamknie oczy, pod osłoną zamkniętych powiek Marie tworzy swoje własne życie. Obie mają męża, Sverkera, który "nigdy nie chciał dawać. Chciał tylko mieć. Wszystko i wszystkich". Wielokrotnie zdradzał i oszukiwał swoją żonę. Ta z kolei nigdy mu niczego nie wypomniała, przemilczała wszystkie jego występki, ale... czy wybaczyła? Pewnego dnia Sverker doigrał się. W pewnym wschodnioeuropejskim mieście zostaje znaleziony na ulicy po tym, jak w niewyjaśnionych okolicznościach został wyrzucony przez okno po nocy spędzonej z nieletnią prostytutką. Doznany uraz kręgosłupa już na zawsze ma przywiązać go do wózka inwalidzkiego. Czuwając przy sparaliżowanym mężu w szpitalu, MaryMarie próbuje podjąć decyzję, która ma wpłynąć na dalsze losy ich obojga. Jedna z jej osobowości - Mary - pomimo upokorzenia, jakiego doznała ze strony męża, chce zabrać go do domu, otoczyć opieką, choć dobrze wie, że nigdy nie będzie w stanie mu wybaczyć. Marie bierze pod uwagę możliwość pociągnięcia za kabelek respiratora, jedynego w tym momencie łącznika Sverkera z życiem.

Od tej chwili jednocześnie poprowadzone są dwie alternatywne historie. Każda z nich jest możliwością tego, co mogłoby się wydarzyć po podjęciu decyzji przez MaryMarie. Obie są prawdopodobne i czytelnik nie ma pewności, która z nich jest prawdziwa. Czy ta, w której Mary trwa u boku chorego męża, choć ich małżeństwo jest już właściwie iluzją? A może ta, w której Marie trafia do więzienia za umyślne spowodowanie śmierci?                         

"Ta, którą nigdy nie byłam" to psychologiczne studium kobiety cierpiącej na rozszczepienie jaźni. Axelsson stworzyła postać sfrustrowaną, ale przede wszystkim grzęznącą we własnych fobiach i lękach.
"Zawsze się bałam. Bałam się być zbyt brzydka i bałam się być zbyt piękna. Bałam się za bardzo zbliżyć do drugiego człowieka i równie mocno obawiałam się odrzucenia. Bałam się drwin. Bałam się oskarżeń, że się mylę, i równie mocno obawiałam się uznania mnie za arogancką, kiedy miałam rację. Takie życie bardzo wyczerpuje".  
Trauma, której doznaje po wypadku Sverkera, odbiera jej mowę. Dosłownie. Coś pozbawia jej zdolności mówienia, choć nie traci kontaktu z rzeczywistością, natomiast słowa, które chce wyartykułować, składają się ostatecznie tylko w jedno jedyne słowo, które wydobywa się z jej ust - albatros. Powinna wybaczyć mężowi wszystko, wie, że może to być wyjściem z trudnej sytuacji, ale czy jest na tyle silna, by to zrobić? Zastanawia się również nad tym, czym tak naprawdę jest przebaczenie? 
"Może wybaczenie jest obietnicą. Ale co się obiecuje? Nie pamiętać tego, co się pamięta? Nie płakać nad tym, nad czym się płacze? Nie pogardzać tym, co naprawdę rodzi pogardę?"
Czy można więc zrobić coś, czego się nie rozumie?

"Ta, którą nigdy nie byłam" to książka niezwykła, intrygująca, mądra, oryginalna, jest wartością samą w sobie. Jest to powieść o poszukiwaniu drogi do własnego wnętrza, by odnaleźć nie tylko spokój, ale i... siebie samego.
Polecam!!!    

Moja ocena: 5,5/6

Recenzja bierze udział w wyzwaniach: Z literą w tle, W prezencie, Czytamy serie wydawnicze 



Zapowiedź
Na koniec chciałam Wam troszkę przybliżyć pewną książkę, która moim zdaniem zapowiada się naprawdę interesująco. Niebawem (3 lipca) nakładem Wydawnictwa Otwartego ukaże się książka pt. "Dziewczyny atomowe" autorstwa amerykańskiej dziennikarki Denise Kiernan.

W latach 1942-1945 w ściśle strzeżonym ośrodku Oak Ridge w stanie Tennessee wiele tysięcy młodych Amerykanek zajmowało się wzbogacaniem uranu niezbędnego do produkcji broni jądrowej. Zaangażowane w tzw. Projekt Manhattan, świadomie pozbawione wiedzy na temat celu wykonywanej przez siebie pracy,€“ opuściły rodzinne domy, by na własny sposób wziąć udział w wojnie. Jedną z nich, była Celia Szapka, Amerykanka polskiego pochodzenia. Jak inne głęboko wierząca w sens swojej pracy na drodze rychłego i zwycięskiego zakończenia najbardziej wyniszczającej z wojen…      

"Non-fiction w najlepszym wydaniu – znakomicie opowiedziana, płynnie napisana historia o grupie kobiet, które wykonały ściśle tajne, niezwykle istotne zadanie podczas drugiej wojny światowej. Denise Kiernan odtwarza zapomniany rozdział amerykańskiej historii w dziele równie dopracowanym i wyjątkowym, co wciągającym".
Karen Abbott, autorka Sin in the Second City

piątek, 30 listopada 2012

"Burza z krańców ziemi" Åsa Larsson



Autor: Åsa Larsson
Tytuł: Burza z krańców ziemi
Wydawnictwo: Otwarte, 2008
Ilość stron: 334




Książka trafiła do mnie dzięki temu, że szczęśliwie zostałam wylosowana w konkursie zorganizowanym przez Agatę P na jej blogu (jeszcze raz dziękuję!). Do tej pory nie miałam okazji zapoznać się z twórczością tej szwedzkiej pisarki, więc świetnie się złożyło, że zaczęłam od pierwszej części cyklu, czyli właśnie od "Burzy z krańców ziemi".

Przenieśmy się teraz do dobrze znanego nam mroźnego, surowego skandynawskiego klimatu. Nałóżmy na siebie kilka warstw ciepłej odzieży, puchatą czapę na głowę, a na nogi wsuńmy przyjemnie wypełnione grubą warstwą kożuszka wygodne buty, nie żadne tam jakieś modne kozaczki, które mogą doprowadzić tylko do paskudnych odmrożeń. Przygotujcie się na zwiedzanie małego miasteczka, które pod puchową śniegową pierzyną skrywa wielkie tajemnice i ludzkie dramaty. Ale oto przybywa do niego prawniczka, Rebeka Martinsson, która nieco odgarnie tego śniegu, odsłaniając przy tym nieprzyjemny brud i błoto. Brud, który może być niebezpieczny...

Rebeka wraca do rodzinnego miasta, by pomóc swej przyjaciółce z dawnych lat, która została oskarżona o zamordowanie własnego brata - przywódcy lokalnego protestanckiego kościoła. Wiktor był osobą powszechnie lubianą i bardzo dobrze znaną w miasteczku, można powiedzieć - miejscowy celebryta. Jednak komuś się naraził na tyle, że konflikt przypłacił życiem. Czy jego siostra, Sanna, miała wystarczający powód do tego, by posunąć się do tak dramatycznego czynu? Rebeka stara się zrobić wszystko, by odkryć prawdę. Będzie ją to sporo kosztowało, gdyż sprawa ta przywoła głęboko skrywane demony z przeszłości, mroczne i bardzo bolesne.

Bohaterowie powieści wzbudzają raczej mieszane uczucia. Rebeka w moich oczach to po prostu marionetka, za której sznurki umiejętnie pociąga Sanna. Najgorsze jest to, że doskonale zdaje sobie z tego sprawę, lecz nie potrafi nic z tym zrobić. Próbuje się buntować, szamocze się niczym mucha przyklejona do sieci pająka, lecz jej działania w tym kierunku nie przynoszą żadnych skutków. To w pewien sposób irytuje i mamy ochotę porządnie potrząsnąć naszą bohaterką. Tak samo mamy ochotę mocno przyłożyć Sannie, manipulantce, która jednocześnie jest tak słaba psychicznie (a może udaje?), że aż... ma się jej dość.  Właściwie nie do końca wiadomo, czy mamy do czynienia z dorosłą kobietą, czy z niedojrzałą emocjonalnie nastolatką.

Śledztwo trochę się wlecze i więcej w nim właściwie domysłów niż dowodów. Zabrakło mi tu, niestety, zaskakujących zwrotów akcji, które dodałyby akcji dynamiki. Mimo wszystko intryga jest na tyle ciekawie skonstruowana, że nie pozwoliła mi się oderwać od książki. Poza tym spodobał mi się język utworu. Do doskonałości jeszcze mu trochę brakuje, lecz gdy tylko autorka podszlifuje swój warsztat pisarski, może napisać coś naprawdę świetnego. A może już napisała, tylko o tym jeszcze nie wiem :) W każdym razie bardzo się cieszę, że "Burza z krańców ziemi" trafiła w moje ręce i jestem całkowicie pewna, że jeszcze niejeden wieczór spędzę przy kryminale autorstwa Åsy Larsson.

Moja ocena: 4,5/6   

Książka ta bierze udział w wyzwaniu "Z literą w tle" :)