Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Powieść obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Powieść obyczajowa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 sierpnia 2016

"Kruchość skrzydeł" Karen Foxlee




Autor: Karen Foxlee
Tytuł: Kruchość skrzydeł
Wydawnictwo: Dobra Literatura
Rok wydania: 2016
Ilość stron: 304





Czy utracony głos można odnaleźć w... pudełku? Doświadczenia niektórych ludzi pokazują, że cuda się zdarzają, ale czy i w tym przypadku można liczyć na cud? Jak pośród pamiątek po zmarłej siostrze w postaci osieroconego warkocza, porzuconych już na zawsze baletek czy przełamanego na pół wisiorka w kształcie serca wyłowić śpiew, który gdzieś między nimi się zawierusz, być może już na zawsze? W zawartości pudełka spoczywa odpowiedź. Jennifer pragnie ją poznać, jednak będzie musiała dotrzeć znacznie głębiej niż do dna owego pudełka. Zanurzanie się we własne wspomnienia dostarczą jej cennych wskazówek, ale czy to wystarczy by z jej ust znów popłynął piękny śpiew, który utkwił gdzieś w niej bardzo, bardzo głęboko? 

"To jest opowieść o Elizabeth Day. Własnymi rękami poskładałam jej elementy w całość. Dokonałam tego zarówno na podstawie rzeczy, które widziałam, jak i tych, których nie widziałam, ale o których dowiedziałam się później. Opowieść składa się ze strzępów spraw strasznych oraz ze szczątków rzeczy cudownych. Zszyłam je razem, zanim wyblakną i przeminą" (s.25).   
 
Chciałoby się napisać, że dziesięcioletnia Jennifer Day jest obserwatorem powolnego rozpadu swojej rodziny, ale niestety, nie tylko obserwuje, ale również uczestniczy w tej powolnej destrukcji. Zanurza się w niej, a pierwszą widoczną zmianą, choć na początku ledwie dostrzegalną, jest zamrożony w piersiach śpiew. Choć bardzo pragnie go odzyskać, nie ma pojęcia, jak go przywrócić. Następujące kolejno po sobie wydarzenia w żadnym stopniu jej w tym nie pomagają. 

"Pomyślałam, że gdybym była ptakiem, to byłabym orłem australijskim. Gdyby tak właśnie było, to żyłabym wyłącznie dla samej radości latania. Szybowałam na ogromnych wysokościach, unosząc się na wietrze. Wznosiłabym się wyżej niż wszystko dookoła, nad pustynią i jej roślinnością, ponad długimi i wyschniętymi rzekami oraz nad małymi miasteczkami przystającymi do autostrady. Odcięłabym się od wszystkiego" (s. 75-76).

Problemy starszej siostry sprawiają, że wyostrzają jej się zmysły. Zaczyna dostrzegać więcej niż inni, ale jeszcze nie rozumie tego, co widzi. Dopiero po śmierci Elizabeth pewne fakty zaczynają nabierać coraz więcej sensu, bo prawda jest taka, że Jennifer staje się naocznym świadkiem zupełnie nieudanego startu w dorosłość swojej siostry. Dostrzega wiele symptomów, które wskazują na to, że Elizabeth dąży prostą drogą ku katastrofie, lecz jest jeszcze zbyt młoda, by wyciągnąć z tego odpowiednie wnioski. Dodatkowo sprawę komplikuje fakt, że w to wszystko wplątują się jakieś nie do końca zrozumiałe siły. Początkiem końca Elizabeth była zupełnie niepozorna wyprawa nad jezioro. Tam dziewczyna mdleje i nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że po tym incydencie zaczyna wszędzie widzieć... światło. Każdą rzecz, każdego człowieka spowijała trudna do wytłumaczenia poświata. Z medycznego punktu widzenia Elizabeth nic nie dolega, ale jej babcia zaczyna doszukiwać się w tym zjawisku czegoś mistycznego. Czyżby Elizabeth zobaczyła anioła?

"Kruchość skrzydeł" to piękna, niemalże poetycka opowieść o trudach, jakie niesie za sobą zbyt szybkie wkraczanie w świat dorosłych. Elizabeth została obciążona podwójnie, bo oprócz zwykłych problemów towarzyszących zazwyczaj nastolatkom, musi uporać się z czymś znacznie trudniejszym. Ma dokonać wyboru między dwiema możliwościami, a w dalszej perspektywie żadna z nich nie jest dobra. Ratując życie innemu człowiekowi, powoli kawałek po kawałku traci swoje... 

Powieść Karen Foxlee nie jest ani łatwa, ani lekka, ale mimo wszystko może być przyjemna dla kogoś, kto szuka trudnych emocji, dla kogoś, kto nie unika opowieści przepełnionych smutkiem i bólem po stracie kogoś bliskiego. Ostatecznie przecież gdzieś na horyzoncie musi w końcu zamajaczyć chociażby cień czegoś, co przyniesie odmianę. Cień nadziei. 





Za egzemplarz bardzo dziękuję portalowi Sztukater.pl

środa, 22 czerwca 2016

"Lato leśnych ludzi" Maria Rodziewiczówna



Autor: Maria Rodziewiczówna
Tytuł: Lato leśnych ludzi
Wydawnictwo: MG
Rok wydania: 2016
Ilość stron: 256





Puszcza rządzi się swoimi prawami, a człowiek, który chce przekroczyć granicę tego leśnego świata, musi się z tym pogodzić. Zbytnia pewność siebie i brak szacunku dla rytmu życia, który wyznaczają wschody i zachody słońca, szybko stają się kulą u nogi szukającego przygód wędrowca, a nawet mogą ściągnąć na niego poważne niebezpieczeństwo. Jeśli ktoś natomiast szuka ciszy i wytchnienia od codzienności w sercu dzikiej puszczy, musi dostosować swoje wymagania do rzeczywistości, bo lenistwo i miganie się od trudnych, wymagających, ale potrzebnych zajęć, może mieć równie tragiczne skutki, co przecenianie własnych umiejętności. Są jednak tacy, dla których las jest świętością, a jego mieszkańcy najważniejszymi istotami na świecie, ważniejszymi niż oni sami. Dla nich wszystko, co jest związane z leśnym życiem, nie ma żadnych tajemnic, ponieważ są jego nieodłączną częścią. Właściwie można ich spotkać wszędzie - na ulicy, w kawiarni, w bibliotece, może nawet jest nim najbliższy sąsiad, kuzyn lub brat. Wtopieni w miejskie życie starają się uczestniczyć w gonitwie współczesnego świata, lecz gdy tylko natura wysyła pierwsze sygnały, że za chwilę zbudzi się po długim zimowym śnie, ich serce zaczyna mocniej bić. Czas oczekiwania wreszcie dobiega końca i mogą znów wyruszyć tam, gdzie ich miejsce - do leśnej głuszy, jak na prawdziwych leśnych ludzi przystało.   

Miłośnikiem lasu może zostać każdy, lecz przywilejem przynależności do rodu leśnych ludzi szczycić się mogą nieliczni. Sama chęć nie wystarczy, by należeć do tego wyjątkowego grona.

"(...) jeśli chcesz być leśnym "ludziem", musisz w sobie zatracić lęk, gniew, wychować zaś w sobie, aż cię zupełnie ogarnie, miłowanie wszystkiego i wszystkich, co tu z tobą żyją i bywają pod bożym słońcem" (s.110).

Rosomak, Żuraw i Pantera w pewnym momencie swojego życia przekroczyli granicę dzielącą ich od całkowitego złączenia z naturą, nadając tym samym swej egzystencji zupełnie innego wymiaru. Każdego roku wyjeżdżają do chaty w leśnej głuszy, by tam z pełnym nabożeństwem i oddaniem uczestniczyć w pozornie tylko spokojnym naturalnym rytmie każdego dnia. Tym razem dołącza do nich siostrzeniec Rosomaka, młodzieniec nieco "nadpsuty" wygodnym życiem oferowanym przez zdobycze cywilizacyjne oraz udręczony miłością do znacznie starszej od siebie kobiety. Tak kompletnie odmienne warunki od tych, do których był przyzwyczajony, zupełnie go zdezorientowały, wręcz wywoływały lęk, lecz z czasem zaczęły go coraz bardziej fascynować. Nadająca w jego życiu nowy rytm natura, coraz gęściej zapełniała jego serce i duszę, a on sam zapragnął wstąpić w szeregi leśnych ludzi. Do tego jednak prowadzi długa i niepewna droga, bo cel, który sobie wyznaczył, jest niezwykle trudny do osiągnięcia.     

Próżno tutaj szukać akcji, po której czytelnik może dostać zadyszki. Nie po to Maria Rodziewiczówna wysyła nas w samo serce puszczy. Proponuje nam coś zgoła innego, bo czasem warto w tej całej gonitwie, w której uczestniczymy każdego dnia, włączyć hamulce i zwolnić, może nawet się zatrzymać całkowicie. Tylko w ten sposób nasze zmysły się wyostrzą i zaczniemy dostrzegać więcej niż dotychczas. Może się okazać, że obserwowanie biegnącej po gałęziach drzew wiewiórki, będzie niebywale przyjemne i odprężające, a podążanie wzrokiem za powolnym jeżem niekoniecznie musi być nudne. Powieść Rodziewiczówny jest wypełniona takimi obrazami, którymi warto nacieszyć zmysły. Można się w nich zanurzyć i poddać się niespiesznemu tempu, a nieco archaiczny język przeniesie nas w zupełnie inne czasy, gdzie miłość do natury jest nie mniej ważna niż miłość do ojczyzny.  
      


Za egzemplarz bardzo dziękuję portalowi Sztukater.pl

czwartek, 9 czerwca 2016

"Hormonia" Natasza Socha




Autor: Natasza Socha
Tytuł: Hormonia
Wydawnictwo: Pascal
Rok wydania: 2016
Ilość stron: 350



Burza hormonalna to jest coś, co bardzo dobrze, właściwie od podszewki, zna każda kobieta. To prawdziwa rewolucja, która znacząco wpływa na jakość życia. Akceptacja dla takiego stanu rzeczy właściwie nie istnieje. Pal licho, kiedy chodzi o przemianę dziewczynki w młodą, kipiącą energią życiową młodą kobietę. Gorzej, kiedy lata mijają, a ciało zaczyna coraz bardziej nam przypominać o tym, że coś się kończy i zaczynamy zupełnie nowy etap, po którym nie ma już nic "z wyjątkiem sztucznej szczęki oraz badań kolonoskopii" (s. 29). Menopauza... Nawet jeśli będziemy chciały przed nią uciekać na koniec świata, i tak nas dopadnie. Nawet jeśli będziemy szukały ratunku na szpitalnych stołach, gdzie chirurg spróbuje skalpelem odciąć nas od upływającego czasu, menopauza nie zrozumie naszych starań. Weźmie to, co jej się z natury należy. I jak tu z nią walczyć? A może zamiast wdawać się w bezproduktywne walki, warto zanurzyć się po uszy w... hormonii. Harmonii hormonów.   

Kalina ma 45 lat i... niezbyt wesołe perspektywy na przyszłość. Można by powiedzieć, że osiadła na mieliźnie i nie ma pojęcia, jak się z niej wydostać. Boi się starości, boi się również apodyktycznej matki. Zupełny brak asertywności sprawił, że zaborcza matczyna miłość zdusiła w niej wszelkie przejawy samodzielności. Kalina przez wiele lat miotała się między rolą żony i córki, aż w końcu jej małżeństwo się rozpadło. Matka odniosła zwycięstwo i zupełnie nie przeszkadzał jej fakt, że córka przegrała swoje życie. Osiągnęła to, co chciała, miała Kalinę oraz wnuczkę przy sobie. Wydawało się, że już na zawsze, jednak nieoczekiwanie sytuacja zaczęła się powoli wymykać z rąk, bo przecież "każdy człowiek potrzebuje wolności polegającej choćby na przejściu nago z pokoju do łazienki. Na zjedzeniu ciastka w pościeli. Na niedbałym ułożeniu swojego ciała na kanapie i wyciągnięciu nóg na stół. Na podrapaniu się po wzgórku łonowym wreszcie" (s. 16). Pewne spotkanie w zupełnie niecodziennych okolicznościach sprawiło, że na horyzoncie pojawiło się światełko nadziei na choćby minimalną zmianę, na tak potrzebny każdemu oddech wolności, na coraz bardziej wyczuwalny zapach przygody. 

"Hormonia" jest w pewnym sensie lekarstwem na lęk, którego doświadcza wiele osób. Pogodzenie się z myślą, że starość w końcu i nas do siebie przygarnie, pomarszczy nam ciała i popsuje zdrowie, jest szalenie trudnym zadaniem. Buzujące w nas hormony z pewnością w tym nie pomagają. Natasza Socha pokazała nam, że nawet z menopauzą da się żyć. Nie tylko żyć, ale też doświadczać życia w najlepszy z możliwych sposobów. Dojrzałość ma do zaoferowania więcej niż może się wydawać, o ile sami siebie zbyt mocno nie ograniczamy. Zawczasu warto więc przygotować sobie listę marzeń do spełnienia, bo może się przydać :) Warto pamiętać również o tym, że nigdy nie jest za późno na to, by zawalczyć o samego siebie. Dobrze jest od czasu do czasu nie oglądać się na innych, bo zawsze znajdzie się kt, kto będzie niezadowolony z podejmowanych przez nas decyzji.  

"Hormonia" to ciepła, pełna humoru powieść o tym, że osiągniecie pełnej dojrzałości to tylko etap w życiu, a nie jego koniec. Dla kobiet po czterdziestce powinna to być lektura obowiązkowa, jednak te, które jeszcze nie osiągnęły odpowiedniego wieku też znajdą tu coś dla siebie. Ja znalazłam i przyznaję, że dało mi to wiele do myślenia. Wam też polecam poszukać.


Moja ocena: 5/6 


poniedziałek, 30 maja 2016

"Alicja w krainie czasów" Ałbena Grabowska


Autor: Ałbena Grabowska
Cykl: Alicja w krainie czasów
Tytuł: Czas zaklęty, tom 1
Wydawnictwo: Zwierciadło
Rok wydania: 2016
Ilość stron: 336


 
Każda matka chce dla swojego dziecka tylko tego, co najlepsze. Bezdyskusyjnym i najważniejszym jej pragnieniem jest to, żeby było zawsze zdrowe i szczęśliwe, by mogło w pełni cieszyć się tym wspaniałym darem, jakim jest życie. Chce je chronić za wszelką cenę, nie bacząc na żadne przeciwności, a koncentrując się na życiu dziecka, nierzadko zapomina o swoim własnym, kładąc na szali również swoje marzenia. Wiele zdeterminowanych matek jest w stanie poruszyć niebo i ziemię, by dać swoim dzieciom to, czego same nie miały. Jedną z nich jest Natalia, która postanowiła sięgnąć jeszcze dalej i przekroczyć tym samym granice wszelkich ludzkich możliwości, bowiem nadziei na lepszą przyszłość dla swojej córki upatrywała nie w modlitwach do Boga, ale w magii i czarach.  

W 1880 roku przyszła na świat Alicja jako owoc romansu hrabiego Jana Księgopolskiego z służącą Natalią. W tym samym czasie hrabia oczekuje również narodzin innego dziecka, lecz w tym przypadku swojego prawowitego dziedzica. Niewykształcona i naiwna Natalia roi sobie w głowie, że to właśnie ona i jej dziecko są dla Jana najważniejsze. Ucieka się do czarów, wierzy, że pomogą jej one zająć miejsce hrabiny i umożliwią Alicji dorastanie u boku swego ojca. Pragnie również tego, by jej córka nie była tylko zwyczajną dziewczynką. Chce dla niej czegoś znacznie więcej, czegoś co sprawi, że będzie się wyróżniać na tle innych ludzi. Magia ma wybić Alicję ponad przeciętność. Igranie z przeznaczeniem często ma jednak bardzo poważne konsekwencje. Los z natury bywa nieprzewidywalny i nawet jeśli obiecuje złote góry, nie zawsze dotrzymuje słowa, a działanie w dobrej wierze koniec końców może przynieść więcej złego niż dobrego.

Dorastająca Alicja nie zdawała sobie zupełnie sprawy z sytuacji, w jakiej postawiła ją matka. Jej niemająca granic ciekawość świata nie ogarniała jeszcze tego, co ukryte pod powierzchnią. Pytała, szukała odpowiedzi, ale nie rozumiała ironicznych, pogardliwych słów ciotki, których była adresatką. Nie rozumiała chłodnego dystansu dzielącego ją od rodziców niczym głęboka przepaść. Z czasem coraz więcej dziwnych sytuacji, w których uczestniczyła, doprowadziły do wzajemnego uzupełniania się elementów układanki, aż w końcu ułożyły się w jedną całość i wreszcie mogła poznać odpowiedź na najważniejsze w jej życiu pytanie: kim właściwie jestem?

Ałbena Grabowska swoją powieścią w ciekawy i bardzo przekonujący sposób pokazała nam, jak bardzo różnorodne było życie w Polsce końca XIX w. Zaprowadziła nas za drzwi chaty należącej do nieco strasznej wiejskiej szeptuchy, pozwoliła nam też zajrzeć przez dziurkę od klucza do pokojów członków arystokratycznej rodziny, byśmy mogli zorientować się, co też się tam w środku dzieje. Wprowadziła nas również na warszawskie salony, w których to ówcześnie panowała moda na przeprowadzanie seansów spirytystycznych.  Na tle barwnego i nieco ekscentrycznego, choć niepozbawionego sztywnych zasad, świata dorosłych, zgoła inaczej przedstawia się życie małego dziecka. Stopień uczuć bogatych rodziców wobec swoich pociech wyznaczały drogie stroje i zabawki, a posłuszeństwo wobec rodziców i Boga było wymagane w najwyższym stopniu. Dzieci biedaków pomagały rodzicom od najmłodszych lat i właściwie miały ogromne szczęście, gdy mogły wkroczyć w dorosły wiek, unikając śmierci z powodu chorób lub głodu. Ich uczucia nie miały żadnego znaczenia. Często rodzice nie mieli pojęcia, że ich pociechy w ogóle je mają...  

Pierwszy tom trylogii "Alicja w krainie czasów" to doskonały wybór na zbliżające się wakacyjne wieczory, a nawet noce, kiedy to oderwanie się od tej książki okaże się niemożliwe do zrealizowania. Zaostrzy również smak na więcej, a w wielu czytelnikach wywoła wręcz wilczy apetyt.

Polecam bardzo gorąco!     

     

Moja ocena: 6/6

piątek, 27 maja 2016

"Ósme życie (dla Brilki)" Nino Haratischwili






Autor: Nino Haratischwili
Tytuł: Ósme życie (dla Brilki)
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2016
Ilość stron: 582



Gruzja to mały, ale piękny kraj. Tak twierdzi Nica Jaszi, bohaterka, a zarazem narratorka powieści "Ósme życie (dla Brilki)". I ja jej wierzę. Nigdy tam nie byłam, więc z prawdziwą przyjemnością udałam się w literacką wycieczkę po tym ciekawym i nieznanym kraju. Czy wróciłam z zachwytem w sercu i wypełnioną wspaniałymi wspomnieniami z podróży głową? O tym za chwilę.

Adresatem opowieści jest Brilka, najmłodsza przedstawicielka gruzińskiego rodu Jaszi. Nica, która jest jej ciotką, postanawia podzielić się z nią swą ogromną wiedzą na temat losów ich rodziny, a obejmują one cały XX wiek. Sami wiemy, jak bardzo to były niespokojne czasy. Życie bohaterów powieści nie było oderwane od rzeczywistości, nikt nie żył w bezpiecznym, ochronnym kokonie, więc co rusz byli wciągani w wir wydarzeń, które miały przejść do historii. Ich wybory, słuszne czy nie, mniej lub bardziej świadome, zawsze pociągały za sobą jakieś poważne konsekwencje, a cena za marzenia była dość wysoka. Można pokusić się o stwierdzenie, że w tamtym czasie marzenia były czymś kompletnie niemożliwym do zrealizowania, a poddawanie się im na dłuższą metę prowadziło tylko do frustracji i głębokich rozczarowań. W końcu nabrały one też innego, trochę niepokojącego znaczenia - były zasłoną tego, co tu i teraz, człowiek tracił orientację w tym, co powinno być najważniejsze. 

"Stazja po raz pierwszy zadawała sobie pytanie, czy życie, które toczyło się zwyczajnie, w ogóle ma sens i czy marzenia nie są po prostu przeszkodami, które odciągają od tego, co istotne" (s. 188).  

Talent nie wybiera czasu, ani miejsca, ma tylko jeden cel: zawładnąć człowiekiem. Jedną z bohaterek, Stazję, dotknęło właśnie to "nieszczęście". Została obdarzona talentem do tańca, któremu pragnęła poświęcić życie, jednak nie miała możliwości, by się kształcić w tym kierunku, rozwijać i tym samym osiągnąć swój cel. Musiała poddać się temu, co proponowała jej rzeczywistość, a to nie było łatwe do zaakceptowania. O ileż łatwiej by było, gdyby człowiek miał możliwość przeżyć życie kilka razy, żeby móc zrealizować wszystkie swoje wewnętrzne pragnienia...

Za Brilką stoją jej przodkowie ze swoimi doświadczeniami, ale to niepełny obraz. Oprócz tego, że zostali wrzuceni w historyczny kocioł, coś jeszcze przewija się w ich życiu. Zdawałoby się, że nie ma to większego znaczenia, ale jednak pozory mylą. Trudno się dopatrzyć w słodkiej pokusie, jaką jest czekolada, czegoś co ogrywa niebagatelną rolę, a jej działanie może być potężniejsze niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. A jednak. Pełny obraz całej rodziny tworzy mieszankę niezwykle interesującą, ich losy nie nudzą w żadnym momencie, natomiast bogate w informacje tło historyczne wspaniale dopełnia całości.

Nica, rozpoczynając swą opowieść, rozbudziła mój apetyt na... Gruzję. Stworzyła coś na kształt mini poradnika dla Brilki, jak należy zachowywać się wśród Gruzinów, co jest przez nich tolerowane, a co nie. Np.:

- "Nie bądź powodem żadnych nieprzyjemności - tak brzmi pierwsze przykazanie w tym kraju" (s. 21),

- "Ten kraj ubóstwia wspólnotę i nieufnie traktuje odludków" (s. 21),

- "Bądź radosna i pogodna, bo to cechy Gruzinów: w tym słonecznym kraju nie lubi się ponuraków" (s. 22).

I... to by było na tyle. Autorka rzuciła na zachętę parę faktów dotyczących gruzińskiej kultury, po czym niewiele z tego przeniosła na karty swojej powieści, skupiając się właściwie tylko na płaszczyźnie polityczno-historycznej. Zabrakło mi więc Gruzji w Gruzji. Mam nadzieję, że ten spory niedosyt zrekompensuje drugi tom, na który czekam już z ogromną niecierpliwością.  

Wracając do postawionego przeze mnie na początku pytania, odpowiem więc, że podróż była bardzo udana, czasem zachwycająca, czasem nieco rozczarowująca, ale ani trochę nie żałuję, że się w nią wybrałam. Wam też tę wycieczkę gorąco polecam!

Moja ocena: 5/6




czwartek, 19 maja 2016

"Córka cieni. Obce matki" Ewa Cielesz


O moich wrażeniach po lekturze pierwszego tomu z cyklu "Córka cieni" mogliście przeczytać w poprzednim poście - link.



Autor: Ewa Cielesz
Cykl: Córka cieni, tom 2
Tytuł: Obce matki
Wydawnictwo: Axis Mundi
Rok wydania: 2016
Ilość stron: 294



O ile poprzedni tom sagi, czyli "Siedem szmacianych dat", mocno zamieszał w moich emocjach, tak drugi tom wiązał się już raczej z uczuciową stabilizacją. Kontynuacja zazwyczaj ma to do siebie, że głównych bohaterów już bardzo dobrze się zna, więc tylko ich dalsze losy mogą w jakiś sposób fascynować. W tym wypadku przez mniej więcej połowę książki ujawniane są strzępki informacji o tym, co działo się z Julianą - dziewczynką z leśnej chaty. Dopiero później robi się znacznie ciekawiej.

Mija rok odkąd Adam znalazł w bieszczadzkiej leśnej głuszy pamiętnik Magdaleny. Zawładnął on nim tak, że nie był w stanie uwolnić się od tego, co w nim wyczytał i od losów ludzi, którzy pojawili się na jego kartach. Przeżywał wraz z Magdaleną i jej bliskimi każdy dzień, każdą minutę ich życia, lecz w najbardziej newralgicznym punkcie zapiski nagle się urwały, pozostawiając Adama w żalu i niepewności, wynikającej z nieznajomości dalszych losów mieszkańców leśnej chaty. 

"Magdalena urwała wspomnienia w połowie zdania i w tym miejscu, jak na rozstaju leśnych ścieżek, pozostawiła Adama" (str. 8).

Postanowił więc, że za wszelką cenę postara się odszukać Julianę, a swoją pomoc w tym zaoferowała mu dziewczyna o słodkim przezwisku Toffi, która również miała swoje powody, by ją odnaleźć. Nie mając nic poza pamiętnikiem Magdaleny w rękach, z zapałem podjęli się tego arcytrudnego zadania. Z nielicznych, bardzo szczątkowych informacji, przeważnie zdobytych dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, powoli wyłania się obraz powojennych losów Juliany. Nietrudno się oprzeć wrażeniu, że te szczęśliwe zbiegi okoliczności, niekoniecznie są nimi naprawdę. Jest w tej historii poszukiwań jakiś ledwie wyczuwalny element niesamowitości. Jakby ktoś się za tym wszystkim krył, ktoś zupełnie nieuchwytny.

Bardzo ważnym elementem w obu częściach jest świetnie nakreślone tło historyczne, ale to w "Obcych matkach" jest ono bardziej wyeksponowane. Wojna się skończyła, ludzie odczuli ulgę, lecz życie w powojennej Polsce nie miało w sobie nic z sielanki. Każdy radził sobie, jak mógł. Juliana też musiała, choć dla niej to zadanie było o wiele trudniejsze. Wychowana w zupełnym odosobnieniu, niewiele wiedziała o świecie. Na szczęście natura nie poskąpiła jej ani mądrości, ani też wyjątkowego sprytu, zaś jej matka zadbała o to, by umiała czytać i pisać. Miała również bardzo wyjątkowy dar. Juliana wyruszyła w świat z pewnym kapitałem umiejętności, ale czy one wystarczyły do tego, by przeżyć? I czy ludzie, których spotkała na swojej drodze, pomogli jej jakoś odnaleźć się w zupełnie nowej rzeczywistości?

"Obce matki" to powieść, która skupia się przede wszystkim na poszukiwaniu Juliany, ale także drogi do czyjegoś serca. Adam zakochał się w Toffi, ale jej uczucia nie są tak jednoznaczne. Dziewczyna sprawia wrażenie osoby, która właściwie sama nie wie czego chce. Odpycha i przyciąga. Zazwyczaj miła i sympatyczna, potrafi również być wyjątkowo nieprzyjemna. Adam czuje się w tym wszystkim zagubiony, ale mimo wszystko chce zawalczyć o jej miłość.    

W pierwszym tomie cyklu po prostu się zakochałam, w "Obce matki" z kolei zaangażowana była bardziej moja ciekawość niż emocje. Wpływ na to miał rodzaj poprowadzenia fabuły przez autorkę. Poszukiwanie zaginionej przed laty osoby i swego rodzaju śledztwo z tym związane, które w zasadzie przypominało szukanie igły w stogu siana, wzbudza właśnie bardziej ciekawość niż chęć głębokiego zaangażowania się w stany emocjonalne bohaterów.

Zachęcam Was gorąco do zapoznania się z serią "Córka cieni", bo z tak niebanalną postacią jak Juliana po prostu nie sposób się nudzić.  

Moja ocena: 5/6






Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję portalowi Sztukater.pl

http://sztukater.pl/


wtorek, 17 maja 2016

"Córka cieni. Siedem szmacianych dat" Ewa Cielesz




Autor: Ewa Cielesz
Cykl: Córka cieni, tom 1
Tytuł: Siedem szmacianych dat
Wydawnictwo: Axis Mundi
Rok wydania: 2016
Ilość stron: 292



Podobno czytanie nie boli. Kiedy jednak biorę do ręki takie książki jak ta, zaczynam się poważnie zastanawiać nad słusznością tego stwierdzenia. I nie dlatego, że była aż tak zła. Dlatego, że była aż tak dobra.

Młody student historii, Adam, wraz ze swoimi przyjaciółmi udaje się na wycieczkę w Bieszczady. Kiedy gubią się w lesie, bezskutecznie próbują znaleźć drogę powrotną, wtedy właśnie niespodziewanie natrafiają na dom. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że stoi on samotnie pośrodku puszczy. Kto w nim mieszka? I dlaczego ktoś postanowił go wybudować w tak niedostępnym miejscu? Wyglądało jednak na to, że ktokolwiek tu mieszkał, postanowił wyprowadzić się stąd dawno temu. Świadczyły o tym rozwieszone na ścianach pajęczyny i gruba warstwa kurzu pokrywająca bardzo stare meble. Niepokojące wrażenie zrobił na nich widok tego, co znaleźli na podłodze. Obok drewnianej skrzyni leżało siedem równiutko poukładanych szmacianych lalek. Na skrzyni zaś znajdował się pakunek owinięty szmatką, a na nim bukiet zasuszonych polnych kwiatów. 

Adama bardzo zaintrygował ten widok, a jeszcze bardziej sam pakunek, który wydawał się być otoczony jakąś szczególną czcią. Bukiecik kwiatów i poukładane z dziecięcą starannością lalki mogły świadczyć o tym, że kiedyś mieszkała tu mała dziewczynka. Natychmiast rodzą się więc w głowie pytania o to, co się z nią stało, czy jeszcze żyje, czy spotkała ją jakaś tragedia, i chyba najtrudniejsze do pojęcia: czy była tu sama? Ciekawość Adama zachęciła go do odkrycia tego, co zawierał tajemniczy pakunek. Był nim gruby zeszyt w twardej oprawie. Pamiętnik Magdaleny. 

Odkąd Adam zaczął czytać owy pamiętnik, trudno mu było oddzielić grubą kreską swoje życie od tego, które prowadziła Magdalena. Każda przerwa w lekturze dziennika wiązała się z problemem powrotu do realnego świata. To co tu i teraz, mieszało się z przeszłością, a postacie pojawiające się w zapiskach Magdaleny, jak i ona sama, obudziły w sercu Adama ogromne pokłady empatii. Kiedyś zainteresował się historią, pokochał ją, a teraz przeszłość miał dosłownie przed oczami. Miał w rękach swego rodzaju dokument, opis tragicznych wydarzeń sprzed wielu lat, które to położyły się cieniem na relacjach między Polską a Ukrainą. Miał również możliwość przebywania z bohaterami tamtych czasów, mógł się z nimi utożsamiać, być świadkiem ich wyjątkowego życia i zarazem przeżywać katusze swojej niemocy, bo w żaden sposób nie potrafił im pomóc. Niewiele w tym wypadku pomagała myśl, że to się przecież już wydarzyło, i to wiele lat temu.

"Historia pisana przez czyjeś życie pochłaniała go bez reszty, wtapiała się w jego własne" (140).   

Miłość też czasem zadaje ból, a ja się zakochałam... Zakochałam się w tej powieści. Jak to często w miłości bywa, obiekt uczuć nie zawsze jest idealny. "Siedem szmacianych dat" też ma swoje wady. Muszę przyznać, że poczułam lekki niedosyt, kiedy dwójka głównych bohaterów zaczyna się sobą interesować i darzyć szczególnym uczuciem. Miłość ta urosła do tak potężnych rozmiarów, że zakochani byli w stanie poświęcić wszystko, nawet swoją rodzinę i całe dotychczasowe życie. Magdalena, pochodząca z przedwojennego zamożnego domu, miała wszystko czego tylko zapragnęła, ale postanawia uciec gdzieś w Bieszczady z ubogim kelnerem. Zaszywają się głęboko w puszczy, by tam wieść przepełniony trudnościami żywot. A jednak coś sprawiło, że w tę miłość na początku musiałam bardziej uwierzyć niż poczuć naprawdę. Na szczęście malutki to mankament, kiedy weźmie się pod uwagę całokształt. 

Powieść Ewy Cielesz pochłonęła mnie w całości, tak samo jak Adama pochłonął pamiętnik Magdaleny. Niektóre fragmenty były tak wstrząsające, tak trudne w odbiorze, że aż... bolesne. Jakiś wewnętrzny niepokój, niepewność i w pewnym stopniu obawa o to, co się ma wydarzyć, towarzyszyła mi właściwie przez cały czas. Gdzieś za rogiem, a właściwie za każdym drzewem, czaiło się coś złego i niebezpiecznego. I niekoniecznie chodziło o dzikie zwierzę, zwłaszcza gdy ma się świadomość, że choć daleko, to jednak za tymi tysiącami drzew toczy się wojna. Prawdopodobieństwo, że ktoś w końcu zapuka do drzwi, znacznie wzrasta, i wtedy tylko jedna przerażająca myśl może pojawić się w głowie: swój czy wróg? 





niedziela, 15 maja 2016

"Bez słów" Mia Sheridan





Autor: Mia Sheridan
Tytuł: Bez słów
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2016
Ilość stron: 384



Każdy z nas ma jakąś przeszłość. Dla jednych wiązała się ona z możliwością wspaniałego rozwoju, dla innych była czasem, który narzucił wiele problemów i trudności, ale za każdym razem dawał również szansę, by jakoś się pozbierać i ruszyć naprzód. Są również tacy ludzie, którzy poza swoją przeszłością, nie mają nic. Archer Hale jest jednym z nich.  

To, co się wydarzyło, gdy miał zaledwie siedem lat, sprawiło, że jego tzw. normalne życie obróciło się w pył, a wydany krzyk, który zamarł na jego ustach, nigdy nie wybrzmi do samego do końca. W niewytłumaczalny sposób chwila ta sprawiła również, że zniknął on ze świadomości mieszkańców miasteczka, którzy próbowali zapomnieć o tragedii. Niby widoczny, a jednak niewidzialny, wtopiony w tło, z góry osądzony, odtrącony. Tak było wygodnie dla wszystkich, dla samego Archera również. Choć zarośnięty, zaniedbany, to wciąż jednak młody, przystojny mężczyzna, więc ktoś w końcu musiał się znaleźć, przez kogo zostanie dostrzeżony. Tym "odkrywcą" stała się Bree, która za nawarstwionymi przez lata pokładami niedostępności, starała się dostrzec kogoś więcej niż tylko miejscowego dziwaka. Tylko ona chciała usłyszeć jego niemy głos, by nadać mu znaczenie, a przede wszystkim sprawić, żeby sam Archer w jego znaczenie uwierzył.   

Czy powieść ta wzrusza? Jestem pewna, że każdy czytelnik znajdzie w niej coś, co go poruszy, co sprawi, że jeśli łzy same nie popłyną, to przynajmniej na chwilę wytrąci go z czytelniczego komfortu. Najpiękniejszą chwilą dla mnie z całej powieści był moment, kiedy bohaterowie zaczęli posługiwać się językiem migowym. Mam świadomość, że na świecie istnieje wielu ludzi, którzy tylko w ten sposób mogą porozumiewać się ze światem. Język migowy w moich oczach był jednak czymś, co wiązało się z pewną koniecznością, lecz dzięki powieści Mii Sheridan nabrał on zupełnie innego wymiaru.

"Zamrugałam i odparłam na migi: Jeśli nie masz nic przeciwko, chciałabym używać twojego języka" (str. 95).   

To nie Archer musiał się starać wyjść poza ramy swoich możliwości, by znaleźć się w rzeczywistości, gdzie mniej lub bardziej ważne wypowiedziane słowa są podstawą międzyludzkich interakcji. Bree zrobiła coś wspaniałego. Zamiast dźwięku wybrała ciszę, zamiast ust wprawiła w ruch ręce, które potrafią powiedzieć wszystko. Tym samym stworzyła niezwykle intymną relację, dostępną tylko dla nich obojga. Gdyby nawet stali w sali wypełnionej po brzegi ludźmi, ich słów nikt nie usłyszy, nikt nie zrozumie. Mają swój własny język, tym piękniejszy, że jest on zarazem językiem miłości.

Mia Sheridan w swojej powieści porusza wiele istotnych kwestii. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście temat zakresu tolerancji wśród mieszkańców miasteczka na ludzkie ułomności. Dość szybko wysnuli wniosek, jak się okazało fałszywy, że Archer po wypadku stał się głuchoniemy, więc nie próbowali nawet nawiązywać z nim kontaktu, nie starali się zrozumieć jego katastrofalnej sytuacji. Przypięli mu odpowiednią łatkę i zajęli się swoim życiem. Bree, jako osoba przyjezdna, nie znając zupełnie Archera i jego przeszłości, miała możliwość przyjrzeć się mu z zupełnie innej perspektywy. To, co dostrzegła, bardzo odbiegało od wytworzonego stereotypu, postanowiła więc wydobyć na powierzchnię to, co do tej pory było zupełnie niedostrzegalne. Z pewnością otworzyła ludziom oczy na prawdę, ale czy poruszyła również ich sumienia?     

"Bez słów" to nieco przesłodzona, przesycona erotyzmem bajka dla dorosłych. Jako że jest to powieść New Adult, które rządzi się swoimi prawami, rozumiem to i akceptuję. Z pewnością powieść ta ma wszelkie możliwe predyspozycje, by uwieść wielu czytelników. Mnie uwiodła tym, że pozwoliła mi spojrzeć w zupełnie nieoczekiwany sposób na język migowy. Bardzo dziękuję za to autorce. Spragnione dotyku ukochanej osoby ciało, subtelny szept prosto do ucha i nieme słowa, które wyrażają tak wiele... Nie wyobrażam sobie nic bardziej intymnego.    


Moja ocena: 4,5/6