Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MAG. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MAG. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 maja 2014

"Ocean na końcu drogi" Neil Gaiman








Autor: Neil Gaiman
Tytuł: Ocean na końcu drogi
Wydawnictwo: MAG, 2013
Ilość stron: 216


Pozwólcie, że najpierw przedstawię Wam pewną krótką scenkę.
Dwoje ludzi wybrało się na spacer. Kiedy dotarli na brzeg niewielkiego stawu, doszło do kłótni. Jeden próbował przekonać drugiego do swoich racji i żaden nie chciał odpuścić. Pierwszy z nich twierdził, że mają przed oczami zwykły staw, drugi z uporem maniaka utrzymywał, że to, co widzą, to tak naprawdę wielki ocean. Kłótnia trwała do samego wieczora, aż w końcu zrobiło się ciemno i musieli wracać do domu. Nie mogąc dojść do jakiegokolwiek porozumienia, postanowili wreszcie, że każdy z nich pozostanie przy swoim zdaniu i zakończą spór. Ale czy czuli się z tym dobrze? Oczywiście, że nie, bo prawdą jest, że każdy z nich miał rację. Jak to możliwe? Wszystko zależy od tego, jak postrzegamy rzeczywistość i jak ją interpretujemy. Co chcemy widzieć, a czego nie... 

Tytułowy ocean na końcu drogi stał się pretekstem do przywołania wspomnień z dzieciństwa przez głównego bohatera. Jako już dorosły mężczyzna odwiedza farmę Hempstocków, gdzie niegdyś mieszkała jego przyjaciółka, Lettie. Stało się to jakby mimochodem, bo nie to było celem jego przyjazdu w rodzinne strony. Pobyt na farmie skłania go do rozmyślań nad tym, co zdarzyło się kiedyś w przeszłości, ale dopiero widok kaczego stawu, który Lettie nazywała oceanem, sprawia, że wspomnienia - bardzo mgliste, niewyraźne - odzyskują całą swoją moc. To, co zostało zapomniane, odsunięte w najdalsze zakamarki pamięci, powróciło, wypełniając każdą lukę nawet najdrobniejszymi szczegółami.

A wszystko zaczęło się od pewnego górnika opali, który postanowił popełnić samobójstwo w samochodzie należącym do rodziny naszego, wówczas siedmioletniego, bohatera. Ta sytuacja pociągnęła za sobą lawinę niezwykłych wydarzeń - fascynujących, a zarazem przerażających, bowiem samobójcza śmierć górnika stała się przyczyną przebudzenia pradawnych mocy. Na świecie pojawiły się stwory niczym z koszmarów sennych, a którym to musi stawić czoło nasz mały bohater. Pomaga mu w tym Lettie, a także jej mama i babcia - postacie bardzo sympatyczne, ale także niezwykłe i bardzo tajemnicze. No cóż, nie każda babcia jest w stanie pochwalić się tym, że pamięta Wielki Wybuch, nie narażając się tym samym na śmieszność. Magiczne moce, które posiadają te trzy kobiety są tylko dowodem na to, że... wszystko jest możliwe.      

"Ocean na końcu drogi" stoi gdzieś na pograniczu powieści fantasy a współczesną baśnią dla dorosłych. A o czym jest ta książka? Mogłabym napisać, że jest to powieść o dorosłości widzianej oczami dziecka, o sile przyjaźni i o poświęceniu itp., ale wolę jednak stwierdzić coś innego. Jest to utwór w pewnym sensie niejednoznaczny, ponieważ każdy z nas może zinterpretować go po swojemu, uchwycić to, co dla innych pozostaje niewidoczne. I na tym właśnie polega urok i magia tej powieści. Dodatkowym jej atutem jest to, że prowokuje nas do uruchomienia własnych pokładów wyobraźni. Zastanówmy się zatem nad tym, z którym człowiekiem ze scenki w pierwszym akapicie możemy się identyfikować - z tym, który w stawie widzi po prostu zwykły staw, czy z tym, który mimo wszystko potrafi w tymże stawie odnaleźć ocean i w niego uwierzyć...    

Ocena: 5,5/6 





Za udostępnienie egzemplarza dziękuję wydawnictwu MAG

http://www.mag.com.pl/



środa, 23 października 2013

"Ślepowidzenie" Peter Watts









Autor: Peter Watts
Tytuł: Ślepowidzenie
Wydawnictwo: MAG, 2013
Ilość stron: 416



Na science fiction znam się tyle co nic. Jedna przeczytana (i to dawno temu) książka z tego gatunku nie czyni ze mnie choćby marnego znawcy tematu. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie spróbowała się zapuścić w te niezbadane jeszcze przeze mnie tereny. "Ślepowidzenie" stało się moim eksperymentem, dzięki któremu mogłam swobodnie poruszać się po nieznanych obszarach, mogłam go zbadać, poznawać, doświadczać, doznawać, odczuwać, poddawać się biegowi wydarzeń, przebywać w kompletnie mi obcym świecie, a właściwie wszechświecie. Przyznaję, że Watts stworzył dla mnie trudne zadanie, ponieważ jego powieść nie należy do łatwych. To ambitna, wymagająca literatura z solidną dozą nauki, która początkowo była dość... kłopotliwa w odbiorze. Myślę, że dla każdego laika taka by była. Ale... to był tylko chwilowy zgrzyt, bo z czasem umysł niejako przestraja się do tego typu (czyli naukowych) danych, ułatwiając tym samym lekturę. 

Mamy rok 2082. Postęp cywilizacyjny jaki dokonał się na Ziemi, tworzy dość ponury obraz. Kontakty międzyludzkie ograniczają się właściwie do niezbędnego minimum. Coraz więcej ludzi przedkłada samotność nad bliskimi relacjami z drugim człowiekiem. Rozwój techniki to nie tylko więcej możliwości i poszerzanie horyzontów. To także degradacja emocji, dystans, wyobcowanie, zamykanie się w swoim własnym świecie - bycie obcym wśród swoich. I tu należy zadać sobie pytanie - a co się stanie, kiedy ludzkość stanie w obliczu spotkania z prawdziwymi Obcymi? 

Zaczęło się od Świetlików, czyli wielu tysięcy sond rozsianych wokół całej naszej planety. Szybko stało się jasne, że zanim samoistnie spłonęły, najpierw zrobiły zdjęcie. Cały świat przyłapany in flagranti na panoramicznej, kombinowanej stop-klatce. Kto je wysłał i dlaczego? Należało to sprawdzić, dlatego w przestrzeń kosmiczną został wysłany statek "Tezeusz" z dość hmm... osobliwą załogą, wśród której znalazł się wampir. Jednak niech nie zwodzi Was pierwsze skojarzenie z postaciami znanymi nam z młodzieżowych powieści. Istnienie tego wampira ma swoje naukowe podłoże. Watts tak to opisuje: "Bo wampiry wróciły - ożywione voodoo paleogenetyki, poskładane do kupy ze śmieciowych genów, skamieniałego szpiku kostnego, zanurzonego w krwi socjopatów i wysoko funkcjonujących autystyków". Przyjemniaczek, prawda? A tak się jeszcze ciekawie składa, że to on właśnie dowodzi misją. Na pokładzie "Tezeusza" znajduje się m.in. także Siri Keeton, pozbawiony połowy mózgu obserwator i jednocześnie nasz narrator, dzięki któremu możemy poznać cały przebieg wyprawy.  

"Ślepowidzenie" daje nam pewne wyobrażenie o pierwszym kontakcie z Obcym. Nie jest to oczywiście nowatorski pomysł, gdyż takich "pierwszych kontaktów" mieliśmy już sporo czy to w literaturze, czy w filmie. Jednak Obcy wg Wattsa w niczym nie przypomina znanych nam form inteligentnych (lub wręcz przeciwnie) potworów lubujących się w ludzkim mięsie bądź humanoidalnych postaci z dużymi głowami czy tym podobnych tworów. Tu spotkała mnie niespodzianka, bo wizja autora jest trochę inna i przy tym niezwykle interesująca. Przyznaję się, kupiłam tę wersję w całości, bez zbędnych pytań. W tym wszystkim nie należy jednak stracić z oczu istoty powieści. Nie jest nią tak naprawdę kontakt z Obcymi. Jest on tylko pretekstem do zajrzenia w głąb psychiki człowieka, zastanowienia się nad działaniem ludzkiej świadomości, bo czyż to nie właśnie ona lubi płatać nam różne figle? I czymże jest owe tytułowe ślepowidzenie? 

Powieść Wattsa to intelektualne wyzwanie, któremu należy poświęcić wiele uwagi. Zmusza do przemyśleń nad wieloma ważnymi kwestiami, przy tym jest w jakiś sposób niepokojąca, gdyż wydaje się, że przebieg wydarzeń wcale nie jest taki niemożliwy. Wiarygodne naukowe podstawy teorii wysuwanych przez autora nie wzięły się znikąd. Mają one solidne podstawy w istniejących rzeczywiście publikacjach naukowych.  

Dla kogo jest ta powieść? Przede wszystkim dla wielbicieli science fiction - to jasne. Ale polecam też ją tym wszystkim, którzy nie boją się czytelniczych wyzwań.             

Moja ocena: 5,5/6


Za egzemplarz bardzo dziękuję Wydawnictwu MAG


czwartek, 4 lipca 2013

"Oślepiający nóż" Brent Weeks






Autor: Brent Weeks
Tytuł: Oślepiający nóż
Wydawnictwo: MAG, 2013
Ilość stron: 928



"Oślepiający nóż" to drugi tom cyklu pt. "Powiernik Światła". O pierwszym tomie ("Czarny Pryzmat") pisałam tutaj

Biorąc do ręki "Oślepiający nóż", gwarantujemy sobie bardzo udany powrót do świata Chromerii, Siedmiu Satrapii, świata, w którym magiczną moc posiadają krzesiciele kolorów. Lecz świat ten staje w obliczu ogromnego kryzysu. Gavin Guile, Pryzmat, będzie musiał się wykazać wielką odwagą i sprytem, by przywrócić dawny porządek. Czy to mu się uda? Nie lada problemem staje się fakt, że Gavin... umiera. Myślał, że zostało mu pięć lat życia, jednak rzeczywistość okazuje się dużo bardziej okrutna, pozostawiając mu mniej niż rok. Okazuje się również, że zaczyna tracić część ze swoich magicznych zdolności. Zdaje się, że problemom nie ma końca, a przecież jeszcze trzeba znaleźć schronienie dla pięćdziesięciu tysięcy uchodźców z Garristonu, dojść do porozumienia z byłą narzeczoną, Karris, która być może poznała jego największy i najmroczniejszy sekret, zająć się synem z nieprawego łoża, Kipem. Jakby tego było mało, brat, którego szesnaście lat wcześniej Gavin uwięził, jest coraz bliżej odkrycia sposobu wydostania się na wolność...

Jedną z zalet "Oślepiającego noża" jest to, że możemy jeszcze bliżej poznać bohaterów znanych nam z pierwszej części. O ile Gavin prezentuje dobrze nam już znaną odwagę, upór, bohaterstwo najwyższej klasy, Kip nabywa nowych cech, znacznie wpływających na ocenę tej postaci. Przechodzi on swoistą metamorfozę, a my, czytelnicy, jesteśmy tego świadkami. To co w nim pozostaje jednak niezmienne, to niewyparzony język i poczucie humoru, które dodaje mu tylko uroku. Kip wraca do Chromerii, by wyszkolić się na członka elitarnej Czarnej Gwardii. Poza tym musi stawić czoła intrygom swojego dziadka, Androssa Guile, który za wszelką cenę chce pozbyć się bękarta przynoszącego hańbę rodzinie. Jest to postać obdarzona niezłomną siłą woli i genialnym umysłem. Postać, która budzi strach. 

Uniwersum stworzone przez Brenta Weeksa jest bardzo dokładnie przemyślane. Autor zadbał o wszelkie szczegóły i szczególiki, i choć czasem ich ilość może być nieco przytłaczająca, to jednak ich znajomość jest niezbędna do tego, by zrozumieć mechanizmy rządzące światem Siedmiu Satrapii. Niezwykle pomocne okazało się tu zamieszczenie na końcu książki słowniczka, spisu postaci, a także dodatku, w którym wyjaśnione zostały najważniejsze pojęcia związane z kolorami, ich krzesaniem, a także ich wpływem na osobowość krzesiciela.

Jedyny zarzut jaki mam do powieści nie tyczy się jego konstrukcji, lecz korekty. Choć ilość błędów nieco się zmniejszyła w stosunku do pierwszej części, to jednak wciąż one są.

"Oślepiający nóż" nie zawiódł mnie. Dostarcza on sporą dawkę emocji, a fabuła trzyma w napięciu do samego końca. Z niecierpliwością czekam na kolejny tom "Powiernika Światła", a Wam, szczególnie miłośnikom fantasy, polecam zapoznać się z dwoma pierwszymi częściami. Naprawdę warto!

Moja ocena: 5/6


Za egzemplarz bardzo dziękuję wydawnictwu MAG



Recenzja bierze udział w wyzwaniu: W prezencie

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Po przerwie dwie opinie

Witajcie :) Być może wielu z Was zauważyło, że na jakiś czas zniknęłam ze swojego i Waszych blogów. Wciąż przedłużające się problemy techniczne praktycznie wyeliminowały mnie z życia nie tylko blogowego, ale i w ogóle komputerowo-internetowego. Mam nadzieję, że to już jednak koniec problemów.

Nie było mnie tutaj, lecz z czytaniem książek nie było żadnych problemów, dlatego nazbierał mi się niezły stosik do recenzji. Dziś napiszę po parę słów o dwóch pozycjach, aby szybciej nadrobić zaległości :)



Autor: Brent Weeks
Tytuł: Czarny Pryzmat
Wydawnictwo: MAG, 2011
Ilość stron: 736


Opis z okładki: "To on ma władzę, siłę i bogactwa, zapłaci jednak za to własnym życiem. Gavin Guile jest Pryzmatem, najpotężniejszym człowiekiem na świecie. Jest cesarzem i najwyższym kapłanem; tylko dzięki jego mocy, sprytowi i urokowi osobistemu udaje się utrzymać kruchy pokój. Jednakże Pryzmaci nie żyją długo i Guile dokładnie wie, ile mu jeszcze zostało: pięć lat, żeby zrealizować pięć niemożliwych celów. Nagle jednak dowiaduje się, że ma syna, który urodził się w odległym królestwie, po wojnie, dzięki której Gavin zdobył władzę. Teraz musi zdecydować, jaką cenę jest gotów zapłacić, żeby utrzymać w tajemnicy sekret, który może zniszczyć świat".

Wspomniałam już kiedyś o tym, że biorąc się za serię, do której należy "Czarny Pryzmat", rzucam się na głęboką i nieznaną wodę. Nie miałam wcześniej do czynienia z tego typu literaturą i nie bardzo wiedziałam, czego mam się spodziewać. Otóż te nieznane wody okazały się dla mnie całkiem przyjazne. Nie tylko nie utonęłam, ale z tych wód wyjść już nie chciałam. 

Bohaterowie tej powieści fantasy posiadają niezwykle ciekawe magiczne umiejętności, mianowicie potrafią krzesać kolory, co sprowadza się do tego, że przekształcają światło w namacalną substancję - luksyn. To całkiem przydatny materiał do tworzenia broni, ale także budowania mostów, murów, a nawet całych budynków. Ale to nie jest takie proste zadanie. Stworzenie trwałego luksynu wymaga wielu lat praktyki i nauki. Krzesanie koloru ma również bardzo wysoką cenę - im więcej krzesiciel posługuje się magią, tym szybciej zbliża się do szaleństwa bądź śmierci. 

Akcja powieści jest dość dynamiczna, znajdziemy w niej sporo ciekawych zwrotów akcji, interesujących bohaterów - jednym słowem nudzić się nie powinniście. Wydaje się, że świat stworzony przez Brenta Weeksa jest dopracowany w najmniejszym szczególe. Nie wiem czy miłośnicy gatunku zgodzą się ze mną, ale wydaje mi się, że "Czarny Pryzmat" nie należy do arcydzieł tego gatunku. Nie ulega jednak wątpliwości, że jest to powieść, przy której naprawdę fantastycznie spędziłam czas :) Na szczęście miałam pod ręką drugi tom - "Oślepiający nóż", dzięki czemu nie musiałam robić sobie przerwy w czytaniu. O nim z kolei napiszę troszkę później. Tak dla informacji jeszcze - "Czarny Pryzmat" otwiera trylogię pt. "Powiernik Światła".  

Na koniec muszę wspomnieć o pewnym mankamencie, który bardzo mnie raził podczas czytania książki. Chodzi o pojawiające się co rusz literówki i błędy językowe. Konsekwentnie pojawiają się one również w drugim tomie (dlaczego???). "Mężczyźni klepali go poplecach, kobiety dotykał ramion i rąk, wszyscy mu gratulowali". A mnie ręce opadają aż poplecy bolą ;)

Moja ocena: 5/6

Opinia bierze udział w wyzwaniu: "W prezencie"






Autor: Simon Beckett
Tytuł: Zapisane w kościach
Wydawnictwo: Amber, 2011
Ilość stron: 336


Opis z okładki: "Większość dnia spędzam ze zmarłymi. Czasem ze zmarłymi, którzy nie żyją od bardzo dawna. Jestem antropologiem sądowym. To po części patologia, po części archeologia. To, co robię, wykracza poza jedno i drugie. Bo nawet wtedy, kiedy biologia człowieka przestaje działać, kiedy z tego, co było życiem, zostaje jedynie zepsucie, zgnilizna i stare suche kości, nawet wtedy zmarły może być ważnym świadkiem. Może opowiedzieć swoją historię, pod warunkiem że umie się ją zinterpretować. Ja umiem. Umiem skłonić zmarłych do zwierzeń...".

Znany nam już z poprzedniej powieści Simona Becketta "Chemia śmierci" antropolog sądowy David Hunter tym razem wybiera się na wyspę o nazwie Runa, gdzie w opuszczonym domu znaleziono spalone zwłoki. Sprawa jest o tyle dziwna, że spaleniu uległo ciało, natomiast ogień oszczędził wszystko dookoła. Przypomina to trochę teorię o samozapłonie, lecz czy rzeczywiście o to chodzi? David Hunter stara się rozwikłać tę zagadkową śmierć. Tymczasem pewne okoliczności sprawiają, że wyspa zostaje zupełnie odcięta od świata, znikąd nie można otrzymać ratunku, a sprawy zaczynają się nieco komplikować.

Sięgając po "Zapisane w kościach" miałam nadzieję, że otrzymam równie dobry thriller co "Chemia śmierci" i nie zawiodłam się. Beckett jest dla mnie prawdziwym mistrzem w kreowaniu niepokojącego i hermetycznego świata niewielkich społeczności - czy to dotyczy małego miasteczka, czy mieszkańców niewielkiej wyspy. Obserwacja mentalności tych ludzi, ich nieufność wobec obcych a nawet wrogość potęguje napięcie i sprawia, że odczuwamy zagrożenie dosłownie na każdym kroku. Spowijający wyspę mrok i szalejący sztorm nadają atmosferze powieści jeszcze bardziej ponury wydźwięk. 

Rzadko się zdarza, żeby zakończenie powieści tak mnie zaskoczyło, jak w tym przypadku. Sprawiło to, że moja ogólna ocena książki znacznie wzrosła. W "Chemii śmierci" nasza wiedza o rozkładzie ciała znacznie się poszerzyła,  w tym przypadku dowiemy się, co dzieje się z ciałem, kiedy trawi je ogień...
 "W odpowiedniej temperaturze pali się wszystko. Drewno. Ubranie. Ludzie.
W temperaturze dwustu pięćdziesięciu stopni Celsjusza zapala się ciało. Skóra czernieje i pęka. Tłuszcz podskórny zaczyna topić się jak słonina na gorącej patelni. Podsycany nim płomień trawi tkankę miękką. (...) Ale kość to zupełnie inna sprawa, inna materia, dosłownie i w przenośni. Kość opiera się wszystkiemu, z wyjątkiem najgorętszego ognia. I nawet jeśli wypali się z niej cały węgiel, nawet jeśli jest już martwa i bez życia niczym pumeks, wciąż zachowuje swój pierwotny kształt".
Gorąco polecam!   

Moja ocena: 5,5/6  

Opinia bierze udział w wyzwaniach: "W prezencie", "Z literą w tle"    
  

sobota, 4 maja 2013

"Złomiarz" Paolo Bacigalupi





Autor: Paolo Bacigalupi
Tytuł: Złomiarz
Wydawnictwo: MAG, 2013
Ilość stron: 288



Czy tego chcecie, czy nie, zabieram was właśnie w podróż w bliżej nieokreśloną przyszłość. Spójrzcie na krajobraz, który się przed wami roztacza - przed oczami macie zniszczone miasta, które często nawiedzają potężne sztormy. Ponure szkielety wieżowców i domów górują nas wioskami tych, którzy przetrwali wszelkie kataklizmy - te spowodowane przez naturę, ale i przez działalność najbardziej niszczycielskiego stworzenia na Ziemi - człowieka. To pomniki cywilizacji, która już odeszła i nie powróci. Świat poszedł na przód, lecz ten krok, który zrobił do przodu, to krok w otchłań przemocy, wyzysku, oszustw, narkotyków i ogólnie pojętej niesprawiedliwości. By przeżyć każdy następny dzień, należy poddać się ciężkiej pracy dla wielkich korporacji bezwzględnie wykorzystujących ludzi lub stać się złodziejem i cwaniakiem. Lub po prostu mieć szczęście. Ogromne szczęście.

Przenieśmy się teraz w rejony wybrzeża Zatoki Meksykańskiej. Na jednej z plaż roi się od ludzi pracujących przy rozbiórce statków. Swoiste cmentarzysko starych, rozebranych już wraków, tworzy dość przygnębiający widok. Nailer, nastoletni bohater powieści, należy do tzw. lekkiej ekipy. Codziennie penetruje wnętrzności statków, w poszukiwaniu lżejszych materiałów, np. miedzianych okablowań, aluminium, niklu itp. Jest jednym z najlepszych członków ekipy, ponieważ jego bardzo szczupła budowa ciała pozwala mu wedrzeć się w najbardziej niedostępne zakamarki wraku. Oczywiście ten fach wiąże się również z ogromnym ryzykiem nie tylko związanym z niebezpiecznymi pułapkami, które czyhają na chłopca w szczątkach statku, lecz także z nielojalnością członków ekipy. Szczęśliwe znalezisko zawsze stawia tych młodych ludzi przed niełatwym wyborem - szybki i łatwy zarobek lub zdrada. Kiedy okolicę nawiedza niszczyciel miast - potężny sztorm - życie Nailera zmienia się już na zawsze. Zaczyna się dość niewinnie. Razem z przyjaciółką Pimą odnajduje wrak pięknego statku, który nie przetrwał niszczycielskiej działalności sztormu. Już od pierwszej chwili wiadomo, że należy do bogatych ludzi. Jego wnętrze kryje mnóstwo bogactw, które oszołamiają i niosą nadzieję na lepszy los. Ale statek oprócz wielu ciał martwych ludzi skrywa coś jeszcze, a właściwie kogoś. Kogoś, kto przeżył... 

Nailer i Pima stają przed bardzo ważnym dylematem moralnym, który zaważy na ich przyszłości. Odnaleziona na statku dziewczyna obiecuje coś więcej niż tylko chwilowy dobrobyt. Jako córka bardzo bogatego człowieka w zamian za jej ocalenie może zapewnić tym młodym ludziom lepsze życie. Problem w tym, czy można jej zaufać? Czy zgodzić się na taką umowę, jednocześnie świadomie wchodzić w bardzo niepewną sytuację. A może zabić, żeby nie było żadnych świadków, zabrać ze statku tyle ile się da, zanim ktoś inny go odkryje?

Wydarzenia mające miejsce w tej powieści bywają w niektórych momentach niezwykle sugestywne. Tak bardzo, że aż zapiera dech. Galerię występujących tu bardzo młodych postaci wzbogacają ludzie pokroju Richarda Lopeza, ojca Nailera, człowieka uzależnionego od narkotyków i alkoholu. Zadzieranie z nim to dosłownie igranie z życiem. Interesujące są tu także postacie genetycznie modyfikowanych ludzi, które to sprawiają, że "Złomiarza" należy traktować jak powieść fantastyczną.   

Paolo Bacigalupi wykreował ponury, dystopijny świat, w który wkomponował jednak malutkie punkciki oświetlające mrok - iskierki nadziei. Doświadczeni przez los ludzie nie zawsze pozbywają się swojego człowieczeństwa, nie wszyscy ulegają podszeptom ciemnej strony natury ludzkiej, poddają się marzeniom. Bezwzględna walka o byt może czasem kosztować więcej niż nam się wydaje. 
"Zabijanie nie jest za darmo. Za każdym razem, kiedy to robisz, coś z ciebie zabiera. Ty zabierasz komuś życie, a ten ktoś tobie kawałeczek duszy. Zawsze coś za coś"
Choć "Złomiarz" jest w głównej mierze przeznaczony dla młodego czytelnika, to jednak jego lektura może sprawić niejednemu dorosłemu odbiorcy przyjemność. Mnie sprawiła :) Odbyliście tu krótką podróż, ale to ja was w nią zabrałam. Pozwolicie na to, by zrobił to jednak Paolo Bacigalupi?

Moja ocena: 5/6 


Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu MAG



Książka ta bierze udział w wyzwaniu: Z literą w tle

czwartek, 13 grudnia 2012

"Atlas chmur" David Mitchell





Autor: David Mitchell
Tytuł: Atlas chmur
Wydawnictwo: MAG, 2012
Ilość stron: 544







Model czasu: niekończąca się matrioszka z namalowanymi momentami, każdą laleczkę (teraźniejszość) umieszczoną wewnątrz łańcucha laleczek (wcześniejsze teraźniejszości) nazywam faktyczną przeszłością, ale postrzegamy ją jako przeszłość wirtualną. Laleczka "teraz" w podobny sposób obejmuje łańcuch wszystkich teraźniejszości, ktore dopiero nastąpią, a które ja nazywam faktyczną przyszłością, lecz postrzegamy je jako przyszłość wirtualną. 

"Atlas chmur" to właśnie niezwykle kunsztowna literacka matrioszka - piękna, niezwykła, mądra. Porusza, zmusza do myślenia, a gdy przyjdzie na to odpowiedni moment - wywołuje uśmiech na twarzy. Matrioszka Mitchella składa się z sześciu laleczek (czyli sześciu opowiadań), które wydawałoby się nic ze sobą nie łączy. Uważny czytelnik wyłapie jednak subtelną sieć pewnych zależności, które niczym pajęczyna snuje się między przeszłością i teraźniejszością, a także przyszłością. Ten sam czytelnik zacznie zastanawiać się nad losami ludzkiej duszy. Czy rzeczywiście "dusze przemierzają wieki, jak chmury przemierzają niebo"? Jaki wpływ na jednostkę ludzką ma to, co było, i jaki wpływ ta jednostka będzie miała na to, co dopiero będzie? 

Podczas gdy będziemy próbowali sobie odpowiedzieć na te pytania (i jeszcze wiele innych, które zrodzą się w naszej głowie podczas czytania powieści), będziemy świadkami sześciu różnych historii, rozgrywających się na przestrzeni wieków. "Atlas chmur" to swoista podróż w czasie, którą odbędziemy w bardzo nietypowy sposób. Pierwsza, a zarazem najstarsza laleczka z naszej matrioszki, przedstawia losy Adama Ewinga, amerykańskiego notariusza odbywającego podróż przez Pacyfik w 1850 r. Kiedy przebrniemy już przez część powieści, przywykniemy do dość trudnego XIX-wiecznego języka, historia nagle się urywa. I oto poznajemy nowego bohatera - Roberta Frobishera, młodego wydziedziczonego kompozytora, który musi nieźle się nakombinować, by zarobić na chleb. Zapoznamy się także z dziennikarką, która wplątuje się w wielką i zagrażającą jej życiu aferę. Będziemy towarzyszyć wydawcy książek, Timothy'emu Cavendishowi, w ucieczce przed gangsterami, a także wysłuchamy wywiadu, którego udziela genetycznie modyfikowana fabrykanta, przeżywająca Uniesienie. Zakończenia tych opowieści nie poznajemy od razu. Mitchell pozostawia nas w ten sposób w niepewności, ale gdy dotrzemy do kulminacyjnego momentu, czyli jedynej historii opowiedzianej w całości, wszystko po kolei zaczyna się wyjaśniać. 

Nowatorskie rozwiązania zastosowane przez autora nie dotyczą tylko kompozycji powieści. To, co wyróżnia książkę spośród innych, to różnorodność form narracyjnych i gatunkowych. Mamy tu więc takie formy przekazu jak dziennik, listy, wywiad, gawęda, natomiast obok powieści sci-fi znajduje się thriller. Taki misz-masz mógłby wywołać pewien chaos, lecz autor potwierdził tylko swoje niezwykłe pisarskie umiejętności, pokazując, że fantastycznie radzi sobie z każdą formą literacką, a ich różnorodność tworzy niezwykle spójną i bardzo przemyślaną całość. Warstwa językowa z kolei raz po raz wprawiała mnie w zdumienie. Każde z opowiadań jest napisane w języku odpowiadającym realiom i czasom, których ono dotyczy. Wyjątkowym kunsztem językowym autor wykazał się, pisząc historię Sonmi~451, w której mamy wielkie bogactwo neologizmów i przekształceń słów dobrze nam znanych. Jednak prawdziwy geniusz Mitchella objawił się w najlepszym, moim zdaniem, opowiadaniu - o Zachariaszu i wizji postapokaliptycznego świata po Upadku. Wszystko tu jest na najwyższym poziomie.

Biorąc do ręki "Atlas chmur", nie nastawiajcie się na literaturę lekką i łatwą. Przygotujcie się raczej na intelektualną grę między czytelnikiem a autorem, otwórzcie się na każde słowo płynące z lektury, dajcie się uwieść bohaterom, których los nie będzie Wam obojętny. Gwarantuję Wam najwyższych lotów literacką ucztę.                  


Moja ocena: 6/6   



Za niezwykle inspirującą powieść i fascynującą podróż w czasie bardzo dziękuję Wydawnictwu MAG
 

wtorek, 20 listopada 2012

"Drood" Dan Simmons




Autor: Dan Simmons
Tytuł: Drood
Wydawnictwo: MAG, 2012
Ilość stron: 832

Zeszło mi trochę czasu zanim zabrałam się za tę recenzję. Kilka czynników się na to zebrało, ale w końcu jestem, by napisać parę słów o niezwykłym dziele Dana Simmonsa pt. "Drood".

Wszystko ma swój początek. W tym przypadku początek był niemal końcem życia słynnego pisarza - Charlesa Dickensa. Mowa tu o wypadku kolejowym pod Staplehurst z dnia 9 czerwca 1865 r., które to odcisnęło głębokie piętno na psychice niedoszłej ofiary. Wilkie Collins, narrator powieści, a także przyjaciel pisarza tak pisze o tym wydarzeniu: "Lokomotywa wioząca sukces, spokój ducha, zdrowe zmysły, rękopis oraz kochankę zmierzała wówczas - całkiem dosłownie - wprost w stronę wyrwy w torze i przerażającej katastrofy". Od tej tragicznej chwili Dickensowi, który cudem uniknął śmierci, dane było przeżyć jeszcze pięć lat. Jak już wspomniałam wypadek ten był początkiem czegoś nowego. Właśnie pod Staplehurst rozpoczęła się fascynująca, a zarazem przerażająca znajomość Dickensa z niezwykle tajemniczą postacią - czyli Droodem. Człowiek ten (o ile faktycznie był to człowiek) był "chudy jak szkielet, trupio blady". Głowę przywodzącą na myśl trupią czaszkę charakteryzował nienaturalnie krótki nos ("raczej dwie czarne szpary w białej jak ciało robaka twarzy, niż nos z prawdziwego zdarzenia") oraz drobne, ostre, nierówne zęby. Ponadto brakowało mu dwóch palców u prawej ręki, a także palca środkowego lewej. To "dziwadło" stało się w pewnym sensie obsesją Dickensa. By odnaleźć Drooda, pisarz zapuszcza się nawet w mroczne i bardzo niebezpieczne tereny Podmiasta. W wyprawach tych towarzyszy mu wspomniany już Wilkie Collins, postać zbyt niejednoznaczna, by móc go scharakteryzować i ocenić jednym słowem.

Collins z początku wydaje się być człowiekiem honoru, można powiedzieć dżentelmen w pełnej krasie. Był także pisarzem, lecz od początku żył w cieniu swego sławnego przyjaciela. Z czasem jego umysł zaczyna opanowywać zazdrość. Gdy mówi o Dickensie, często używa ironicznego zwrotu: "Pan Niezrównany". Wytyka wszelkie jego przywary i błędy przez niego popełniane. Kiedy zagłębiamy się coraz bardziej w lekturę, wyłania nam się obraz człowieka targanego emocjami. On również popada w obsesję. Ważnym aspektem wpływającym silnie na jego osobowość i zachowanie jest uzależnienie od laudanum (nalewka z opium), którą próbował leczyć podagrę. Początkowe niewielkie dawki "leku" szybko zwiększają swoją objętość. 

Wilkie Collins jest narratorem, a cała powieść ma formę spisanych wspomnień, których odbiorcą miał się stać czytelnik z... przyszłości. Czytelnik, żyjący ponad sto lat od czasu śmierci autora. Jest to bardzo ciekawy zabieg literacki, który został w najmniejszym szczególe świetnie dopracowany. Po pierwsze powieść zawiera niezwykłą dbałość o szczegóły społeczno-obyczajowe charakteryzujące XIX-wieczny Londyn, choć tu uprzedzam, że autor koncentruje się raczej na mrocznej i brudnej, cuchnącej rozkładajacymi się zwłokami stronie miasta. Będziemy zwiedzać z bohaterami przybytki przesycone oparami opium, a także pobłądzimy w licznych, ciemnych korytarzach podziemnego cmentarza. Kolejną rzeczą, o której chcę wspomnieć, to dygresje często pojawiające się w toku narracji. Mogą one nieco wybić z rytmu, lecz są one całkowicie niezbędne. Dodają naturalności wypowiedzi, których podstawową konstrukcją są przecież wspomnienia.  Dygresje te bardzo często odnoszą się do twórczości zarówno Collinsa, jak i Dickensa, a także do ich współpracy literackiej. Niejeden miłośnik znajdzie tu niezwykle ciekawe i cenne opisy poszczególnych dzieł obu pisarzy.

Podsumowując, "Drood" jest to kawał porządnie napisanego i wciągającego thrillera historyczno-fantastycznego, momentami zaskakującego do tego stopnia, że nie wiadomo, gdzie przebiega granica między tym, co prawdziwe, a tym, co mami nas swymi narkotycznymi wizjami...

Moja ocena: 5,5/6



Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu MAG
        


wtorek, 11 września 2012

Herezja Grossbarcka



Autor: Jesse Bullington
Tytuł: Smutna historia braci Grossbart
Wydawnictwo: MAG, 2012
Ilość stron: 384


Na początku chcę zaznaczyć, że do tej pory z literaturą fantasy nie miałam zbyt wiele wspólnego. Jednak w "Smutnej historii braci Grossbart" (głównie z powodu pojawiających się recenzji na jej temat) było coś przyciągającego niczym magnes. Z niecierpliwością czekałam na chwilę, w której mogłam wziąć książkę do ręki, by oddać się lekturze.

Świetnie dopracowana okładka z mocnym akcentem, czyli wystylizowanym na średniowieczny drzeworyt obrazkiem, jest niewątpliwie jednym z największych atutów tego utworu. Na pierwszy rzut oka widać czaszkę, ale gdy przyjrzymy się uważniej, okaże się, że tak naprawdę oczodoły to torby podróżne wiszące na ramionach dwóch braci, a ich sylwetki tworzą ten jakże sugerujący i intrygujący kształt. Uzyskany efekt złudzenia optycznego stanowi doskonałe wprowadzenie w tematykę powieści.

"Smutna historia braci Grossbart" nie stanowi wyłącznie produktu wyobraźni autora.  Jest to opowieść stworzona przez Bullingtona na podstawie fragmentów pisemnych przekazów oraz legend przekazywanych z ust do ust. "Przekształcenie tego dzieła w jednorodną relację pozwoliło połączyć oderwane dotychczas historie i pogodzić rozbieżności, które rzucają światło na rozmaite aspekty motywu przewodniego (...)"  wyjaśnia nam autor w przedmowie.  

Dzieje braci Grossbart przypadają na wiek XIV, który to był "czasem gwałtownym, udręczonym, zdumionym, pełnym cierpienia i rozpadu; epoką, jak wielu myślało, Szatana triumfującego". Był to czas szalejącej i trawiącej Europę dżumy. Zdarzało się, że wymierały całe wioski, a domy i ulice zasłane były rozkładającymi się zwłokami. Nie zabrakło w powieści Bullingtona również i tego istotnego elementu, ponieważ autor starał się jak najdokładniej odtworzyć realia średniowiecznej rzeczywistości. Na kartach powieści odnajdziemy wzmianki o postaciach i wydarzeniach historycznych (np. o wyprawach krzyżowych). W te bardzo niespokojne i brutalne czasy autor wpisał również owego Szatana triumfującego i inne podległe mu przerażające potwory. W świecie tym jest miejsce dla takich istot, jak czarownice, syreny, mantrykory ("jedzący ludzi", stwór z ciałem lwa, głową człowieka i skrzydłami smoka lub nietoperza) i homunkulusy (stwory wydane na świat przez czarownicę).

Przyjrzyjmy się teraz bliżej głównym bohaterom. Bracia bliźniacy - Hegel i Manfried, to ludzie o bardzo wątpliwej reputacji, posługujący się nader wulgarnym językiem, brutalni przedstawiciele nizin społecznych. Ich ciała noszą znamiona licznych, wszczynanych przez nich bójek. Do tego zajmują się równie niechlubną (można powiedzieć rodzinną) profesją, czyli plądrowaniem grobów. To są po prostu hieny cmentarne. W zestawieniu z tymi postaciami szacunek wydaje się być pojęciem abstrakcyjnym. Przy tym mają dość wysokie mniemanie o sobie: "W końcu nasza matka była ścierwo, jak tylko ścierwo może być, a mimo to my są nieskazitelni". Charakteryzuje ich również specyficzne pojęcie wiary. Centralną i jedyną postacią, którą akceptują i której zawierzają swoje życie jest Najświętsza Panienka. Niejednego czytelnika zniechęciły natomiast, a wręcz zniesmaczyły ich obrazoburcze dyskusje na temat Boga czy Jezusa (pochlipujący, pierdołowaty, najpodlejszy tchórz tysiąclecia). I wielu pewnie obraziło się na te herezje. Niepotrzebnie. Pamiętajmy o tym, że wypowiadają te słowa ludzie pojmujący na własny, bardzo prostacki sposób filozofię chrześcijańską. To tylko część charakterystyki braci, a nie obraźliwy palec wymierzony w Kościół i jego wiernych. Plugawy język jest dopełnieniem poziomu, który reprezentują bracia Grossbart. Tak na marginesie, fragment powieści, w którym Hegel i Manfried wyjaśniają Martynowi genezę słowa "jebany", powalił mnie na łopatki. O ich marnej wiedzy i ignorancji świadczy również fakt, że nieustannie przekręcają niektóre słowa, imiona i nazwiska. Mantrykora wg braci to mantykołak, a kapitana Barousse zapamiętali jako Bar Guz.

Celem życia dla braci jest wyprawa do Giptu (czyli Egiptu), gdzie wcześniej wybrał się ich przodek. Sądzą, że w kraju tym, a szczególnie w grobowcach (czyli piramidach), znajdują się nieprzebrane skarby, które będą mogli ukraść, a potem się na nich wzbogacić. Wyruszają więc w długą i bardzo niebezpieczną podróż. Ich śladem podąża hodowca rzepy - Heinrich, któremu Grossbartowie wymordowali całą rodzinę. Aby powiodły się jego plany zemsty, jest w stanie poświęcić nawet własną duszę.

Nie tylko realia przedstawione w powieści są głęboko osadzone w średniowieczu. Podoba mi się, że autor zadbał również o warstwę językową. Zarówno w dialogach, jak i na płaszczyźnie narracji zręcznie operuje archaizmami i zwrotami charakterystycznymi dla tej epoki, tak aby jednak nie przeszkadzały one w odbiorze całego utworu.

Czuję się zobowiązana do tego, by uprzedzić tych, którzy chcą się zapoznać z historią braci Grossbart, że krew leje się tu potężnymi strumieniami. Wszędzie można natknąć się na rozczłonkowane ciała i towarzyszące temu makabryczne i bardzo sugestywne opisy. Droga braci Grossbart do Giptu jest bardzo gęsto usłana trupami. Mój mąż tak posumował lekturę: "Masterton przy tym to pikuś". 

Zanim zaczniecie czytać książkę, pozbądźcie się wszelkich uprzedzeń, ponieważ razem z dobrym nastawieniem, otrzymacie niezwykłą, choć mroczną opowieść, a przy wszelkiego rodzaju dyskusjach naszych bohaterów (a właściwie antybohaterów), będziecie się po prostu dobrze bawić.

Moja ocena: 5,5/6


Wszystkie cytaty za: Bullington J. "Smutna historia braci Grossbart", MAG, 2012.


Za egzemplarz bardzo dziękuję Wydawnictwu MAG