Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura angielska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura angielska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 maja 2014

"Ocean na końcu drogi" Neil Gaiman








Autor: Neil Gaiman
Tytuł: Ocean na końcu drogi
Wydawnictwo: MAG, 2013
Ilość stron: 216


Pozwólcie, że najpierw przedstawię Wam pewną krótką scenkę.
Dwoje ludzi wybrało się na spacer. Kiedy dotarli na brzeg niewielkiego stawu, doszło do kłótni. Jeden próbował przekonać drugiego do swoich racji i żaden nie chciał odpuścić. Pierwszy z nich twierdził, że mają przed oczami zwykły staw, drugi z uporem maniaka utrzymywał, że to, co widzą, to tak naprawdę wielki ocean. Kłótnia trwała do samego wieczora, aż w końcu zrobiło się ciemno i musieli wracać do domu. Nie mogąc dojść do jakiegokolwiek porozumienia, postanowili wreszcie, że każdy z nich pozostanie przy swoim zdaniu i zakończą spór. Ale czy czuli się z tym dobrze? Oczywiście, że nie, bo prawdą jest, że każdy z nich miał rację. Jak to możliwe? Wszystko zależy od tego, jak postrzegamy rzeczywistość i jak ją interpretujemy. Co chcemy widzieć, a czego nie... 

Tytułowy ocean na końcu drogi stał się pretekstem do przywołania wspomnień z dzieciństwa przez głównego bohatera. Jako już dorosły mężczyzna odwiedza farmę Hempstocków, gdzie niegdyś mieszkała jego przyjaciółka, Lettie. Stało się to jakby mimochodem, bo nie to było celem jego przyjazdu w rodzinne strony. Pobyt na farmie skłania go do rozmyślań nad tym, co zdarzyło się kiedyś w przeszłości, ale dopiero widok kaczego stawu, który Lettie nazywała oceanem, sprawia, że wspomnienia - bardzo mgliste, niewyraźne - odzyskują całą swoją moc. To, co zostało zapomniane, odsunięte w najdalsze zakamarki pamięci, powróciło, wypełniając każdą lukę nawet najdrobniejszymi szczegółami.

A wszystko zaczęło się od pewnego górnika opali, który postanowił popełnić samobójstwo w samochodzie należącym do rodziny naszego, wówczas siedmioletniego, bohatera. Ta sytuacja pociągnęła za sobą lawinę niezwykłych wydarzeń - fascynujących, a zarazem przerażających, bowiem samobójcza śmierć górnika stała się przyczyną przebudzenia pradawnych mocy. Na świecie pojawiły się stwory niczym z koszmarów sennych, a którym to musi stawić czoło nasz mały bohater. Pomaga mu w tym Lettie, a także jej mama i babcia - postacie bardzo sympatyczne, ale także niezwykłe i bardzo tajemnicze. No cóż, nie każda babcia jest w stanie pochwalić się tym, że pamięta Wielki Wybuch, nie narażając się tym samym na śmieszność. Magiczne moce, które posiadają te trzy kobiety są tylko dowodem na to, że... wszystko jest możliwe.      

"Ocean na końcu drogi" stoi gdzieś na pograniczu powieści fantasy a współczesną baśnią dla dorosłych. A o czym jest ta książka? Mogłabym napisać, że jest to powieść o dorosłości widzianej oczami dziecka, o sile przyjaźni i o poświęceniu itp., ale wolę jednak stwierdzić coś innego. Jest to utwór w pewnym sensie niejednoznaczny, ponieważ każdy z nas może zinterpretować go po swojemu, uchwycić to, co dla innych pozostaje niewidoczne. I na tym właśnie polega urok i magia tej powieści. Dodatkowym jej atutem jest to, że prowokuje nas do uruchomienia własnych pokładów wyobraźni. Zastanówmy się zatem nad tym, z którym człowiekiem ze scenki w pierwszym akapicie możemy się identyfikować - z tym, który w stawie widzi po prostu zwykły staw, czy z tym, który mimo wszystko potrafi w tymże stawie odnaleźć ocean i w niego uwierzyć...    

Ocena: 5,5/6 





Za udostępnienie egzemplarza dziękuję wydawnictwu MAG

http://www.mag.com.pl/



wtorek, 30 lipca 2013

4 w 1, czyli nadrabiam zaległości



Dłuuugo mnie tu nie było...

Jestem właśnie u rodziców na wakacjach :) Co prawda czasu mam niewiele, ale i z internetem mam tu tak, że raczej go "wypożyczam" niż mam go na stałe. Dlatego też mało mnie i u siebie, i u Was :(
Mój mózg też postanowił sobie zrobić wakacje. Wszelkie próby napisania porządnej recenzji spełzają na niczym. Przeczytanych książek troszkę się nazbierało, więc muszę trochę podgonić i dziś będą cztery opinie :)




Autor: Guillaume Musso
Tytuł: Papierowa dziewczyna
Wydawnictwo: Albatros, 2013
Ilość stron: 416



Opis z okładki: "Młody pisarz Tom Boyd odnosi niesamowity sukces komercyjny. Jego debiut literacki, powieść "Towarzystwo aniołów", przez wiele miesięcy nie schodzi ze światowych list bestsellerów, a Boyd w krótkim czasie zdobywa sławę i pieniądze. Amerykański wydawca podpisuje z nim opiewającą na dwa miliony dolarów umowę na kolejne dwie książki. Niestety, po opublikowaniu drugiej powieści Tom pogrąża się w depresji, która skutkuje kryzysem twórczym i niemożnością napisania choćby jednej linijki tekstu. Porzucony przez narzeczoną, utalentowaną pianistkę i modelkę Aurore Valancourt, nadużywa alkoholu, nie odpowiada na telefony, a nawet myśli o samobójstwie. Jego najbliżsi przyjaciele są zdruzgotani, nie potrafią mu pomóc. Pewnej nocy majaczącego we śnie pisarza budzi odgłos tłuczonego szkła. W salonie zamieszkiwanej przez niego willi w Malibu pojawia się piękna, całkowicie naga młoda kobieta, która twierdzi, że nazywa się Billie Donelly i jest bohaterką jego ostatniej powieści. Na skutek błędu drukarskiego w części nakładu pozostały niezadrukowane strony - dziewczyna utrzymuje, że wysunęła się z książki Toma w połowie niedokończonego zdania. Niemożliwe? A jeśli to prawda? Kolejne wydarzenia potwierdzają wersję Billie. Tom musi szybko wrócić do pisania, w przeciwnym razie dziewczyna umrze... To nie jedyna wielka niespodzianka, która go czeka."

To pierwsza powieść Musso, z którą miałam możliwość się zapoznać, i z pewnością nie będzie ona ostatnia. Właściwie nie miałam żadnych oczekiwań związanych z lekturą "Papierowej dziewczyny". Dałam się całkowicie ponieść wyobraźni autora i nie żałuję tego kroku. Choć przyznaję, że potknięcia były. Relacje między głównymi bohaterami - Billie i Tomem z początku były dość gwałtowne. Liczne nieporozumienia, wykrzykiwanie swoich racji w połączeniu ze zwracaniem się do siebie per "pan" i "pani" (choć i tu zdarzały się pewne niekonsekwencje) zaowocowały dialogami wręcz najeżonymi tego typu zwrotami:
- Niech się pan ode mnie odczepi! Nie jest pan ani moim ojcem, ani mężem. Prosiłam, żeby pan ze mną przyszedł, to mnie pan spławił. (...)

- Proszę, niech pani przestanie. Przecież nie może pani pić.
Możliwe, że odbierzecie to jako przesadne czepianie się, ale na dłuższą metę było to dla mnie zupełnie niestrawne, co w efekcie wywołało pewien czytelniczy dyskomfort. Na szczęście szybko minął wraz z bliższym zapoznaniem się bohaterów, a tym samym przejściem na "ty" :) Tym, co mnie zaskoczyło najbardziej, choć w niezbyt pozytywnym tego słowa znaczeniu, to zakończenie powieści. Bez wątpienia było ono bardzo pomysłowe, niebanalne, ale... do mnie nie trafiło. Czar prysł.

Pomimo tych zastrzeżeń powieść uważam za niezwykle ciekawą, a co najważniejsze - poruszającą wyobraźnię. Choć jest to komedia romantyczna, wyczuwalne są tu delikatne elementy magiczne, nadające całości smaczku. I mam ochotę na więcej!          

Spodobała mi się również kwestia podkreślenia przez Musso tego, jak bardzo ważną rolę odgrywa czytelnik w "życiu" każdej książki. To właśnie on, nie autor, nadaje jej istnieniu sens. 
Nie wystarczy napisać kropki po ostatnim słowie, żeby powieść zaczęła żyć własnym życiem. (...) Wyobraźnia czytelnika nadaje wydrukowanym słowom inny, głębszy wymiar i to dzięki niej dana historia zaczyna naprawdę istnieć.
Moja ocena: 5/6 






Autor: Jim Crace
Tytuł: Schronienie
Wydawnictwo: Świat Książki
Ilość stron: 288



Opis z okładki: "Po czasach triumfu techniki i nauki w Ameryce nastąpiło... nowe średniowiecze. Przez prymitywny kontynent, wśród śladów po metropoliach, ciągną emigranci szukający lepszego świata. Są wśród nich Frank i Margaret, którzy odkrywają miłość i siłę we wspólnym losie, gdy wali się ich świat. Co zrobią z rodzącym się uczuciem, jakiego nigdy wcześniej nie zaznali? Kim jesteśmy my, ludzie, skazani na próbę przetrwania?".


"Schronienie" stanowi bardzo ciekawy miszmasz. Mamy tu postapokaliptyczną wizję przyszłości, w której cywilizacja przeżywa coś na kształt kolejnego średniowiecza. Ameryka jest w stanie głębokiego kryzysu, a wśród ludzi rozprzestrzenia się choroba - zabójcza i zdradliwa gorączka... emigracyjna. Wielu zdesperowanych ludzi pragnie przedostać się do "kraju za oceanem", kraju niemal mitycznego, gdzie na przybyszów podobno czeka obfitość jedzenia, łagodny klimat, żyzna ziemia, zdrowe powietrze i mili sąsiedzi. Brak jakichkolwiek dowodów na to, że taka kraina istnieje naprawdę, nie zniechęca nikogo. Wyprawa na wybrzeże niesie jednak ze sobą wiele niebezpieczeństw. 

Powieść ta ma w sobie również elementy katastroficzne, które jednak nie dotyczą tylko tego, co się stało w przeszłości. Pewnego dnia prawie wszyscy mieszkańcy wioski nagle umierają. Śmierć dosięga ich we śnie. Choć przypuszcza się, że dotknęła ich epidemia czerwonki, coś tu się jednak nie zgadza. Chociażby to, że wśród zmarłych nie znaleziono żadnych typowych objawów dla tej choroby, a ułożenie niektórych ciał wskazuje na to, że śmierć była nagła. Nic nie zapowiadało nadciagającej katastrofy i nikt nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie, co było przyczyną tej tragedii. Co się więc tak naprawdę stało?

Ku mojemu zaskoczeniu wątek miłosny jest tu dość mocno rozbudowany, lecz nie zdominował on jednak całej powieści, żeby można było zaklasyfikować "Schronienie" jako zwykły romans. Oprócz tego książkę tę śmiało można rownież zaliczyć do prozy przygodowej. Dość wyraźnie jest tu także zarysowana refleksja o naturze człowieka i sensie cywilizacji.
Czasami się zastanawiała, czy Ameryka nie była dawniej zaludniona rasą głupców. Wydawało się jej, że wiele rzeczy z tamtych czasów straciło wartość dla świata i teraz leżą niczym odpadki.
"Schronienie" może nie zrobiło na mnie ogromnego wrażenia, ale z pewnością nie jest to słaba powieść. Myślę, że ze względu na ten mix gatunkowy, o którym wspomniałam, każdy czytelnik powinien znaleźć tu coś dla siebie. 

Moja ocena: 4,5/6    





Autor: Ingrid Hedström
Tytuł: Nauczycielka z Vilette
Wydawnictwo: Czarna Owca, 2013
Ilość stron: 304



Opis z okładki: "Ukochana przez wszystkich nauczycielka zostaje potrącona przez samochód, a kierowca ucieka z miejca wypadku. Z zeznań świadków wynika, że to nie był przypadek. Dlaczego ktoś chciałby zamordować sześćdziesięcioletnią Jeanne Demaret? Takie pytanie zadaje sobie sędzia śledcza Martine Poirot. We współpracy z komisarzem Christianem de Jonge rozpoczyna dochodzenie, by zrozumieć, co naprawdę się stało. Zadziwiajace jest to, że śmierć nauczycielki ma związek z tragicznymi wydarzeniami z przeszłości". 


Z przykrością muszę stwierdzić, że to raczej przeciętny kryminał, przy którym trochę się męczyłam. Ilość występujacych tu bohaterów nieco przytłacza. Na dodatek ich nazwiska nie chciały mi za bardzo utkwić w głowie, dlatego pod koniec już mi się właściwie wszystko mieszało. Nie pomógł mi nawet spis osób umieszczony na poczatku książki. Być może przyczyną tego stanu rzeczy było to, że kryminał ten czytałam na raty. Nie dlatego, że nie miałam czasu, ale dlatego, że mnie w ogóle do niego nie ciągnęło. Dotrwałam do końca wlaściwie tylko dzięki temu, że chciałam się dowiedzieć, jak sprawa się rozwiąże. 

Nie wiem, czy siegnę po kolejną powieść tej autorki. Chyba, że ktoś mnie do tego skutecznie przekona :)

Moja ocena: 3/6 






Autor: Elin Hilderbrand
Tytuł: Powrót na wyspę
Wydawnictwo: Świat Książki, 2011
Ilość stron: 432




Opis z okładki: "Birdie przygotowuje wystawne wesele swojej córki Chess. Niespodziewanie jednak panna młoda zrywa zaręczyny i nie wyjawia powodu tej decyzji. Wkrótce ginie w wypadku w górach Michael, jej narzeczony. Dziewczyna popada w depresję. Aby ją ratować, Birdie, jej druga córka Tate i siostra India decydują się na wspólny wyjazd na piękną wyspę Tuckernuck, gdzie od lat spędzały wakacje. Miesięczny pobyt w tym wyjątkowym miejscu nieoczekiwanie odmieni życie każdej z nich.



Moja podróż na wyspę Tuckernuck razem z bohaterkami powieści miała w sobie coś fascynującego. I nie chodzi tu o fabułę, która powiedzmy sobie szczerze raczej nie zaskakuje. Jak zawsze w powieściach obyczajowych tego typu (czyli takich, gdzie bohaterowie odbywają podróże) zwracam baczną uwagę na... otoczenie. Sugestywne i ciekawe opisy rekompensują mi zazwyczaj fabularne niedostatki. W tym przypadku urzekła mnie sama wyspa, jak i dom, w którym przebywają główne bohaterki powieści. Ani to żadna willa z ogrodem, ani nawet dom, w którym znajdzie się wszystko, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. To zwykły, prosty dom letniskowy, gdzie można natknąć się na latające po strychu nietoperze. W swej niedoskonałości jest on naprawdę... fantastyczny. Z przyjemnością spędziłabym w nim wakacje :)

"Powrót na wyspę" to ciepła, rodzinna, ale także przejmująca opowieść o miłości, przyjaźni i przywiązaniu do drugiego człowieka. Powieść wprost idealna na lato :)  

Moja ocena: 4,5/6


Opinie biorą udział w wyzwaniach: Czytamy serie wydawnicze, Pod hasłem, W prezencie, Z literą w tle
     

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Po przerwie dwie opinie

Witajcie :) Być może wielu z Was zauważyło, że na jakiś czas zniknęłam ze swojego i Waszych blogów. Wciąż przedłużające się problemy techniczne praktycznie wyeliminowały mnie z życia nie tylko blogowego, ale i w ogóle komputerowo-internetowego. Mam nadzieję, że to już jednak koniec problemów.

Nie było mnie tutaj, lecz z czytaniem książek nie było żadnych problemów, dlatego nazbierał mi się niezły stosik do recenzji. Dziś napiszę po parę słów o dwóch pozycjach, aby szybciej nadrobić zaległości :)



Autor: Brent Weeks
Tytuł: Czarny Pryzmat
Wydawnictwo: MAG, 2011
Ilość stron: 736


Opis z okładki: "To on ma władzę, siłę i bogactwa, zapłaci jednak za to własnym życiem. Gavin Guile jest Pryzmatem, najpotężniejszym człowiekiem na świecie. Jest cesarzem i najwyższym kapłanem; tylko dzięki jego mocy, sprytowi i urokowi osobistemu udaje się utrzymać kruchy pokój. Jednakże Pryzmaci nie żyją długo i Guile dokładnie wie, ile mu jeszcze zostało: pięć lat, żeby zrealizować pięć niemożliwych celów. Nagle jednak dowiaduje się, że ma syna, który urodził się w odległym królestwie, po wojnie, dzięki której Gavin zdobył władzę. Teraz musi zdecydować, jaką cenę jest gotów zapłacić, żeby utrzymać w tajemnicy sekret, który może zniszczyć świat".

Wspomniałam już kiedyś o tym, że biorąc się za serię, do której należy "Czarny Pryzmat", rzucam się na głęboką i nieznaną wodę. Nie miałam wcześniej do czynienia z tego typu literaturą i nie bardzo wiedziałam, czego mam się spodziewać. Otóż te nieznane wody okazały się dla mnie całkiem przyjazne. Nie tylko nie utonęłam, ale z tych wód wyjść już nie chciałam. 

Bohaterowie tej powieści fantasy posiadają niezwykle ciekawe magiczne umiejętności, mianowicie potrafią krzesać kolory, co sprowadza się do tego, że przekształcają światło w namacalną substancję - luksyn. To całkiem przydatny materiał do tworzenia broni, ale także budowania mostów, murów, a nawet całych budynków. Ale to nie jest takie proste zadanie. Stworzenie trwałego luksynu wymaga wielu lat praktyki i nauki. Krzesanie koloru ma również bardzo wysoką cenę - im więcej krzesiciel posługuje się magią, tym szybciej zbliża się do szaleństwa bądź śmierci. 

Akcja powieści jest dość dynamiczna, znajdziemy w niej sporo ciekawych zwrotów akcji, interesujących bohaterów - jednym słowem nudzić się nie powinniście. Wydaje się, że świat stworzony przez Brenta Weeksa jest dopracowany w najmniejszym szczególe. Nie wiem czy miłośnicy gatunku zgodzą się ze mną, ale wydaje mi się, że "Czarny Pryzmat" nie należy do arcydzieł tego gatunku. Nie ulega jednak wątpliwości, że jest to powieść, przy której naprawdę fantastycznie spędziłam czas :) Na szczęście miałam pod ręką drugi tom - "Oślepiający nóż", dzięki czemu nie musiałam robić sobie przerwy w czytaniu. O nim z kolei napiszę troszkę później. Tak dla informacji jeszcze - "Czarny Pryzmat" otwiera trylogię pt. "Powiernik Światła".  

Na koniec muszę wspomnieć o pewnym mankamencie, który bardzo mnie raził podczas czytania książki. Chodzi o pojawiające się co rusz literówki i błędy językowe. Konsekwentnie pojawiają się one również w drugim tomie (dlaczego???). "Mężczyźni klepali go poplecach, kobiety dotykał ramion i rąk, wszyscy mu gratulowali". A mnie ręce opadają aż poplecy bolą ;)

Moja ocena: 5/6

Opinia bierze udział w wyzwaniu: "W prezencie"






Autor: Simon Beckett
Tytuł: Zapisane w kościach
Wydawnictwo: Amber, 2011
Ilość stron: 336


Opis z okładki: "Większość dnia spędzam ze zmarłymi. Czasem ze zmarłymi, którzy nie żyją od bardzo dawna. Jestem antropologiem sądowym. To po części patologia, po części archeologia. To, co robię, wykracza poza jedno i drugie. Bo nawet wtedy, kiedy biologia człowieka przestaje działać, kiedy z tego, co było życiem, zostaje jedynie zepsucie, zgnilizna i stare suche kości, nawet wtedy zmarły może być ważnym świadkiem. Może opowiedzieć swoją historię, pod warunkiem że umie się ją zinterpretować. Ja umiem. Umiem skłonić zmarłych do zwierzeń...".

Znany nam już z poprzedniej powieści Simona Becketta "Chemia śmierci" antropolog sądowy David Hunter tym razem wybiera się na wyspę o nazwie Runa, gdzie w opuszczonym domu znaleziono spalone zwłoki. Sprawa jest o tyle dziwna, że spaleniu uległo ciało, natomiast ogień oszczędził wszystko dookoła. Przypomina to trochę teorię o samozapłonie, lecz czy rzeczywiście o to chodzi? David Hunter stara się rozwikłać tę zagadkową śmierć. Tymczasem pewne okoliczności sprawiają, że wyspa zostaje zupełnie odcięta od świata, znikąd nie można otrzymać ratunku, a sprawy zaczynają się nieco komplikować.

Sięgając po "Zapisane w kościach" miałam nadzieję, że otrzymam równie dobry thriller co "Chemia śmierci" i nie zawiodłam się. Beckett jest dla mnie prawdziwym mistrzem w kreowaniu niepokojącego i hermetycznego świata niewielkich społeczności - czy to dotyczy małego miasteczka, czy mieszkańców niewielkiej wyspy. Obserwacja mentalności tych ludzi, ich nieufność wobec obcych a nawet wrogość potęguje napięcie i sprawia, że odczuwamy zagrożenie dosłownie na każdym kroku. Spowijający wyspę mrok i szalejący sztorm nadają atmosferze powieści jeszcze bardziej ponury wydźwięk. 

Rzadko się zdarza, żeby zakończenie powieści tak mnie zaskoczyło, jak w tym przypadku. Sprawiło to, że moja ogólna ocena książki znacznie wzrosła. W "Chemii śmierci" nasza wiedza o rozkładzie ciała znacznie się poszerzyła,  w tym przypadku dowiemy się, co dzieje się z ciałem, kiedy trawi je ogień...
 "W odpowiedniej temperaturze pali się wszystko. Drewno. Ubranie. Ludzie.
W temperaturze dwustu pięćdziesięciu stopni Celsjusza zapala się ciało. Skóra czernieje i pęka. Tłuszcz podskórny zaczyna topić się jak słonina na gorącej patelni. Podsycany nim płomień trawi tkankę miękką. (...) Ale kość to zupełnie inna sprawa, inna materia, dosłownie i w przenośni. Kość opiera się wszystkiemu, z wyjątkiem najgorętszego ognia. I nawet jeśli wypali się z niej cały węgiel, nawet jeśli jest już martwa i bez życia niczym pumeks, wciąż zachowuje swój pierwotny kształt".
Gorąco polecam!   

Moja ocena: 5,5/6  

Opinia bierze udział w wyzwaniach: "W prezencie", "Z literą w tle"    
  

wtorek, 26 lutego 2013

"Muzyka fal" Sara MacDonald






Autor: Sara MacDonald
Tytuł: Muzyka fal
Wydawnictwo: MUZA SA, 2005
Ilość stron: 504


Czy kłamstwo wypowiedziane w dobrej wierze można usprawiedliwić? Kłamstwo jest niczym innym jak tylko oszukiwaniem innych, a nawet samego siebie. Może ono więc być czymś dobrym? Czy świadomość, że własna egzystencja, jak i całej rodziny zbudowana jest na fałszywych fundamentach może pozwolić spokojnie spać, a potem rano budzić się z uśmiechem na twarzy i z radością patrzeć w przyszłość? A co jeśli prawda, na dodatek bardzo bolesna, wyjdzie na jaw? W przypadku losów Marthy i Freda odpowiedzi na te wszystkie pytania i wątpliwości nie mogą być jednoznaczne.

Małżeństwo Marthy i Freda jest niezwykle szczęśliwe i udane. Nie ma wątpliwości, że tych dwoje ludzi, którzy są ze sobą już kilkadziesiąt lat, bardzo się kochają. Niestety, w ich życie wkrada się coś, co burzy porządek każdego dnia. To choroba Marthy, która pustoszy umysł i pamięć kobiety. Alzheimer. Fred czuje się tak, jakby tracił miłość swojego życia - nie cieleśnie, lecz duchowo, i nie może się z tym faktem pogodzić.
"Jej piękna twarz jest pusta, nie pozostało w niej nic z ich wspólnego życia. I to właśnie jest najgorsze ze wszystkiego, co zesłał mi los".  
Lecz uczucie Freda do Marthy się nie zmienia. Całe ich wspólne życie, z zewnątrz spokojne i szczęśliwe, podszyte jest jednak wielkim cierpieniem i bólem. Marthę co noc dręczą koszmary związane z tym, co przeżyła w czasie drugiej wojny światowej. Fred jest świadom okrucieństwa, którego doznała jego żona, dlatego stara się ją wspierać, pocieszać, być filarem dla jej poczucia bezpieczeństwa. Nieprzypadkowo po wojnie wybudowali sobie dom w Kornwalii - miejscu, które kojarzy się przede wszystkim ze spokojem. Sielski krajobraz sprzyja próbom odzyskania równowagi duchowej.
Kornwalia
 
Język powieści nie jest wyszukany, poetycki. Jest prosty, ale nie nudny. W jednym przypadku jednak jest niezwykle plastyczny. Fragmenty dotyczące opisu kornwalijskiego krajobrazu sprawiły, że w mojej wyobraźni zespoliły się one w piękny, namalowany przez uzdolnionego artystę obraz. To jeden z mocniejszych punktów tej powieści. 

Pewnego dnia Lucy - wnuczka Marthy i Freda,  która z pełnym oddaniem zajmuje się swoimi dziadkami, przypadkiem odkrywa rodzinną tajemnicę. Niepozorny dokument skrzętnie schowany w starym kufrze na strychu domu, wywraca do góry nogami jej świat. I nie tylko jej. Powodowana ciekawością poznaje coraz to nowe, wstrząsające fakty z życia swojej rodziny.  

W powieści tej obok drugiej wojny światowej pojawia się wątek współczesnej wojny. Chłopak Lucy, Tristan, zostaje wysłany do Kosowa. To czego tam doświadcza, okrucieństwo, które towarzyszy mu każdego dnia i świadomość, że w każdej chwili może zginąć, na zawsze już zmienia jego życie. Zestawienie wątków obu wojen nie jest przypadkowe. Świat nieustannie pędzi na przód, nasza cywilizacja się rozwija, ale jest coś, co od początków istnienia człowieka aż po dzień dzisiejszy pozostaje niezmienne - nienawiść. Do innego człowieka, do sąsiada, do ludzi, którzy w jakiś sposób różnią się od pozostałych. Nietolerancja wobec innych narodów, ras czy też wyznawców odmiennych religii nie jest nam obca. Czy jest szansa na to, że kiedyś się to zmieni?    

Przywołana w powieści postać bezwzględnego nazisty jest dowodem na to, że zło tkwiące w człowieku, nie zależy tylko od jego charakteru. Wiele czynników składa się na rozwój i kształtowanie młodego umysłu. Nie można jednoznacznie stwierdzić, że podczas wojny był antysemitą. Jego poglądy tkwiły gdzieś pomiędzy tolerancją a nienawiścią. Wahały się raz w jedną, raz w drugą stronę. Jako małe dziecko przyjaźnił się z Żydówką i do końca życia o niej nie zapomniał. Tolerancji uczył go ojciec. Odwrotną postawę reprezentowała natomiast jego matka, antysemitka, niezwykle dumna z postawy syna, który z nieskrywanym uwielbieniem nosił na sobie mundur reprezentanta Hitlerjugend. Nazistowska propaganda również odpowiednio wpłynęła na tego młodego człowieka. Pastwiąc się nad żydowskim staruszkiem, odczuwał swego rodzaju satysfakcję, lecz za chwilę kryjąc się za drzewem, wymiotował z obrzydzenia do samego siebie. Człowiek ten, będący już u schyłku życia, robi rachunek sumienia. Do jakich wniosków dojdzie?

Choć fabułą "Muzyki fal" rządzi, niestety, w znacznym stopniu przewidywalność, nie zmienia to jednak faktu, że powieść ta jest poruszającą do głębi opowieścią o cierpieniu, strachu, bólu, wstrząsających doświadczeniach wojennych, rozpaczy po stracie najbliższych, ale także o niosącej nadzieję miłości, szczęściu i postanowieniu, by liczył się każdy dzień, który został nam ofiarowany przez los.
"Martha potrafiła nadać zwyczajności magiczny urok. Dla niej liczył się każdy dzień. Był darem." 

Moja ocena: 5,5/6

Kornwalia

czwartek, 13 grudnia 2012

"Atlas chmur" David Mitchell





Autor: David Mitchell
Tytuł: Atlas chmur
Wydawnictwo: MAG, 2012
Ilość stron: 544







Model czasu: niekończąca się matrioszka z namalowanymi momentami, każdą laleczkę (teraźniejszość) umieszczoną wewnątrz łańcucha laleczek (wcześniejsze teraźniejszości) nazywam faktyczną przeszłością, ale postrzegamy ją jako przeszłość wirtualną. Laleczka "teraz" w podobny sposób obejmuje łańcuch wszystkich teraźniejszości, ktore dopiero nastąpią, a które ja nazywam faktyczną przyszłością, lecz postrzegamy je jako przyszłość wirtualną. 

"Atlas chmur" to właśnie niezwykle kunsztowna literacka matrioszka - piękna, niezwykła, mądra. Porusza, zmusza do myślenia, a gdy przyjdzie na to odpowiedni moment - wywołuje uśmiech na twarzy. Matrioszka Mitchella składa się z sześciu laleczek (czyli sześciu opowiadań), które wydawałoby się nic ze sobą nie łączy. Uważny czytelnik wyłapie jednak subtelną sieć pewnych zależności, które niczym pajęczyna snuje się między przeszłością i teraźniejszością, a także przyszłością. Ten sam czytelnik zacznie zastanawiać się nad losami ludzkiej duszy. Czy rzeczywiście "dusze przemierzają wieki, jak chmury przemierzają niebo"? Jaki wpływ na jednostkę ludzką ma to, co było, i jaki wpływ ta jednostka będzie miała na to, co dopiero będzie? 

Podczas gdy będziemy próbowali sobie odpowiedzieć na te pytania (i jeszcze wiele innych, które zrodzą się w naszej głowie podczas czytania powieści), będziemy świadkami sześciu różnych historii, rozgrywających się na przestrzeni wieków. "Atlas chmur" to swoista podróż w czasie, którą odbędziemy w bardzo nietypowy sposób. Pierwsza, a zarazem najstarsza laleczka z naszej matrioszki, przedstawia losy Adama Ewinga, amerykańskiego notariusza odbywającego podróż przez Pacyfik w 1850 r. Kiedy przebrniemy już przez część powieści, przywykniemy do dość trudnego XIX-wiecznego języka, historia nagle się urywa. I oto poznajemy nowego bohatera - Roberta Frobishera, młodego wydziedziczonego kompozytora, który musi nieźle się nakombinować, by zarobić na chleb. Zapoznamy się także z dziennikarką, która wplątuje się w wielką i zagrażającą jej życiu aferę. Będziemy towarzyszyć wydawcy książek, Timothy'emu Cavendishowi, w ucieczce przed gangsterami, a także wysłuchamy wywiadu, którego udziela genetycznie modyfikowana fabrykanta, przeżywająca Uniesienie. Zakończenia tych opowieści nie poznajemy od razu. Mitchell pozostawia nas w ten sposób w niepewności, ale gdy dotrzemy do kulminacyjnego momentu, czyli jedynej historii opowiedzianej w całości, wszystko po kolei zaczyna się wyjaśniać. 

Nowatorskie rozwiązania zastosowane przez autora nie dotyczą tylko kompozycji powieści. To, co wyróżnia książkę spośród innych, to różnorodność form narracyjnych i gatunkowych. Mamy tu więc takie formy przekazu jak dziennik, listy, wywiad, gawęda, natomiast obok powieści sci-fi znajduje się thriller. Taki misz-masz mógłby wywołać pewien chaos, lecz autor potwierdził tylko swoje niezwykłe pisarskie umiejętności, pokazując, że fantastycznie radzi sobie z każdą formą literacką, a ich różnorodność tworzy niezwykle spójną i bardzo przemyślaną całość. Warstwa językowa z kolei raz po raz wprawiała mnie w zdumienie. Każde z opowiadań jest napisane w języku odpowiadającym realiom i czasom, których ono dotyczy. Wyjątkowym kunsztem językowym autor wykazał się, pisząc historię Sonmi~451, w której mamy wielkie bogactwo neologizmów i przekształceń słów dobrze nam znanych. Jednak prawdziwy geniusz Mitchella objawił się w najlepszym, moim zdaniem, opowiadaniu - o Zachariaszu i wizji postapokaliptycznego świata po Upadku. Wszystko tu jest na najwyższym poziomie.

Biorąc do ręki "Atlas chmur", nie nastawiajcie się na literaturę lekką i łatwą. Przygotujcie się raczej na intelektualną grę między czytelnikiem a autorem, otwórzcie się na każde słowo płynące z lektury, dajcie się uwieść bohaterom, których los nie będzie Wam obojętny. Gwarantuję Wam najwyższych lotów literacką ucztę.                  


Moja ocena: 6/6   



Za niezwykle inspirującą powieść i fascynującą podróż w czasie bardzo dziękuję Wydawnictwu MAG
 

piątek, 19 października 2012

"W pościeli" Ian McEwan




Autor: Ian McEwan
Tytuł: W pościeli
Wydawnictwo: Albatros, 2009
Ilość stron: 208


Do zakupu tej książki zachęcił mnie przede wszystkim niezwykły opis: "Zbiór siedmiu, ocierających się o makabrę opowiadań, studium psychozy w najróżniejszych formach. Pomiędzy rzeczywistością a iluzją, normalnością a obłędem, rozgrywają się ludzkie dramaty". I jak miałam jej nie wrzucić do koszyka? Oczekiwania wobec tych opowiadań miałam spore. Chyba jednak naczytałam się zbyt wiele horrorów i thrillerów, bo moje wyobrażenia o tym, co znajdę w książce kompletnie nie pokryły się z tym, co rzeczywiście w niej było. Przede wszystkim nie znalazłam tego znamiennego dla mnie ocierania się o makabrę. No cóż, nie było jednak aż tak źle, bo obłęd owszem i był, a i też sporo kontrowersji. To "osłodziło" mi trochę poczucie zawodu.

Wszystkie siedem opowiadań Iana McEwana mają w sobie coś oryginalnego, mrocznego, dziwnego, interesującego, śmiesznego, czasem... niezrozumiałego. Zatem, jak widzicie, lektura zbioru "W pościeli" zapewnia nam sporo czytelniczych doznań. Najwięcej ciekawych emocji dostarczyło mi (najlepsze z wszystkich) opowiadanie pt. "Rozkoszne konanie". Głównym bohaterem jest pewien bogaty biznesmen, którego życie zawodowe to nieustanne pasmo sukcesów, natomiast życie prywatne już nie przedstawia się tak różowo. Ma za sobą trzy nieudane małżeństwa, lecz nie powstrzymuje go to od poszukiwania kolejnej kandydatki na żonę. Pewnego dnia poznaje Helen, w której zakochuje się na zabój. Sprowadza ją do swojego domu, obdarowuje licznymi prezentami, rozmawia z nią godzinami, uprawiają seks i jak to często bywa, po jakimś czasie w związek wkrada się ktoś trzeci. Przynajmniej tak się naszemu biznesmenowi wydaje. Paranoja wywołana poczuciem zdrady sięga zenitu, kiedy bohater postanawia zabić Helen. Brzmi to trochę jak romans połączony z kryminalnym wątkiem, ale jest tu pewien ciekawy haczyk. Otóż Helen jest... manekinem. Zaskoczeni?   

Narratorem jest tu człowiek, który stopniowo popada w coraz większy obłęd. W trakcie czytania opowiadania jesteśmy dosłownie wessani w jego urojenia, widzimy więc świat przez pryzmat chorego umysłu. Tak naprawdę to do końca nie wiedziałam, czy mam się z tego człowieka śmiać, czy właściwie mu współczuć. Przyznaję również, że niejednokrotnie byłam zażenowana jego zachowaniem. Jednak przede wszystkim byłam zafascynowana sposobem, w jaki wykreowana została postać samej Helen. Manekin od początku do końca był tylko manekinem, lecz w genialny sposób został obdarzony szeregiem ludzkich cech. Przykładowo fakt, że Helen nie podnosiła słuchawki telefonu, gdy bohater dzwonił z służbowego wyjazdu, składano na karb tego, że się po prostu obraziła lub właśnie w tym momencie nawiązuje intymne relacje z kierowcą.

Reszta opowiadań jest mniej lub bardziej kontrowersyjna, ale z pewnością poziomem nie dorównują "Rozkosznemu konaniu". Napiszę tylko, że spotkamy się w nich np. z postapokaliptyczną wizją świata, romansem między czternastolatką a tajemniczą karlicą, perfidną zemstą dwóch kochanek zarażonych przez pracownika sekshopu chorobą weneryczną itp. Język jakim posługuje się Ian McEwan jest bardzo plastyczny i ciekawy. Jednak opowiadania zawarte w tym zbiorze, z wyjątkiem tego jednego przykładu, zupełnie nie powaliły mnie na kolana. Jednak sięgnę po kolejne utwory tego autora, ponieważ mam szczególną ochotę na jego "Pokutę".

Czy polecam? Raczej tak, chociażby po to, żebyście mogli zapoznać się z "Rozkosznym konaniem".      
 
Moja ocena: 4/6


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania "Z literą w tle"

wtorek, 28 sierpnia 2012

"Chemia śmierci" Simon Beckett




Autor: Simon Beckett
Tytuł: Chemia śmierci
Wydawnictwo: Amber, 2011
Ilość stron: 384


"Już martwe ciało staje się stołem biesiadnym dla innych organizmów. Najpierw dla bakterii, potem dla owadów. Dla much". Muchy i larwy... Kto mógł przypuszczać, że te małe, niepozorne zwierzątka mogą odgrywać tak istotną rolę w ludzkim dramacie. Zazwyczaj, w przypadku much, ignorujemy je lub polujemy z żądzą zemsty za to, że przeszkadzają, a najczęściej przedmiotem zbrodni jest zwykła gazeta. Kiedy widzimy larwy, przeważnie odwracamy z obrzydzeniem wzrok. A tymczasem to właśnie one są kluczem do rozwiązania zagadki śmierci...

Manham to spokojna mieścina niczym nie różniąca się od innych mniejszych miejscowości. Jest idealną przystanią dla ludzi szukających równowagi po traumatycznych przeżyciach. Dla osób mieszkających w większych aglomeracjach może kojarzyć się z bezpieczną kryjówką przed brutalnością współczesnego świata. Chciałoby się powiedzieć - sama sielskość i anielskość. Nic bardziej mylnego...

David Hunter przeprowadził się do Manham w nadziei, że tu znajdzie schronienie przed bolesną przeszłością. W nieszczęśliwym wypadku stracił ukochaną żonę i córeczkę. Przyjął posadę miejscowego lekarza, choć tak naprawdę był świetnym specjalistą w innym zawodzie - antropologa sądowego. Kiedy na mokradłach zostają znalezione zmasakrowane zwłoki kobiety, zrozumiał, że nie uda mu się tak całkowicie odciąć od tego, co kiedyś robił. O pomoc w identyfikacji zwłok zgłasza się do Huntera inspektor Mackenzie. Początkowo lekarz stawia opór, lecz powoli zaczyna być coraz bardziej wciągany w mechanizmy prowadzonego śledztwa. Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że trupów przybywa coraz więcej...

Miasteczko opanowuje strach. Mieszkańcy zwracają się przeciwko sobie, gdyż mają świadomość, że morderca jest jednym z nich. W pewnym momencie poczułam się, jakby akcja przeniosła się w mroczne średniowiecze. Gdy tylko padnie na kogoś choćby cień podejrzenia, przypomina to polowanie na czarownice. Winny czy nie, ludzie chcą śmierci nieszczęśnika w myśl zasady ząb za ząb, krew za krew, choćby miało nawet dojść do samosądu. Na czele tego "pochodu" niczym sędzia stoi pastor Scarsdale, który zamiast uspokajać ludzi, jeszcze ich podburza. W rzeczywistości chodzi mu tylko o to, by zrobić wokół swojej osoby jak najwięcej szumu. Chce zwrócić na siebie uwagę, przyciągając w ten sposób wiernych do coraz bardziej opustoszałego kościoła.

To przede wszystkim duszna, przesycona strachem i wrogością atmosfera Manham przeraża bardziej niż czyny samego mordercy. Wystarczy uruchomić wyobraźnię i samemu postawić siebie w takiej sytuacji. Jesteś otoczony ludźmi, którzy na co dzień uśmiechają się do ciebie, witają się, czasem zapytają, co słychać. Wydaje się, że przebywając długie lata w ich otoczeniu, znasz każdego mieszkańca od podszewki, a oni znają ciebie. W jednej chwili mogą zmienić się w podejrzliwy, a nawet groźny i niebezpieczny tłum. Przyjaciele traktują cię jak wroga, bo nie ma dla nikogo taryfy ulgowej, każdy jest podejrzany. Wyłapią każdy twój fałszywy ruch...

 "Chemia śmierci" stanowi ciekawe połączenie kryminału z thrillerem. Narratorem jest sam bohater, David Hunter. Niestety, mniej więcej w połowie treści udało mi się rozgryźć, kto był mordercą, jednak nie na podstawie wskazówek, tylko dzięki intuicji. Fabuła książki z pewnością trzyma w napięciu, praktycznie do samego końca nie otrzymujemy żadnych jasnych przesłanek, kto może być winny śmierci tylu osób. Właściwie przez większość czasu jesteśmy świadkami długotrwałych prób identyfikacji ofiar (szczególnie tej pierwszej) i wyznaczania godziny ich śmierci. Największym atutem powieści jest bardzo szczegółowy opis procesów zachodzących podczas rozkładu ciała ludzkiego, owego "procesu alchemii na wspak".

Polecam książkę nie tylko dlatego, że jest ona dobrym kryminałem. Stanowi również ciekawą lekcję poglądową na to, co dzieje się z organizmem po tym, jak już wyda z siebie ostatnie tchnienie...


Moja ocena: 5,5/6

sobota, 18 sierpnia 2012

"Bystrzaki. Jak rozwinąć niezwykły umysł twojego dziecka" C.J. Simister



Autor: C.J. Simister
Tytuł: Bystrzaki. Jak rozwinąć niezwykły umysł twojego dziecka.
Wydawnictwo: Esprit, 2012
Ilość stron: 341


Wybór tej książki był nieprzypadkowy. Decydując się na rodzicielstwo, ja i mój mąż podjęliśmy się również bardzo ważnego zadania - wychowania swojego dziecka!  Zdajemy sobie sprawę z tego, że mamy niebagatelny wpływ na kształtowanie się jego charakteru, poczucia własnej wartości i umiejętności radzenia sobie z różnymi problemami.

Istnieje mnóstwo zupełnie niewykorzystanych sytuacji, które mogłyby pomóc dziecku w rozwoju np. kreatywności czy samodzielnego myślenia. Ile razy słyszymy "mamo, nudzi mi się" czy to podczas długiej jazdy samochodem, czy na zwykłym spacerze. Wymyślamy więc jakąś zabawę, ale po pewnym czasie pomysły nam się po prostu kończą. Warto wtedy zajrzeć do takiego poradnika, jak "Bystrzaki", który niewątpliwie pomoże nam uporać się z tym problemem.

Możemy w pełni obdarzyć zaufaniem C.J. Simister. Autorka ma czternastoletnie doświadczenie w pracy nauczycielskiej z dziećmi w różnym wieku, ponadto kieruje innowacyjnym programem kształcącym umiejętność myślenia. Przygotowuje dzieci do życia w szybko zmieniającym się i pełnym wyzwań świecie. Pomysły zawarte w książce nie są więc wyssane z palca.

Już we wstępie autorka wyjaśnia nam, jakie podstawowe cechy powinniśmy pomagać kształtować dziecku, by mogło jak najlepiej radzić sobie we współczesnym świecie. Chodzi tu o wytrwałość w obliczu napotkanych trudności, wiara w siebie, cierpliwość, zdolność myślenia, chęć podejścia do nowych tematów z otwartym i bystrym umysłem, odwaga w podejmowaniu ryzyka w odpowiednim momencie i upór konieczny do podźwignięcia się po porażce. Budowa książki jest przemyślana i przejrzysta. Każdy z rozdziałów zawiera krótkie wprowadzenie, kilka bardzo przydatnych wskazówek oraz to, co stanowi najważniejszą treść poradnika - propozycje gier i zabaw. Przyznam szczerze, że podczas czytania wiele razy cisnęły mi się na usta słowa - "to takie proste, dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałam" albo "nigdy bym na to nie wpadła". Świadczy to tylko o tym, że mimo najszczerszych chęci, czasem zawodzi nas własna kreatywność. Dlatego warto poradzić się bardziej doświadczonych osób.

Autorka często podpowiada nam, w których sytuacjach możemy wypróbować proponowane przez nią gry. Podczas jazdy samochodem, możemy ćwiczyć cierpliwość dzieci, korzystając np. z zabawy pt. "Skoncentruj się!" (str. 170), która polega na tym, że jedna osoba przez minutę śpiewa lub deklamuje wierszyk, druga w tym czasie stara się na wszelkie sposoby ją zdekoncentrować. Repertuar jest dowolny - strojenie głupich min, wydawanie irytującego głosu itp. Brzmi ciekawie, prawda? A to jest tylko jeden z wielu pomysłów! Po lekturze tego poradnika, będziemy wiedzieli, jak konstruktywnie wykorzystać czas podczas robienia zakupów w supermarkecie, w trakcie gotowania lub długiego spaceru. Pewną niedogodnością dla czytelnika może być fakt, że nie ma konkretnego podziału wiekowego dla poszczególnych gier, choć autorka informuje nas o tym, że "opisane ćwiczenia są przeznaczone dla dzieci pomiędzy czwartym a szesnastym rokiem życia" (str.16). To dosyć spory przedział. W tym przypadku rodzice powinni liczyć na własne wyczucie i znajomość możliwości dziecka. Myślę, że to akurat nie powinno stanowić większej trudności.

Dodatkową wartością "Bystrzaków" jest możliwość rozwoju pewnych cech nie tylko u dziecka, ale i u nas samych. Angażując się w zabawę z naszą pociechą, sami jesteśmy niejako zmuszeni do uruchomienia własnych pokładów wyobraźni. Wiele gier może rozluźnić po ciężkim dniu w pracy, a ponadto autorka często zachęca do działania całą rodzinę. Cóż może lepiej integrować członków rodziny, niż wspólnie spędzony czas? Zyskujemy więc więcej, niż myślimy!

Polecam "Bystrzaków" nie tylko rodzicom, ale także nauczycielom, pedagogom i wszystkim osobom zajmującym się dziećmi. Książka ta stanowi bardzo wartościową kopalnię pomysłów i wskazówek, dlatego też jest świetnym wsparciem dla naszej własnej kreatywności.

Moja ocena: 5,5/6




Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Esprit


poniedziałek, 6 sierpnia 2012

"Zanim zasnę" S.J. Watson



Autor: S. J. Watson
Tytuł: Zanim zasnę
Wydawnictwo: Sonia Draga, 2012
Ilość stron: 407


Zanim zasnę...

Zanim zasnę robię rachunek dnia i sumienia. Co zrobiłam, a czego nie zdążyłam zrobić. Najczęściej jednak planuję przyszły dzień. Jak każdy z nas. Zastanawiam się, co zrobić na obiad, gdzie pójść z dzieckiem na spacer, czy jutro spotkam się z przyjaciółką, jaka będzie pogoda... Banał. Często wałkuje mi się w głowie myśl, że nie mogę zapomnieć o kupieniu czegoś, zamówieniu wizyty u lekarza, o ważnej rozmowie z mężem itp. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, by pamiętać o tym, kim jestem... Nie myślę o tym, że sen może zabrać mi tożsamość i moją przeszłość.

Amnezja...

Budzę się i nie pamiętam... Gdzie ja jestem? Kim jest ten stary facet, który śpi koło mnie w łóżku? Boże, co się dzieje? Dlaczego w lustrze widzę twarz usianą zmarszczkami, skoro nie mam jeszcze nawet dwudziestu lat??? To jakiś obłęd! Mężczyzna też budzi się i mówi, że jest moim mężem. Jak to? Tłumaczy mi, że miałam poważny wypadek. Od tego dnia sen zabiera mi każde, nawet najmniejsze wspomnienie...

Zanim zasnę...

Chcę pamiętać!!! Chcę pamiętać!! Chcę pamiętać...





To brzmi jak jakiś koszmar. Próbując wczuć się w sytuację głównej bohaterki powieści Christine Lucas, czuję tylko wewnętrzny niepokój. Czterdziestosiedmioletnia Christine cierpi na pourazową amnezję. Każdy dzień z jej życia jest walką o odzyskanie przeszłości i siebie samej. Pomaga jej w tym doktor Nash, który wpada na pomysł, by poprowadziła pamiętnik. Miała w nim zapisywać wszystko, co uważała za istotne. Christine codziennie czyta go od nowa, zanim robi nowe wpisy. Tylko dlaczego na pierwszej stronie widnieje napis "nie ufać Benowi"? Ben to jej mąż, który z wielkim oddaniem opiekuje się nią. Co takiego zrobił, że nie można mu ufać? I dlaczego kłamie?

"Zanim zasnę" to thriller psychologiczny, który trzyma w napięciu praktycznie od początku do samego końca. Co rusz jesteśmy wciągani w gwałtowne i niespodziewane przebłyski pamięci Christine. Klimat powieści jest niesamowity, choćby z tego względu, że patrzymy na wszystko oczami osoby chorej na amnezję. Mamy tu jakąś tajemnicę, ale ona krąży tylko gdzieś koło nas, jest nieuchwytna. Zakończenie jest... no właśnie jakie? Pozostawię Was w niepewności. Sami się przekonajcie...

...zanim zaśniecie...




Moja ocena: 6/6