Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat Książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat Książki. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 stycznia 2014

"W pajęczej sieci" Joy Fielding






Autor: Joy Fielding
Tytuł: "W pajęczej sieci"
Wydawnictwo: Świat Książki, 2010
Ilość stron: 432


     Gdyby bohaterka powieści, Charley Webb, była moją znajomą, uwierzcie mi - trzymałabym się od niej z daleka. Nie dlatego, że jej nie lubię. Przebywanie w pobliżu jej osoby byłoby życiem na celowniku, gdzie każda nawet najdrobniejsza sytuacja mogłaby stać się tematem... felietonu. Charley jako bystra obserwatorka rzeczywistości, nie cofnie się przed tym, by "obsmarować" swoich sąsiadów, jeśli tylko dostarczą jej nowych tematów do pisania. Choć jest inteligentną dziennikarką, jej felietony przeważnie oscylują wokół niezbyt ambitnej tematyki. Wcale to jednak nie oznacza, że nie wywołują one kontrowersji. Wręcz przeciwnie. Charley można albo kochać, albo nienawidzić. Świadectwem tego drugiego są liczne nieprzyjemne wiadomości, które dostaje, a które to zawierają rownież realne groźby. Jednak najwyższą cenę, jaką Charley płaci za charakter swojej profesji jest samotność. I trudno się temu dziwić.

     Niebawem pojawia się szansa na to, by Charley mogła udowodnić, że nie tylko potrafi pisać o depilacji okolic bikini, błyszczykach i wizytach na siłowni. Jill Rohmer - młoda dziewczyna oczekująca na wyrok śmierci za zabójstwo trójki małych dzieci wysyła dziennikarce list, który zawiera propozycję współpracy. Jill chce, by Charley spisała jej biografię, kusząc przy okazji wyjawieniem wszystkich faktów, które nie wyszły na jaw podczas procesu. Jill ma bowiem tajemnicę, która oddziałuje na wyobraźnię wszystkich ludzi, a pojawienie się na rynku książki zawierajacej odpowiedzi na wszystkie dręczące pytania, gwarantuje sukces i ogromną popularność. Taka szansa nie pojawia się w życiu zbyt często, więc jak tu jej nie wykorzystać? Rozmowy z dzieciobójczynią nie należą jednak do najłatwiejszych, zwłaszcza, że Charley jest matką dwójki małych dzieci, które kocha ponad wszystko. Towarzyszące temu emocje są bardzo silne, i być może dlatego Charley nie jest w stanie zauważyć, że wokół niej dzieje się coś bardzo niepokojącego.

   Po niezbyt udanym spotkaniu z "Martwą naturą" Joy Fielding, podeszłam do lektury "W pajęczej sieci" z pewnym dystansem i myślą, że dam tej powieści szansę przez pierwsze 50 stron, a potem się zobaczy. Jakież było moje zdziwienie, gdy uświadomiłam sobie, że zupełnie zapomniałam o tej umownej granicy. Fabuła okazała się na tyle interesująca, że nim się obejrzałam, a już czytałam ostatnią stronę. I w tym przypadku autorka zupełnie mnie zwiodła. Choć dla tych czujniejszych czytelników książka może okazać się przewidywalna, dla mnie taka nie była, a to znacząco wpłynęło na jakość odbioru powieści. "W pajęczej sieci" dało mi wszystko to, czego brakło mi w "Martwej naturze" i bardzo cieszę się, że mogę to napisać - Joy Fielding wystarczająco się zrehabilitowała, bym mogła sięgnąć po jej kolejne powieści.

Moja ocena: 5/6



wtorek, 21 stycznia 2014

"Martwa natura" Joy Fielding








Autor: Joy Fielding
Tytuł: Martwa natura
Wydawnictwo: Świat Książki, 2013
Ilość stron: 398




Życie trzydziestoletniej Casey w pewnym sensie przypomina nieco bajkę. Piękna i utalentowana dziewczyna nie miała łatwego dzieciństwa. Jakikolwiek bliski kontakt z matką skończył się z chwilą, gdy Casey przyszła na świat. Dziewczynką opiekowały się więc nianie, którymi to z kolei bardzo chętnie zajmował się ojciec Casey. Przystojny, niezwykle bogaty "opiekun niań" (i nie tylko) oraz zazdrosna, wiecznie awanturująca się matka alkoholiczka byli daleko od tego, by stworzyć Casey i jej młodszej siostrze Drew dom pełen ciepła, miłości i zrozumienia. Z czasem także między siostrami zaczęły się spory, a więź, która między nimi była, stawała się coraz luźniejsza. Trudne lata dzieciństwa nie wyżłobiły jednak w charakterze Casey poważniejszych rys. Obok tego ideału przecudnej urody nie mogło zabraknąć przystojnego mężczyzny o równie przecudnej urodzie i nieskazitelnej osobowości. I pojawia się, a jakże! Oczywiście biorą ślub, za chwilę będą starać się o dziecko. Wszystko ładnie, pięknie i tu powinno się pojawić słynne "i żyli długo i szczęśliwie". Ale się nie pojawi.

Na drodze do pełnego szczęścia staje... samochód. A dokładniej to Casey staje na drodze rozpędzonego samochodu. Po wypadku bohaterka trafia do szpitala w ciężkim stanie. Przez wiele tygodni leży w śpiączce, ale wbrew temu, co mówią lekarze, ona wie, co się wokół niej dzieje. Słyszy wszystkie rozmowy i odpowiednio je interpretuje. Czy taka sytuacja mogłaby rzeczywiście zaistnieć, nie wnikam. Wszystkie wydarzenia przedstawione są z perspektywy osoby będącej w śpiączce, więc przyznaję, że z początku trochę mi tu coś "zgrzytało", ale z czasem przyzwyczaiłam się do tego typu rozwiązania. A ma ono w sobie coś klaustrofobicznego. Bycie świadomym wszystkiego, nie mając kompletnie władzy nad swoim ciałem, kojarzy się z prawdziwym koszmarem.
 "(...) mimo ciągłej obecności pielęgniarek i lekarzy, mimo tych wszystkich urządzeń technicznych podtrzymujących ją przy życiu - nikt nie wie o jej psychicznej, duchowej obecności, nikt tak naprawdę nie dostrzega w niej świadomej swej sytuacji istoty. Nikt nie wie, że ona jest w tej sali szpitalnej z całą swoją osobowością.
Stała się niewidzialna.
To wcale nie jest takie zabawne. Ani przez sekundę.
Dla niej to prawdziwe piekło."
Tę dramatyczną sytuację potęguje jeszcze fakt, że nieszczęśliwy wypadek, którego Casey stała się ofiarą, niekoniecznie jest dziełem przypadku.

Mam w swojej biblioteczce kilka książek autorstwa Joy Fielding, jednak wybór "Martwej natury" na pierwszy ogień nie był najszczęśliwszym rozwiązaniem. Właściwie to nawet nie wiedziałam, czy skończę tę powieść i nie chodziło o to, że tajemnica wypadku została wyjaśniona już w połowie książki. Do końca liczyłam na jakąś odrobinę emocji, na napięcie, które nigdy nie nadeszło. Trochę naciągane, przewidywalne zakończenie dopełniło jeszcze poczucie rozczarowania. Dodajmy do tego irracjonalne zachowanie niektórych postaci i mamy powieść, której potencjał został zupełnie zmarnowany. Szkoda.

Moja ocena: 3/6  
         

wtorek, 30 lipca 2013

4 w 1, czyli nadrabiam zaległości



Dłuuugo mnie tu nie było...

Jestem właśnie u rodziców na wakacjach :) Co prawda czasu mam niewiele, ale i z internetem mam tu tak, że raczej go "wypożyczam" niż mam go na stałe. Dlatego też mało mnie i u siebie, i u Was :(
Mój mózg też postanowił sobie zrobić wakacje. Wszelkie próby napisania porządnej recenzji spełzają na niczym. Przeczytanych książek troszkę się nazbierało, więc muszę trochę podgonić i dziś będą cztery opinie :)




Autor: Guillaume Musso
Tytuł: Papierowa dziewczyna
Wydawnictwo: Albatros, 2013
Ilość stron: 416



Opis z okładki: "Młody pisarz Tom Boyd odnosi niesamowity sukces komercyjny. Jego debiut literacki, powieść "Towarzystwo aniołów", przez wiele miesięcy nie schodzi ze światowych list bestsellerów, a Boyd w krótkim czasie zdobywa sławę i pieniądze. Amerykański wydawca podpisuje z nim opiewającą na dwa miliony dolarów umowę na kolejne dwie książki. Niestety, po opublikowaniu drugiej powieści Tom pogrąża się w depresji, która skutkuje kryzysem twórczym i niemożnością napisania choćby jednej linijki tekstu. Porzucony przez narzeczoną, utalentowaną pianistkę i modelkę Aurore Valancourt, nadużywa alkoholu, nie odpowiada na telefony, a nawet myśli o samobójstwie. Jego najbliżsi przyjaciele są zdruzgotani, nie potrafią mu pomóc. Pewnej nocy majaczącego we śnie pisarza budzi odgłos tłuczonego szkła. W salonie zamieszkiwanej przez niego willi w Malibu pojawia się piękna, całkowicie naga młoda kobieta, która twierdzi, że nazywa się Billie Donelly i jest bohaterką jego ostatniej powieści. Na skutek błędu drukarskiego w części nakładu pozostały niezadrukowane strony - dziewczyna utrzymuje, że wysunęła się z książki Toma w połowie niedokończonego zdania. Niemożliwe? A jeśli to prawda? Kolejne wydarzenia potwierdzają wersję Billie. Tom musi szybko wrócić do pisania, w przeciwnym razie dziewczyna umrze... To nie jedyna wielka niespodzianka, która go czeka."

To pierwsza powieść Musso, z którą miałam możliwość się zapoznać, i z pewnością nie będzie ona ostatnia. Właściwie nie miałam żadnych oczekiwań związanych z lekturą "Papierowej dziewczyny". Dałam się całkowicie ponieść wyobraźni autora i nie żałuję tego kroku. Choć przyznaję, że potknięcia były. Relacje między głównymi bohaterami - Billie i Tomem z początku były dość gwałtowne. Liczne nieporozumienia, wykrzykiwanie swoich racji w połączeniu ze zwracaniem się do siebie per "pan" i "pani" (choć i tu zdarzały się pewne niekonsekwencje) zaowocowały dialogami wręcz najeżonymi tego typu zwrotami:
- Niech się pan ode mnie odczepi! Nie jest pan ani moim ojcem, ani mężem. Prosiłam, żeby pan ze mną przyszedł, to mnie pan spławił. (...)

- Proszę, niech pani przestanie. Przecież nie może pani pić.
Możliwe, że odbierzecie to jako przesadne czepianie się, ale na dłuższą metę było to dla mnie zupełnie niestrawne, co w efekcie wywołało pewien czytelniczy dyskomfort. Na szczęście szybko minął wraz z bliższym zapoznaniem się bohaterów, a tym samym przejściem na "ty" :) Tym, co mnie zaskoczyło najbardziej, choć w niezbyt pozytywnym tego słowa znaczeniu, to zakończenie powieści. Bez wątpienia było ono bardzo pomysłowe, niebanalne, ale... do mnie nie trafiło. Czar prysł.

Pomimo tych zastrzeżeń powieść uważam za niezwykle ciekawą, a co najważniejsze - poruszającą wyobraźnię. Choć jest to komedia romantyczna, wyczuwalne są tu delikatne elementy magiczne, nadające całości smaczku. I mam ochotę na więcej!          

Spodobała mi się również kwestia podkreślenia przez Musso tego, jak bardzo ważną rolę odgrywa czytelnik w "życiu" każdej książki. To właśnie on, nie autor, nadaje jej istnieniu sens. 
Nie wystarczy napisać kropki po ostatnim słowie, żeby powieść zaczęła żyć własnym życiem. (...) Wyobraźnia czytelnika nadaje wydrukowanym słowom inny, głębszy wymiar i to dzięki niej dana historia zaczyna naprawdę istnieć.
Moja ocena: 5/6 






Autor: Jim Crace
Tytuł: Schronienie
Wydawnictwo: Świat Książki
Ilość stron: 288



Opis z okładki: "Po czasach triumfu techniki i nauki w Ameryce nastąpiło... nowe średniowiecze. Przez prymitywny kontynent, wśród śladów po metropoliach, ciągną emigranci szukający lepszego świata. Są wśród nich Frank i Margaret, którzy odkrywają miłość i siłę we wspólnym losie, gdy wali się ich świat. Co zrobią z rodzącym się uczuciem, jakiego nigdy wcześniej nie zaznali? Kim jesteśmy my, ludzie, skazani na próbę przetrwania?".


"Schronienie" stanowi bardzo ciekawy miszmasz. Mamy tu postapokaliptyczną wizję przyszłości, w której cywilizacja przeżywa coś na kształt kolejnego średniowiecza. Ameryka jest w stanie głębokiego kryzysu, a wśród ludzi rozprzestrzenia się choroba - zabójcza i zdradliwa gorączka... emigracyjna. Wielu zdesperowanych ludzi pragnie przedostać się do "kraju za oceanem", kraju niemal mitycznego, gdzie na przybyszów podobno czeka obfitość jedzenia, łagodny klimat, żyzna ziemia, zdrowe powietrze i mili sąsiedzi. Brak jakichkolwiek dowodów na to, że taka kraina istnieje naprawdę, nie zniechęca nikogo. Wyprawa na wybrzeże niesie jednak ze sobą wiele niebezpieczeństw. 

Powieść ta ma w sobie również elementy katastroficzne, które jednak nie dotyczą tylko tego, co się stało w przeszłości. Pewnego dnia prawie wszyscy mieszkańcy wioski nagle umierają. Śmierć dosięga ich we śnie. Choć przypuszcza się, że dotknęła ich epidemia czerwonki, coś tu się jednak nie zgadza. Chociażby to, że wśród zmarłych nie znaleziono żadnych typowych objawów dla tej choroby, a ułożenie niektórych ciał wskazuje na to, że śmierć była nagła. Nic nie zapowiadało nadciagającej katastrofy i nikt nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie, co było przyczyną tej tragedii. Co się więc tak naprawdę stało?

Ku mojemu zaskoczeniu wątek miłosny jest tu dość mocno rozbudowany, lecz nie zdominował on jednak całej powieści, żeby można było zaklasyfikować "Schronienie" jako zwykły romans. Oprócz tego książkę tę śmiało można rownież zaliczyć do prozy przygodowej. Dość wyraźnie jest tu także zarysowana refleksja o naturze człowieka i sensie cywilizacji.
Czasami się zastanawiała, czy Ameryka nie była dawniej zaludniona rasą głupców. Wydawało się jej, że wiele rzeczy z tamtych czasów straciło wartość dla świata i teraz leżą niczym odpadki.
"Schronienie" może nie zrobiło na mnie ogromnego wrażenia, ale z pewnością nie jest to słaba powieść. Myślę, że ze względu na ten mix gatunkowy, o którym wspomniałam, każdy czytelnik powinien znaleźć tu coś dla siebie. 

Moja ocena: 4,5/6    





Autor: Ingrid Hedström
Tytuł: Nauczycielka z Vilette
Wydawnictwo: Czarna Owca, 2013
Ilość stron: 304



Opis z okładki: "Ukochana przez wszystkich nauczycielka zostaje potrącona przez samochód, a kierowca ucieka z miejca wypadku. Z zeznań świadków wynika, że to nie był przypadek. Dlaczego ktoś chciałby zamordować sześćdziesięcioletnią Jeanne Demaret? Takie pytanie zadaje sobie sędzia śledcza Martine Poirot. We współpracy z komisarzem Christianem de Jonge rozpoczyna dochodzenie, by zrozumieć, co naprawdę się stało. Zadziwiajace jest to, że śmierć nauczycielki ma związek z tragicznymi wydarzeniami z przeszłości". 


Z przykrością muszę stwierdzić, że to raczej przeciętny kryminał, przy którym trochę się męczyłam. Ilość występujacych tu bohaterów nieco przytłacza. Na dodatek ich nazwiska nie chciały mi za bardzo utkwić w głowie, dlatego pod koniec już mi się właściwie wszystko mieszało. Nie pomógł mi nawet spis osób umieszczony na poczatku książki. Być może przyczyną tego stanu rzeczy było to, że kryminał ten czytałam na raty. Nie dlatego, że nie miałam czasu, ale dlatego, że mnie w ogóle do niego nie ciągnęło. Dotrwałam do końca wlaściwie tylko dzięki temu, że chciałam się dowiedzieć, jak sprawa się rozwiąże. 

Nie wiem, czy siegnę po kolejną powieść tej autorki. Chyba, że ktoś mnie do tego skutecznie przekona :)

Moja ocena: 3/6 






Autor: Elin Hilderbrand
Tytuł: Powrót na wyspę
Wydawnictwo: Świat Książki, 2011
Ilość stron: 432




Opis z okładki: "Birdie przygotowuje wystawne wesele swojej córki Chess. Niespodziewanie jednak panna młoda zrywa zaręczyny i nie wyjawia powodu tej decyzji. Wkrótce ginie w wypadku w górach Michael, jej narzeczony. Dziewczyna popada w depresję. Aby ją ratować, Birdie, jej druga córka Tate i siostra India decydują się na wspólny wyjazd na piękną wyspę Tuckernuck, gdzie od lat spędzały wakacje. Miesięczny pobyt w tym wyjątkowym miejscu nieoczekiwanie odmieni życie każdej z nich.



Moja podróż na wyspę Tuckernuck razem z bohaterkami powieści miała w sobie coś fascynującego. I nie chodzi tu o fabułę, która powiedzmy sobie szczerze raczej nie zaskakuje. Jak zawsze w powieściach obyczajowych tego typu (czyli takich, gdzie bohaterowie odbywają podróże) zwracam baczną uwagę na... otoczenie. Sugestywne i ciekawe opisy rekompensują mi zazwyczaj fabularne niedostatki. W tym przypadku urzekła mnie sama wyspa, jak i dom, w którym przebywają główne bohaterki powieści. Ani to żadna willa z ogrodem, ani nawet dom, w którym znajdzie się wszystko, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. To zwykły, prosty dom letniskowy, gdzie można natknąć się na latające po strychu nietoperze. W swej niedoskonałości jest on naprawdę... fantastyczny. Z przyjemnością spędziłabym w nim wakacje :)

"Powrót na wyspę" to ciepła, rodzinna, ale także przejmująca opowieść o miłości, przyjaźni i przywiązaniu do drugiego człowieka. Powieść wprost idealna na lato :)  

Moja ocena: 4,5/6


Opinie biorą udział w wyzwaniach: Czytamy serie wydawnicze, Pod hasłem, W prezencie, Z literą w tle
     

niedziela, 14 lipca 2013

"Accabadora" Michela Murgia








Autor: Michela Murgia
Tytuł: Accabadora. Ta, która pomaga odejść
Wydawnictwo: Świat Książki, 2012
Ilość stron: 192



Służebnica śmierci niosąca ulgę w cierpieniu u kresu życia czy zwykła morderczyni? Kim jest owa tajemnicza accabadora?

Kiedy los człowieka zawieszony jest między życiem i śmiercią, kiedy ciało odmawia posłuszeństwa i staje się więzieniem dla cierpiącej duszy, pragnienie opuszczenia tego świata staje się marzeniem, jedynym wyjściem z beznadziejnej sytuacji. Na życzenie umierającego lub jego rodziny pojawia się ona - accabadora - ta, która zabijając z litości, przerywa pasmo cierpienia. W jednej z małych sardyńskich wiosek rolę służebnicy śmierci pełniła Bonaria Urrai. Za dnia pracowała jako krawcowa, lecz pod osłoną nocy stawała się accabadorą. Przynosiła ulgę tym, których los i tak już był przesądzony. Była "ostatnią matką" dla tych, którzy przy niej, a właściwie dzięki niej, wydali z siebie ostatnie tchnienie. Osoby zajmujące się tą profesją były w wiosce bardzo szanowane. Pewnego dnia Bonaria Urrai staje przed ogromnym dylematem. Zabijanie w dobrej wierze umierającego było w pewien sposób usprawiedliwione, jednak co zrobić z człowiekiem, który nie umiera, lecz jego wola życia znikła zupełnie? Młody chłopak, Nicola, któremu na skutek gangreny amputowano nogę, błaga ją o śmierć. Argumenty, którymi próbuje przekonać Bonarię, by ta skróciła mu życie, wydają się logiczne i bardzo przekonujące. Ona jednak przez długi czas nie poddaje się jego woli, odmawia, lecz po pewnym czasie zaczyna się wahać, a zdeterminowany i za wszelką cenę dążący do swego celu Nicola to dostrzega. Czy Bonaria w końcu ulegnie jego prośbie?

Jako accabadora była "ostatnią matką", lecz nigdy nie było jej dane być prawdziwą matką. Narzeczony Bonarii zginął na wojnie i przez wiele lat kobieta żyła zupełnie sama. Puste łono nie wyklucza jednak posiadania potomstwa. Rozwiązaniem jest przyjęcie pod swój dach duchowego dziecka, takiego które urodziło się dwa razy - "z nędzy jednej kobiety i bezpłodności drugiej". Jednocześnie niechciane przez biologiczną matkę, upragnione przez tą, która matką być nie mogła. Do swego rodzaju adopcji, lub właściwie transakcji, doszło między Bonarią a Anną Teresą Listru. Córka Anny Teresy, Maria, miała sześć lat i była "pomyłką po trzech udanych córkach". W taki oto sposób zbędna dla rodziny i sprawiająca kłopoty dziewczynka trafiła pod opiekuńcze skrzydła swej "duchowej matki". Marii niczego nie brakowało. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że miała naprawdę sporo szczęścia, ponieważ sposób, w jaki traktowano ją w jej rodzinnym domu, pozostawiał wiele do życzenia. Z czasem między Marią a Bonarią narodziła się więź, którą zerwać mogło tylko jedno - wyjawienie skrzętnie skrywanej tajemnicy. Kiedy Maria dowiedziała się w końcu o tym, co kryje się za nocnymi wyprawami Bonarii, jej zaufanie do swej opiekunki w jednej chwili całkowicie się rozpadło. Nie mogła pogodzić się z tym, że ta miła, życzliwa kobieta, z którą tyle lat przebywała w jednym domu, odbierała ludziom życie. Maria nawet nie próbowała tego zrozumieć, oświadczyła, że nigdy nie mogłaby zrobić czegoś podobnego. I wtedy słyszy znamienne słowa: 
"Nie byłabym tego taka pewna, nie zażegnuj się. Możesz się znaleźć w wodzie, nie zauważając, że do niej weszłaś".
Czy Bonaria miała rację? A może jednak nie każdy może stać się accabadorą? Maria wyprowadza się z domu swej przybranej matki, chce wytworzyć mur między tym, co było, a teraźniejszością. Próbuje na nowo ułożyć sobie życie, ale czy uda jej się na dobre uciec przed przeszłością?

Powieść włoskiej pisarki porusza jeden z najbardziej spornych dyskusji dotyczących życia człowieka i jego praw - eutanazji. Kontrowersje wokół tego tematu były, są i będą. Lektura "Accabadory" powinna zatem poruszać, wywoływać emocje, zmuszać do głębokich refleksji, ale... właśnie tego mi tu zabrakło. Czuję się tak, jakbym tylko prześlizgnęła się przez ten utwór, nie dotykając istoty rzeczy. Być może na ten fakt złożyło się kilka spraw - przede wszystkim rozmiar książki. Niecałe dwieście stron to zdecydowanie było za mało, by wczuć się w tematykę utworu. Za szybko przeskakiwałam z jednego wydarzenia w drugie, nie mając możliwości wgłębiania się w psychikę postaci. Nie zawsze ilość jest równoznaczne z jakością, ale w tym przypadku szersze ujęcie tematu tylko przysłużyłoby się książce. Po drugie - i to mój główny zarzut - za mało było w tym utworze samej accabadory! Główną bohaterką jest tu Maria, natomiast Bonaria przemyka trochę jak cień, choć wiemy o jej działalności, to niewiele wiemy o tym, co dzieje się w jej głowie, jakie emocje targają nią, szczególnie w samym momencie pozbawiania kogoś życia.

Gdyby autorka dopracowała szczegóły, mogłaby to być naprawdę świetna powieść. Piękny, liryczny język dopełniłby tylko całości, który nieco zrekompensował mi poczucie niedosytu. Poza tym Murgia wspaniale oddała klimat i zwyczaje mieszkańców sycylijskiej wsi połowy XX wieku, co na pewno dodało "Accabadorze" uroku.  
                 
Powieść ma swoje plusy i minusy, i choć mam sporo zastrzeżeń, o których już przed chwilą wspomniałam, to uważam, że jest to ważna książka. Pojęcie "accabadora" nie wzięło się znikąd. Warto sięgnąć po ten utwór, by dowiedzieć się czegoś więcej o działalności tych kobiet i jakie miały znaczenie dla sardyńskiej społeczności. 

Moja ocena: 4/6    

Recenzja bierze udział w wyzwaniach:

wtorek, 30 kwietnia 2013

"Dom z pyłu i snów" Brenda Reid






Autor: Brenda Reid
Tytuł: Dom z pyłu i snów
Wydawnictwo: Świat Książki, 2011
Ilość stron: 432



Do kupienia i przeczytania tej książki skusiło mnie przede wszystkim ejotkowe wyzwanie "Pod hasłem". Jednak być może wcale bym jej nie wypatrzyła w całym stosie książek wrzuconych do kosza i opatrzonych etykietką "przecena", gdyby nie zachwycająca okładka. Piękna kolorystyka od razu przyciągnęła mój wzrok. 

"Zrujnowany dom, ogarnięta wojną wyspa i zakazana miłość" - w tekście tym, wypisanym na okładce powieści, właściwie tylko jedno słowo przykuło moją uwagę - "wojna". Słowo, które niesie ze sobą obietnicę znalezienia na kartach tej powieści obyczajowej czegoś więcej niż tylko romansu. Cóż, chyba jednak nie należało przywiązywać się tylko do tego jednego wyrazu, wyobrażając sobie nie wiadomo co na wyrost. Ale o tym za chwilę.

Jest lato 1936 roku. Młody, brytyjski dyplomata Hugh oraz jego żona Heavenly przybywają na piękną grecką wyspę Kretę. Tu właśnie znajduje się stary, zrujnowany dom, w którym będą mieszkać przez jakiś czas. Wkrótce mają jednak powrócić do Aten, gdzie na Hugh czekają liczne obowiązki, lecz niespodziewanie Heavenly zakochuje się w tym miejscu. Jest zauroczona wioską, jej mieszkańcami i wszystkim, co ją otacza. Postanawia zostać na wyspie, by zająć się remontem rodzinnego domu. Jej mąż, choć nie jest tym zachwycony (i trudno mu się dziwić), zgadza się na ten pomysł. Wkrótce Heavenly zaprzyjaźnia się z Anti, mieszkanką wioski. Jest to kobieta, która żyje w zaaranżowanym przez matkę małżeństwie z niezwykle podłym człowiekiem. Godzi się na taki los, ponieważ nie ma innego wyjścia, lecz jej pociechą w niedoli są dzieci - dwie córeczki. Obie kobiety stają się dla siebie nawzajem wsparciem w trudnych sytuacjach. Z czasem trudnych chwil będzie przybywać coraz więcej, ponieważ nad Grecję zaczynają nadciągać czarne chmury, zwiastujące śmierć, przemoc i cierpienie. Widmo wojny nabiera coraz bardziej realnych kształtów, by wkrótce dotrzeć również na Kretę.

Wszystkie wydarzenia mające miejsce w powieści poznajemy z dwóch perspektyw. Obie narratorki - Heavenly i Anti, wprowadzają nas w dwa różne światy. Pierwszy z nich należy do Angielki, żony dyplomaty przyzwyczajonej do wygód, luksusów i nieustannych przyjęć. Ale nie jest próżna. W ciągu jednej chwili potrafi odrzucić to wszystko dla życia w miejscu, które tylko na pozór wydaje się rajem. Jako żona dyplomaty była już znudzona bezczynnością, jałowymi dyskusjami, zakupami i wizytami u najlepszych fryzjerów. Na wyspie rzuca się w wir pracy zarówno przy remoncie domu, jak i w szkole, w której uczy dzieci angielskiego. Nie straszne są jej upały i wszelkie niewygody. Czuje, że żyje. Wkrótce Heavenly doświadcza czegoś jeszcze. Nie trudno się domyślić, że jej serce zabije mocniej i zakocha się w przystojnym mężczyźnie, który pomaga jej odbudować dom. Czy jednak to będzie miłość na całe życie? Życie młodej Greczynki Anti znacznie różni się od życia Angielki. Ciężkie życie hartuje charakter kobiety, dlatego wydaje się, że poradzi sobie w każdej sytuacji. Staje się niejako przewodniczką dla swojej przyjaciółki po kreteńskich zwyczajach, chroniąc ją tym samym  przed popełnieniem błędów, a nawet utratą honoru. Jest to zdecydowanie ciekawsza postać niż Heavenly, która może nie była irytująca, ale relacja z jej perspektywy była po prostu... nudniejsza.  

Podobał mi się bardzo klimat powieści, który wprowadził mnie w niezwykły świat greckiej prowincji. Charakterystyczne budynki, kreteńskie obyczaje, śródziemnomorskie potrawy, rakija lejąca się dosłownie litrami, pasterze mieszkający w jaskiniach, owce pasące się na zboczach gór, a nawet żar lejący się z nieba - wszystko to układa się w niesamowity obraz, który poruszy wyobraźnią niejednego czytelnika. Tu autorce należą się ukłony. Ale... Niestety, to na co czekałam, zostało potraktowane bardzo oględnie, po macoszemu. Wojna i owszem pojawia się na kartach powieści, lecz jest ona tylko tłem dla romansu. Trochę czuję się rozczarowana, ponieważ fragmenty dotyczące wojny na wyspie były tak naprawdę najciekawsze, ale było ich po prostu za mało. No cóż.

Powieść raczej nie zaskakuje, jest nawet dość przewidywalna. Niewymagająca. Historia jakich wiele, ale myślę, że powinna spodobać się wielbicielom gatunku :)

Ocena: 4/6         


Recenzja bierze udział w wyzwaniu: "Pod hasłem"


Wszystkich tych, którzy jeszcze nie przeczytali o zmianach na moim "Bazarkowie" zapraszam tutaj

poniedziałek, 25 marca 2013

"Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz" Lisa See





Autor: Lisa See
Tytuł: Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz
Wydawnictwo: Świat Książki, 2008
Ilość stron: 352



Moja podróż po Chinach wciąż trwa...

Biorąc do ręki książkę Lisy See, otworzyłam sobie drzwi do niezwykłego świata chińskich kobiet żyjących w XIX w. Jest to świat pełen cierpienia, bólu i wyrzeczeń, głęboko skrywanych uczuć pod maską powściągliwości i skrajnego posłuszeństwa. Świat, w którym kobiecą wartość mierzy się długością boleśnie skrępowanych, zdeformowanych stóp oraz ilością wydanych przez nią na świat synów...
"Jesteśmy uważane za kompletnie bezużyteczne. Nawet jeśli rodziny, w których przyszłyśmy na świat kochają nas, to jednak jesteśmy dla nich ciężarem. Potem wchodzimy w nowe rodziny, udajemy się do domu męża, którego nigdy wcześniej nie widziałyśmy, idziemy do łóżka z obcym człowiekiem i podporządkowujemy się wymaganiom teściowej. Jeżeli szczęście nam sprzyja, rodzimy synów i umacniamy naszą pozycję w domu męża. Jeżeli nie, czekają nas obraźliwe drwiny teściowych, kąśliwe uwagi konkubin męża i rozczarowane spojrzenia naszych córek".
Poruszającą historię swojego życia snuje nam główna bohaterka - Lilia. Już jako osiemdziesięcioletnia staruszka dzieli się swoimi wspomnieniami, poczynając od tzw. "mlecznych lat", czyli okresu swojego dzieciństwa. Wydawałoby się, że czas narodzin dziecka jest czymś, co warto świętować, co przywodzi nam na myśl piękne skojarzenie - cud. W przypadku Lilii było inaczej, bo natura zdecydowała, że będzie dziewczynką, a więc w kulturze chińskiej kimś... całkowicie zbędnym, ciężarem, kolejną osobą do wykarmienia, "bezużyteczną gałązką", która nie przyczyni się do przedłużenia swojego rodu. Śmierć małej dziewczynki często uważane jest za błogosławieństwo, za swoisty dar od losu. Istnieje jednak wyjście z tej "trudnej" dla rodziny sytuacji. Otóż dziewczynkę należy jak najlepiej wydać za mąż. Jej los przypieczętowany jest w dniu, kiedy osiąga wiek około pięciu lat. Wtedy to swatka zaczyna poszukiwania najlepszego kandydata na jej przyszłego męża. Szanse na dobre małżeństwo zależą od kształtu i wielkości stóp przyszłej małżonki. Ideał to siedem centymetrów.
"(...) doskonała stopa powinna wyglądać jak pączek lotosu, o pełnej zaokrąglonej pięcie, mocno zwężająca się ku przodowi. Cały ciężar ciała opiera się na dużym palcu, co oznacza, że kości dużych palców i podbicia należy połamać, ściągając je w kierunku pięty.(...) Wiedziałam, że jeżeli uda mi się to wszystko osiągnąć, moją nagrodą będzie wielkie szczęście".
Krępowanie stóp jest drogą przez mękę, którą jednak należy przebyć w imię wyższego dobra. Niejednokrotnie zabieg ten kończył się śmiercią dziewczynki, wydaje się jednak, że dla nikogo nie miało to znaczenia i przez wiele stuleci kobiety musiały znosić cierpienia, stając się kalekami do końca życia. Lilia również cierpiała, lecz miała przy tym wiele szczęścia, gdyż osiągając idealny kształt stóp, otrzymała szansę na znaczny awans społeczny. Jednak czy wejście do tzw. dobrej, wysoko postawionej rodziny było równoznaczne z osiągnięciem szczęścia? Kobieta przez całe życie musi być posłuszna - najpierw rodzicom, potem rodzinie męża, a jeszcze później własnemu synowi. Wystarczy jeden maleńki błąd, by w jej stronę popłynęły obelgi teściowej, mąż niezadowolony z pożycia małżeńskiego przyprowadzi do domu konkubiny. Największy jednak błąd, który może popełnić kobieta, to urodzić córkę.

Lilia nie była wyjątkiem. Doświadczyła tego wszystkiego, co inne kobiety wychowane w tej niezwykłej kulturze. Jest jednak coś, co w jakiś sposób wyróżniało ją spośród innych - związek z laotong ("ta sama"). Jest to coś na kształt głębokiej przyjaźni, która wiązała na całe życie dwie kobiety. Posiadanie swojej laotong było czymś bardzo cennym i pięknym, ponieważ uczucia wiążące obie kobiety najczęściej były większe od tych, które żywiły do własnych mężów. Aby w ogóle zaistniał taki związek, musiały być spełnione pewne kryteria, np. ta sama data urodzin, zgodność horoskopów itp. Laotong Lilii była Kwiat Śniegu.   

Wyszywane chusteczki z pismem nu shu
Mężatki opuszczające swój rodzinny dom, rzadko kiedy do nich powracały. Co zrobić, by móc komunikować się ze swoją matką i siostrami, nie zdradzając się z tym jednak przed mężem? Otóż należy nauczyć się kobiecego sekretnego pisma zwanego nu shu. Znaki należące dla tego pisma kreślono pędzelkiem i tuszem na papierze lub na wachlarzu, ale można również wyszywać na chusteczkach lub po prostu kawałkach materiału. Lilia i Kwiat Śniegu również posługiwały się nu shu, by komunikować się ze sobą. Do tego celu służył im najczęściej wachlarz, na którym kreśliły sekretne wiadomości. Jednak trzeba było zachować należytą uwagę podczas odczytywania znaków, ponieważ ich niewłaściwa interpretacja była przyczyną wielu nieporozumień. Lilia i Kwiat Śniegu nie ustrzegły się tych błędów...

"Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz" to piękna, poruszająca i bardzo wciągająca powieść. Czasem wstrząsająca, zwłaszcza w chwilach, gdy autorka nie szczędzi nam szczegółów opisujących proces krępowania stóp malutkim dziewczynkom. Lisa See dała nam do rąk bardzo sugestywny portret chińskiej kobiety ukształtowanej przez tradycję, znoszącej ból i upokorzenia, ale również doznającej czegoś pięknego - przyjaźni, która pomogła jej przetrwać, była światełkiem nadającym sens jej istnieniu. Los na przemian splatał i rozplatał ścieżki życia Lilii i Kwiatu Śniegu, lecz uczucie, które się między nimi narodziło, było niezwykle silne. Czy zdołało jednak pokonać wszystkie przeciwności losu?

Niezwykły jest również język tej powieści. Subtelny, niemal poetycki kreśli przed naszymi oczami wyrafinowane obrazy.      

Moja ocena: 5,5/6



"Każdy wie, że ludzkie ciało jest miniaturową wersją wszechświata - oczy i uszy to słońce i księżyc, oddech to powietrze, krew to deszcz".


Książka bierze udział w wyzwaniu Book-Trotter      

sobota, 3 listopada 2012

Recenzja zbiorcza


Korzystając z pomysłu, który pojawił się już na wielu blogach, postanowiłam napisać recenzję zbiorczą, czyli kilka słów o książkach, które z wielu powodów czekają w kolejce na recenzję, a im dłużej z tym zwlekam, tym gorzej jest mi się za taką recenzję zabrać. Pojawiło się więc troszkę zaległości :) A szkoda by było nie wspomnieć chociaż w jednym zdaniu o tym, co miałam możliwość przeczytać. 


Autor: Pam Lewis
Tytuł: Idealna rodzina
Wydawnictwo: Świat Książki, 2010
Ilość stron: 304 

Opis z okładki: "Straszny wypadek zmienia losy bogatej i szanowanej rodziny Cartretów. Pam, pełna życia najmłodsza córka Jaspera Cartreta, zostaje znaleziona w jeziorze nieopodal ich letniej posiadłości. Jej brat William podejrzewa morderstwo. Choć rodzina chce rozpaczliwie zatuszować sprawę, on próbuje dojść prawdy. Rezultaty są wstrząsające. Co przez lata skrzętnie ukrywała ich nieżyjąca matka? Dlaczego żadne z dzieci nie widziało zdjęć matki sprzed urodzenia najstarszej z sióstr? Kim jest nieznajomy mężczyzna obecny na pogrzebie Pam?".

Pamiętam, że po przeczytaniu ostatniego zdania z książki i odłożeniu jej na półkę, stwierdziłam "niezła, ale banalna". Nie ma w niej nic odkrywczego, jest w pewnych momentach zbyt przewidywalna. Akcja toczy się szybko, więc nie ma w zasadzie czasu na nudę. To wielki pozytyw tej książki. Jest tu jakaś mroczna rodzinna tajemnica, która nie dla wszystkich może być aż tak oczywista, są ciekawe zwroty akcji. Wszystko, co dobry thriller powinien zawierać. Uważam, że warto przeczytać tę ciekawą historię, lecz w moim odczuciu nie pozostawia po sobie żadnych głębszych emocji. Idealne NPZ (to taki mój wymyślony skrót) - Nabyte, Przeczytane, Zapomniane.  

Moja ocena: 4/6



Autor: Laura Whitcomb
Tytuł: Światła pochylenie
Wydawnictwo: Initium, 2010
Ilość stron: 232

Opis z okładki: "Helen przebywała właśnie na lekcji angielskiego w szkole średniej, kiedy to poczuła - po raz pierwszy od 130 lat patrzyły na nią ludzkie oczy. Oczy należące do chłopca, który aż do tej chwili niczym szczególnym się nie wyróżniał. Równocześnie przerażona i zaintrygowana Helen zaczyna czuć, że coś ją do niego przyciąga. Fakt, że on przebywa w ludzkim ciele, a ona nie, stanowi dla nich pierwsze wyzwanie. Walcząc o znalezienie drogi do bycia razem, odkrywają sekrety swojej własnej przeszłości, jak również szczegóły z życia młodych ludzi, których ciała przejęli". 

Kiedy zaczęłam czytać "Światła pochylenie" byłam zachwycona! Początek był po prostu niesamowity, wciągający i bardzo obiecujący. Z czasem mój zachwyt zmienił się w lekkie rozczarowanie, potem małe znudzenie, lecz na szczęście zakończenie uratowało całą powieść. Zabrakło mi tu przede wszystkim dopracowania pewnych szczegółów. Pomysł na fabułę był naprawdę świetny, gorzej trochę z realizacją. Przede wszystkim zabrakło mi chemii między głównymi bohaterami. Niby są zakochani, ale ja tak naprawdę tego nie czułam. Miałam wrażenie, że tych dwoje połączyła ich niebanalna egzystencja (oboje są duchami). To tak, jakby dwoje ludzi - mężczyzna i kobieta wylądowali przypadkowo na bezludnej wyspie. Nie mają nikogo oprócz siebie, więc wiadomo, że z czasem to zacieśni ich relacje. Ale czy to ma coś wspólnego z miłością? Zdecydowanie zabrakło mi tego "czegoś" :)

Dobrze pokazany jest za to wątek pewnej bardzo religijnej, wręcz fanatycznej rodziny, której powierzchowny portret jest taki, jaki powinien być - idealny, lecz pod maską idealności kryje się totalna obłuda, kłamstwa, niespełnienie... 

Podsumowując, książka z wielkim potencjałem, choć nie do końca zrealizowanym.      

Moja ocena: 4,5/6


Autor: Adam Zalewski
Tytuł: Rowerzysta
Wydawnictwo: Grasshopper, 2009
Ilość stron: 504

Opis z okładki: "Po brutalnym morderstwie matki w sercu małego Jerry'ego rodzi się chęć zemsty. Strach zmienia się w gniew, a niewinność w chęć zabijania. Jerry rozpoczyna krwawe żniwo. Wyrywa chwasty szumowin, które zagrażają szczęściu jego rodziny i przyjaciół. Niczym Robin Hood ograbia czarne charaktery, tyle że... z życia".

"Rowerzysta" bardzo mnie zaskoczył. Kupując tę książkę, liczyłam na dobry polski thriller, lecz znowu się okazało, że kolejny nasz rodzimy pisarz postanowił osadzić akcję swojego utworu w... Stanach Zjednoczonych. Ale dlaczego??? Co takiego mają w sobie te Stany, czego nie ma Polska? No i... szybko zapomniałam o wszystkich swoich obiekcjach, ponieważ wciągnęłam się w tę powieść natychmiast. Nie, nie jest tu wszystko idealne. Autor ma dość niecodzienny sposób pisania, do którego trzeba się przyzwyczaić, a to nie jest łatwe zadanie. Otóż chodzi tu o konsekwentne pomijanie zdań rozwiniętych. Autor w żadnym wypadku nie szczędzi sobie kropek, a każdy dłuższy akapit przypomina czasem serię króciutkich zdań wyplutych przez karabin maszynowy. Z dialogami jest podobnie.

Tych wrażliwszych ostrzegam, że jest tu sporo przekleństw, a i też przelewa się sporo krwi. I kawy :) Żadna poważniejsza rozmowa nie odbyłaby się bez tego cudownego napoju :) Jeśli chodzi o postać Jerry'ego, to mamy tu niejednoznaczny przykład - albo kontrowersyjnego bohatera, albo antybohatera. Wybór tak właściwie należy do nas, bo w zasadzie jest po prostu zwykłym mordercą. Jednak ofiarami są tu tzw. czarne charaktery, osoby, które również zabijają. Czy jednak można usprawiedliwiać tego typu czyny, nawet jeśli robione są w dobrej wierze? 

Adam Zalewski, choć się tego bardzo obawiałam, to jednak świetnie oddał w "Rowerzyście" amerykańskie realia, więc mu tę całą "amerykańskość" wybaczam i zaliczam lekturę do udanych.

Moja ocena: 4,5/6

niedziela, 29 lipca 2012

"Dziennik dla Jordana" Dana Canedy




Autor: Dana Canedy
Tytuł: Dziennik dla Jordana
Wydawnictwo: Świat Książki, 2010
Ilość stron: 271


Tak, jest to kolejna powieść o miłości. Jednak całkiem różni się ona od tych gwałtownych porywów serca znanych nam z romansów czy melodramatów. Tym razem scenariusz napisało samo życie. W tym przypadku uczucie między dwojgiem ludzi rodzi się powoli, potrzeba tu czasu i zrozumienia, a przede wszystkim cierpliwości. Mamy nakreślony obraz miłości, który możemy spotkać w zwyczajnym życiu, wśród naszych znajomych czy w rodzinie. Dana i Charles zachowują się jak wiele zakochanych par, borykających się z problemami szarej rzeczywistości. Dlatego powieść wydaję się być bardziej autentyczna i łatwiej jest nam się z nią identyfikować. Moim zdaniem jest to największa zaleta tej książki.

Kiedy Dana Canedy po raz pierwszy spotkała się z Charlesem Monroem Kingiem, nie przypuszczała, że powiąże ją z tym człowiekiem tak silna więź. Na pierwszy rzut oka tych dwoje ludzi różniło zbyt wiele. On - introwertyk, oddany rodzinie lecz często zamykający się w sobie, ona - ekstrawertyczna dziennikarka, bardzo ceniąca swoją niezależność. Największą jednak "wadą", którą posiadał Charles było to, że swoje życie zawodowe związał z wojskiem. Wiązało się to licznymi i długimi wyjazdami. Dana - jako córka wojskowego - dorastała w bazach wojskowych albo w ich pobliżu. Wiedziała doskonale, jak wygląda życie w takiej rodzinie, dlatego nie chciała wiązać się z Charlesem, choć ten od początku bardzo jej się podobał. Jak wiadomo nie od dziś, życie lubi jednak pisać swoje scenariusze. Siła przyciągania tych dwojga ludzi była tak wielka, że nie dało się jej na dłuższą metę ignorować.  Postanowili dać sobie szansę. Ale niech nam się nie wydaje, że odtąd wszystko będzie wyglądało jak w bajce. Dana musi dostosować się do trybu życia Charlesa, co nie zawsze jest łatwe. Kiedy rodzi im się synek, Jordan, jego przy niej nie ma. Prawdziwym sprawdzianem dla ich związku jest jednak wojna w Iraku. Charles, jako sierżant sztabowy armii USA, zostaje wysłany na wojnę. Jest to bardzo niebezpieczna misja, więc zarówno Dana, jak i Charles są świadomi tego, że może on zginąć. Zrodził się wtedy pomysł napisania dziennika dla Jordana, w razie gdyby już nigdy nie miał zobaczyć swojego ojca.

Niestety, Charles Monroe King ginie 14 października 2006 roku, kiedy pod jego transporterem opancerzonym eksploduje domowej roboty mina. Jordan ma wtedy siedem miesięcy.

"Dziennik dla Jordana" to tak naprawdę zbiór listów Dany skierowany do jej syna. Opisuje w nich początki znajomości z Charlesem, ich miłość, ciążę, narodziny Jordana, a w końcu śmierć i żałobę po swym narzeczonym. Mamy tu więc sporą mieszankę ludzkich emocji. W treść listów wplecione zostają fragmenty dziennika pisanego przez Charlesa. Zawierają one wskazówki, którymi Jordan powinien kierować się w swoim życiu. Nie są to jednak jakieś filozoficzne mądrości. Prostota przekazu stanowi ich siłę.

"Co sprawia, że chłopak staje się mężczyzną? Musi osiągnąć dojrzałość i w pełni zrozumieć swoje dorosłe obowiązki. Chodzi mi o pracę, płacenie rachunków i odpowiadanie za własne czyny. O to, by stać się w pełni produktywnym obywatelem i opoką swojej rodziny, właśnie takie są moje wymagania względem Ciebie, synu" (str. 80).

"Jak traktujesz kobiety? (...) Zawsze musisz darzyć je szacunkiem. Jeśli zapraszasz którąś na randkę, zachowuj się tak, jakby była królową. (...) Nigdy nie bij kobiet. Mężczyzna, który bije kobiety, nie zasługuje na to miano. Zawsze wyznawaj te same co one zasady, co znaczy, że szacunek powinien być wzajemny... Kobiety są naprawdę niezwykłe. Ucz się od nich wszystkiego, czego możesz" (str. 129).

Czy tak właśnie wyglądałaby normalna rozmowa między ojcem a dorastającym synem? Możemy się tylko domyślać, lecz nie ulega wątpliwości, że dziennik jest czymś w rodzaju drogowskazu, a także rekompensatą za te wszystkie nie przeprowadzone męskie rozmowy. Można zarzucić autorce, że prezentuje nam troszkę wyidealizowany portret swojego narzeczonego, ale nie ulega wątpliwości, że był to człowiek honoru, nierzadko przedkładający dobro narodu i swoich podwładnych nad dobrem rodziny. Mądry, kochający, z wysokim poczuciem odpowiedzialności za swoje czyny.

Dana Canedy wplata w swoją opowieść problem segregacji rasowej w USA. Jako redaktorka "New York Timesa" wraz z zespołem publikuje serię reportaży o życiu kolorowych mniejszości w Stanach Zjednoczonych, za co zdobywa w 2001 roku Nagrodę Pulitzera.

Jest to wzruszająca powieść o miłości, która musi pokonać wiele przeszkód, miłości ojca do syna, o odwadze, akceptacji wyborów drugiego człowieka, a także próbie pogodzenia się z niewyobrażalną stratą.

 


Moja ocena: 5/6

środa, 18 lipca 2012

"Pamiętnik z przyszłości" Cecelia Ahern




Autor: Cecelia Ahern
Tytuł: Pamiętnik z przyszłości
Wydawnictwo: Świat Książki, 2011
Ilość stron: 350 


Po raz pierwszy usłyszałam o Cecelii Ahern od mojej siostry, która polecała mi książkę - "P. S. Kocham Cię!". Jednak tak się złożyło, że do tej pory nie miałam okazji jej przeczytać. Tak więc "Pamiętnik z przyszłości" stał się moim kluczem otwierającym drzwi do świata prozy tej irlandzkiej pisarki.

Z początku miałam nieodparte wrażenie, że będę miała do czynienia z kolejną powieścią skierowaną raczej do młodzieży. Przyznaję się uczciwie, ten mój pierwszy osąd był mylący i na szczęście dość szybko to zrozumiałam, zanim odłożyłam książkę na półkę.

Bohaterką powieści jest szesnastoletnia (i właśnie to w pierwszej chwili mnie nieco zmyliło) Tamara Goodwin, która również pełni rolę narratorki. Opowiada nam o niezwykłych wydarzeniach, które mają miejsce pewnego lata tuż przed jej siedemnastymi urodzinami. Historia zaczyna się od przeprowadzki Tamary i jej matki do wujostwa mieszkającego w stróżówce znajdującej się w miejscu, gdzie "diabeł mówi dobranoc", czyli na zapadłej wsi z dala od większych miast. Jest to dla nastolatki niezwykle trudna sytuacja, gdyż była przyzwyczajona do innych standardów życia. Do tej pory mieszkała w ekskluzywnym domu, miała prywatną plażę, wakacje spędzała w luksusowych kurortach, nosiła ciuchy tylko najlepszych marek, jednym słowem dostawała co chciała. Nagle wszystko się zmienia. Ojciec dziewczyny popełnia samobójstwo po tym, jak zaciągnął kredyt, którego nie był w stanie spłacić. Tamara i jej matka muszą wyprowadzić się z zajętego przez bank domu. Jak już wspomniałam trafiają wtedy do stróżówki zamieszkanej przez Arthura i Rosaleen. Milczący, wydający z siebie mruknięcia i chrząknięcia Arthur, i pedantyczna, tajemnicza, budząca swego rodzaju niepokój Rosaleen, to dość specyficzne postacie. Czy nastolatka będzie w stanie nawiązać z nimi jakąś nić porozumienia? Czy znajdzie dla siebie zajęcie w tym odludnym, z dala od wszelkich rozrywek miejscu?

Pewnego dnia Tamara staje się posiadaczką niezwykłego pamiętnika. Niezwykłego dlatego, że pokazuje wpisy nastolatki z dnia... jutrzejszego. Od tej chwili dziewczyna może robić wszystko zgodnie z tym, co jest napisane w pamiętniku lub próbować zmienić przyszłość.

Postać Tamary może być dla niektórych, przynajmniej na początku, irytująca i nieznośna. Jednak ta krnąbrna, snobistyczna i niezwykle rozpieszczona nastolatka dość szybko zdobyła moją sympatię. Najbardziej chyba polubiłam jej cięty język. Nie jest płytką, głupiutką gąską. Stratę swojego ojca przeżywa długo i boleśnie. Ale chyba najbardziej gnębi ją poczucie winy z powodu swojego zachowania wobec niego. Kolejną bardzo ciekawą postacią w powieści jest siostra Ignacjusz (pomylona zresztą przez Tamarę z transwestytą ze względu na męsko brzmiące imię), która pełni raczej drugoplanową rolę, lecz mimo wszystko wybija się przed szereg.

Fabuła, oprócz tego, że ciekawa, to jest jednolita, nie rwie się i właściwie przez cały czas nie tracimy z oczu wątku. Akcja nie jest może zbyt wartka, ale w punkcie kulminacyjnym nabiera sporych rumieńców. Tytuł z kolei mógłby sugerować powieść fantastyczną. Co prawda pojawia się element fantastyczny (pamiętnik), lecz całość stanowi raczej powieść obyczajową. Jest to książka o dojrzewaniu, odkrywaniu siebie na nowo, podczas gdy na światło dzienne wypełzają różne tajemnice rodzinne. Wszystko to jest tylko przyprawione odrobiną magii.

Któż z nas nie chciałby takiego pamiętnika, którego los sprezentował Tamarze. Ileż to zaoszczędziłoby kłopotów, ile problemów moglibyśmy uniknąć. Tylko czy wtedy życie nie byłoby zbyt nudne i przewidywalne? Jak oczekiwać i cieszyć się z niespodzianek, które z założenia już niespodziankami nie są? Ja podziękuję. "Sami musimy tworzyć nasze jutro".

Polecam serdecznie wszystkim "Pamiętnik z przyszłości". Powieść jest pisana z perspektywy nastolatki, ale książka nie jest skierowana tylko do młodzieży. Tym, co dopiero skończyli 20 rok życia, i tym, co już nawet nie pamiętają tych urodzin :), też powinna się spodobać.  

Moja ocena: 5,5/6

czwartek, 5 lipca 2012

"Mroczne sekrety" Adele Geras



Autor: Adele Geras
Tytuł: Mroczne sekrety
Wydawnictwo: Świat Książki, 2006
Ilość stron: 454

Kiedy zobaczyłam tytuł tej książki, jej okładkę, a na końcu przeczytałam opis, od razu przyszła mi na myśl Kate Morton i jej "Milczący zamek". Pomyślałam, że to będzie coś podobnego.

Akcja "Mrocznych sekretów" rozgrywa się w angielskiej posiadłości Willow Court, niegdyś należącej do sławnego edwardiańskiego malarza - Ethana Walsha. Obecnie majątkiem tym zajmuje się jego córka, Leonora. Pod koniec sierpnia 2002 roku kończy ona siedemdziesiąt pięć lat i z tej okazji zostaje zorganizowane przyjęcie. Wśród gości znajdują się jej dwie córki, Rilla i Gwen, zięć James, wnuki - Efe ze swoją rodziną, Chloe, Aleks i Beth (pasierbica Rilli). Zaproszony jest również Sean Everard, który chce nakręcić film dokumentalny o życiu i twórczości Ethana Walsha. Pojawia się zatem cała plejada postaci i różnych charakterów.

W ciągu tygodnia poprzedzającego uroczystość wychodzą na jaw wszystkie skrywane latami sekrety rodzinne, pojawiają się nowe związki, inne się rozwiązują itp. Muszę przyznać, że jednak pomyliłam się w pierwszej ocenie książki. Z "Milczącym zamkiem" ma jednak niewiele wspólnego, ale to mnie nie zniechęciło na tyle, by porzucić czytanie.

Choć można zarzucić, że autorka swoimi zbyt wyraźnymi wskazówkami doprowadza do przedwczesnego rozwiązania przez czytelnika największej tajemnicy rodzinnej, że momentami książka trąci trochę telenowelą, i chociaż tak naprawdę spodziewałam się czegoś innego, to powieść jednak mi się podobała.

Polecam, ale od razu uprzedzam, żeby nie nastawiać się na coś naprawdę mrocznego :)     

Moja ocena: 4,5/6

wtorek, 12 czerwca 2012

"Mariola, moje krople..." Małgorzata Gutowska-Adamczyk



Autor: Małgorzata Gutowska-Adamczyk
Tytuł: Mariola, moje krople...
Wydawnictwo: Świat Książki, 2011
Ilość stron: 304


Akcja utworu "Mariola, moje krople..." przenosi nas w czasy PRL-u, a dokładnie pod koniec 1981 r. (17 listopad - 13 grudzień). Jest to niespokojny czas, gdyż lada dzień zostanie ogłoszony stan wojenny. Miejsce akcji - Teatr Miejski w bliżej nieokreślonym dolnośląskim miasteczku.

Mamy tu do czynienia z szeroką gamą barwnych postaci z dyrektorem, Janem Zbytkiem, na czele, mającym romans z sekretarką, tytułową Mariolą. Trzykrotnie żonaty, zawiedziony, bo żadna z jego żon nie urodziła mu syna. Nadziei na spełnienie tego marzenia upatruje właśnie w Marioli. Jest też upierdliwy, wątpliwej inteligencji Ludwik Martel - pierwszy sekretarz komitetu miejskiego PZPR, który więcej czasu spędza w teatrze niż we własnym domu. Nie jest obojętny na wdzięki żony Zbytka - Pauliny, pragnącej być zawsze i wszędzie w centrum uwagi. Bohaterów jest oczywiście znacznie więcej, nierzadko z nazwiskami sugerującymi jakąś profesję (ksiądz Różański), cechę charakteru (Podpuszczka, Mizerak) lub też mający swój pierwowzór w postaci rzeczywiście istniejącej jak np. Palęta - szef Solidarności, co jednoznacznie nawiązuje do Lecha Wałęsy.

Fabułę trochę ciężko opisać. Pracownicy teatru zajmują się dość przyziemnymi i charakterystycznymi na tamte czasy czynnościami, czyli pędzą bimber, stoją w kolejkach, kupują wszystko, co się tylko da, nawet za małe rajstopy, co poniektórzy drukują nielegalne ulotki. W międzyczasie wystawiają sztukę "Romeo i Julia", jak również przygotowują się do następnej, której premiera ma się odbyć 12 grudnia, by uświetnić zakończenie manewrów Sojuz'81.  Kanwę utworu stanowią dialogi, więc mamy tu do czynienia niejako ze stylizacją na sztukę teatralną. Ten zabieg autorki uważam za bardzo udany.

Informacja z okładki, że jest to "lekka, zabawna, przekorna powieść autorki bestsellerowej Cukierni pod Amorem" jest jak najbardziej adekwatna do rzeczywistości. Komizm postaci (tu na czoło wysuwa się Martel) i sytuacji (dyrektor Zbytek lądujący w otwartej zapadni jest moim number one) to kolejne atuty powieści.

Jednak... nie do końca książka zdobyła moją sympatię. I to właściwie nie jest wina samego utworu, jak i jego autorki. Otóż... nie pałam sympatią do czasów PRL-u, nie lubię o nich czytać, nie lubię o nich oglądać (mam tu na myśli np. kultowe filmy Barei). Tak po prostu. Nie interesuje mnie to i już. Sięgnęłam po tę książkę, bo lubię styl pisania Gutowskiej-Adamczyk i byłam ciekawa innej jej powieści. No i też poniekąd siostra mnie przekonała ;) Myślę jednak, że należę do bardzo wąskiego grona "niesympatyków PRL-u" i "Mariola, moje krople..." znajdzie uznanie w oczach większości czytelników.

Moja ocena: 4,5/6