Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Baza recenzji Syndykatu ZwB. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Baza recenzji Syndykatu ZwB. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 lipca 2013

"Teoria Gai" Maxime Chattam







Autor: Maxime Chattam
Tytuł: Teoria Gai
Wydawnictwo: Sonia Draga, 2010
Ilość stron: 432




"Instynkt drapieżcy jedynie drzemał w człowieku. Zdarzały mu się szczyty aktywności, chwile przebudzenia, odkąd jednak staliśmy się ludźmi cywilizowanymi, instynkt ten nigdy nie był całkowicie czynny. Wkrótce to się zmieni. Trwająca od kilkudziesięciu lat (...) gwałtowna fala przemocy i wzrastająca w szybkim tempie liczba seryjnych morderców pozwalają sądzić, że nasz najbardziej podły instynkt znajduje się na dobrej drodze, by wyjść ze stanu hibernacji. I jak wszystko co śpi zbyt długo, jest wygłodzony, potężny".
 
Peter i Emma DeVonck tworzą od lat bardzo udane małżeństwo. Ponadto łączy ich fakt, że oboje są naukowcami. Pewnego dnia dostają propozycję nie do odrzucenia. Kiedy dzwoni do nich członek Komisji Europejskiej, zgadzają się wziąć udział w bardzo ważnej i tajnej misji. Problem w tym, że nie wiedzą zupełnie dokąd mają się udać i jakie mają zadanie do wykonania. Ciekawość jednak zwycięża. Już na lotnisku Petera ogarniają wątpliwości, czuje się zaniepokojony faktem, że rozdzielają go z Emmą, i nikt nie chce mu powiedzieć, gdzie ją posyłają. Ale z tej sytuacji nie ma już odwrotu...
   
Dopiero w samolocie Peter i brat Emmy, Ben, otrzymują informację, że mają udać się do obserwatorium na pirenejskim szczycie Pic di Midi. Tam dowiadują się o tajemniczym projekcie, który jest nie tylko nieetyczny, ale przede wszystkim bardzo niebezpieczny. Najmniejszy błąd w jego realizacji może kosztować życie wielu ludzi, a nawet może spowodować wymarcie całego naszego gatunku. Podczas gdy Peter i Ben starają się dociec prawdy, przedzierając się przez tony dokumentów, Emma trafia w sam środek przerażających wydarzeń - na Fatu Hiva. Ta mała polinezyjska wyspa, na której tajemniczy projekt jest realizowany, zostaje opanowana przez sadystyczne potwory, demony w ludzkiej skórze. Atmosferę strachu i niepokoju potęguje fakt, że przez niesprzyjające warunki atmosferyczne Fatu Hiva jest zupełnie odcięta od świata i nie ma żadnej możliwości wyrwania się z tego piekła.

O ile fragmenty dotyczące losów Petera i Bena mogą momentami nieco nużyć, o tyle walka o życie Emmy (i nie tylko) nieustannie trzyma nas w napięciu, niemal namacalnie czuje się jej strach i przerażenie. Dodam tylko, że początkowo wydarzenia na Fatu Hiva bardzo mi się skojarzyły z filmem "Jestem legendą". Kto oglądał, ten powinien wiedzieć, o co mi chodzi. 

Naukowe teorie stworzone na potrzeby powieści są tak umiejętnie skonstruowane, że brzmią niezwykle przekonująco. Zwłaszcza, że są wplecione w hipotezy istniejące w rzeczywistości. Chattam zatem daje nam sporo do myślenia. Czy rzeczywiście jego teorie nie mają żadnych podstaw, czy naprawdę są one zupełnie nieprawdopodobne? Autor sam podsyca nasze wątpliwości, szafując w przedmowie danymi, ale pisząc również to:
"Teraz zaś proszę nie zapominać, że niniejsze wydarzenia dzieją się... wkrótce. Wszelkie podobieństwo do aktualnej sytuacji nie byłoby zatem wcale takie przypadkowe... To my decydujemy o własnej przyszłości".
Jestem wielką wielbicielką thrillerów. Cóż mogę powiedzieć, Chattam mnie tym razem zupełnie uwiódł i myślę, że to będzie wystarczająca rekomendacja dla "Teorii Gai".

Moja ocena: 5/6        

Recenzja bierze udział w wyzwaniu: "W prezencie"


P.S. Jak już pewnie zauważyliście zmienił mi się nick. A to wszystko z tego powodu, że dołączyłam do grona użytkowników "Google+". Mam nadzieję, że szybko się jednak do niego przyzwyczaicie :) Zwłaszcza, że nie chciałam się tak zupełnie rozstać z moim starym nickiem, którego po prostu lubię :)
        

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Po przerwie dwie opinie

Witajcie :) Być może wielu z Was zauważyło, że na jakiś czas zniknęłam ze swojego i Waszych blogów. Wciąż przedłużające się problemy techniczne praktycznie wyeliminowały mnie z życia nie tylko blogowego, ale i w ogóle komputerowo-internetowego. Mam nadzieję, że to już jednak koniec problemów.

Nie było mnie tutaj, lecz z czytaniem książek nie było żadnych problemów, dlatego nazbierał mi się niezły stosik do recenzji. Dziś napiszę po parę słów o dwóch pozycjach, aby szybciej nadrobić zaległości :)



Autor: Brent Weeks
Tytuł: Czarny Pryzmat
Wydawnictwo: MAG, 2011
Ilość stron: 736


Opis z okładki: "To on ma władzę, siłę i bogactwa, zapłaci jednak za to własnym życiem. Gavin Guile jest Pryzmatem, najpotężniejszym człowiekiem na świecie. Jest cesarzem i najwyższym kapłanem; tylko dzięki jego mocy, sprytowi i urokowi osobistemu udaje się utrzymać kruchy pokój. Jednakże Pryzmaci nie żyją długo i Guile dokładnie wie, ile mu jeszcze zostało: pięć lat, żeby zrealizować pięć niemożliwych celów. Nagle jednak dowiaduje się, że ma syna, który urodził się w odległym królestwie, po wojnie, dzięki której Gavin zdobył władzę. Teraz musi zdecydować, jaką cenę jest gotów zapłacić, żeby utrzymać w tajemnicy sekret, który może zniszczyć świat".

Wspomniałam już kiedyś o tym, że biorąc się za serię, do której należy "Czarny Pryzmat", rzucam się na głęboką i nieznaną wodę. Nie miałam wcześniej do czynienia z tego typu literaturą i nie bardzo wiedziałam, czego mam się spodziewać. Otóż te nieznane wody okazały się dla mnie całkiem przyjazne. Nie tylko nie utonęłam, ale z tych wód wyjść już nie chciałam. 

Bohaterowie tej powieści fantasy posiadają niezwykle ciekawe magiczne umiejętności, mianowicie potrafią krzesać kolory, co sprowadza się do tego, że przekształcają światło w namacalną substancję - luksyn. To całkiem przydatny materiał do tworzenia broni, ale także budowania mostów, murów, a nawet całych budynków. Ale to nie jest takie proste zadanie. Stworzenie trwałego luksynu wymaga wielu lat praktyki i nauki. Krzesanie koloru ma również bardzo wysoką cenę - im więcej krzesiciel posługuje się magią, tym szybciej zbliża się do szaleństwa bądź śmierci. 

Akcja powieści jest dość dynamiczna, znajdziemy w niej sporo ciekawych zwrotów akcji, interesujących bohaterów - jednym słowem nudzić się nie powinniście. Wydaje się, że świat stworzony przez Brenta Weeksa jest dopracowany w najmniejszym szczególe. Nie wiem czy miłośnicy gatunku zgodzą się ze mną, ale wydaje mi się, że "Czarny Pryzmat" nie należy do arcydzieł tego gatunku. Nie ulega jednak wątpliwości, że jest to powieść, przy której naprawdę fantastycznie spędziłam czas :) Na szczęście miałam pod ręką drugi tom - "Oślepiający nóż", dzięki czemu nie musiałam robić sobie przerwy w czytaniu. O nim z kolei napiszę troszkę później. Tak dla informacji jeszcze - "Czarny Pryzmat" otwiera trylogię pt. "Powiernik Światła".  

Na koniec muszę wspomnieć o pewnym mankamencie, który bardzo mnie raził podczas czytania książki. Chodzi o pojawiające się co rusz literówki i błędy językowe. Konsekwentnie pojawiają się one również w drugim tomie (dlaczego???). "Mężczyźni klepali go poplecach, kobiety dotykał ramion i rąk, wszyscy mu gratulowali". A mnie ręce opadają aż poplecy bolą ;)

Moja ocena: 5/6

Opinia bierze udział w wyzwaniu: "W prezencie"






Autor: Simon Beckett
Tytuł: Zapisane w kościach
Wydawnictwo: Amber, 2011
Ilość stron: 336


Opis z okładki: "Większość dnia spędzam ze zmarłymi. Czasem ze zmarłymi, którzy nie żyją od bardzo dawna. Jestem antropologiem sądowym. To po części patologia, po części archeologia. To, co robię, wykracza poza jedno i drugie. Bo nawet wtedy, kiedy biologia człowieka przestaje działać, kiedy z tego, co było życiem, zostaje jedynie zepsucie, zgnilizna i stare suche kości, nawet wtedy zmarły może być ważnym świadkiem. Może opowiedzieć swoją historię, pod warunkiem że umie się ją zinterpretować. Ja umiem. Umiem skłonić zmarłych do zwierzeń...".

Znany nam już z poprzedniej powieści Simona Becketta "Chemia śmierci" antropolog sądowy David Hunter tym razem wybiera się na wyspę o nazwie Runa, gdzie w opuszczonym domu znaleziono spalone zwłoki. Sprawa jest o tyle dziwna, że spaleniu uległo ciało, natomiast ogień oszczędził wszystko dookoła. Przypomina to trochę teorię o samozapłonie, lecz czy rzeczywiście o to chodzi? David Hunter stara się rozwikłać tę zagadkową śmierć. Tymczasem pewne okoliczności sprawiają, że wyspa zostaje zupełnie odcięta od świata, znikąd nie można otrzymać ratunku, a sprawy zaczynają się nieco komplikować.

Sięgając po "Zapisane w kościach" miałam nadzieję, że otrzymam równie dobry thriller co "Chemia śmierci" i nie zawiodłam się. Beckett jest dla mnie prawdziwym mistrzem w kreowaniu niepokojącego i hermetycznego świata niewielkich społeczności - czy to dotyczy małego miasteczka, czy mieszkańców niewielkiej wyspy. Obserwacja mentalności tych ludzi, ich nieufność wobec obcych a nawet wrogość potęguje napięcie i sprawia, że odczuwamy zagrożenie dosłownie na każdym kroku. Spowijający wyspę mrok i szalejący sztorm nadają atmosferze powieści jeszcze bardziej ponury wydźwięk. 

Rzadko się zdarza, żeby zakończenie powieści tak mnie zaskoczyło, jak w tym przypadku. Sprawiło to, że moja ogólna ocena książki znacznie wzrosła. W "Chemii śmierci" nasza wiedza o rozkładzie ciała znacznie się poszerzyła,  w tym przypadku dowiemy się, co dzieje się z ciałem, kiedy trawi je ogień...
 "W odpowiedniej temperaturze pali się wszystko. Drewno. Ubranie. Ludzie.
W temperaturze dwustu pięćdziesięciu stopni Celsjusza zapala się ciało. Skóra czernieje i pęka. Tłuszcz podskórny zaczyna topić się jak słonina na gorącej patelni. Podsycany nim płomień trawi tkankę miękką. (...) Ale kość to zupełnie inna sprawa, inna materia, dosłownie i w przenośni. Kość opiera się wszystkiemu, z wyjątkiem najgorętszego ognia. I nawet jeśli wypali się z niej cały węgiel, nawet jeśli jest już martwa i bez życia niczym pumeks, wciąż zachowuje swój pierwotny kształt".
Gorąco polecam!   

Moja ocena: 5,5/6  

Opinia bierze udział w wyzwaniach: "W prezencie", "Z literą w tle"    
  

środa, 8 maja 2013

"Pan Przypadek i trzynastka" Jacek Getner







Autor: Jacek Getner
Tytuł: Pan Przypadek i trzynastka
Wydawnictwo: Poligraf, 2013
Ilość stron: 202




Trzynastka... Z czym wam się kojarzy ta liczba? Ze szczęściem czy wręcz przeciwnie - z pechem? Czy za każdym razem, gdy na kalendarzu pojawi się piątek trzynastego myślicie sobie "o nie" i wyjątkowo tego dnia wasza czujność jest napięta do granic ludzkich możliwości? Czy wychodząc z domu, przeobrażacie swój całkiem zwyczajny wzrok na sokoli w poszukiwaniu wystających korzeni i dziur czyhających na wasze stopy, tylko po to, aby o nie zahaczyć i wywalić na ziemię wszystko co macie - torebkę, plecak, zakupy w siatce, ale i przy okazji wasze nogi, ręce, plecy, brzuch i głowę, najlepiej w pojawiającą się znienacka wielką kałużę. A może patrzycie z trwogą w niebo, wypatrując przypadkiem spadającą akurat na was dachówkę lub jeszcze jakieś inne licho. A może trzynastka jest wam zupełnie obojętna?

Jedno jest pewne - w życiu głównego bohatera powieści, Jacka Przypadka, liczba ta odgrywa niezwykle ważną rolę. Nie dlatego, że przynosi szczęście czy pecha (choć niektórzy życzą mu z całego serca tego drugiego). Zdaje się, że sam zainteresowany nawet nie zwraca na nią szczególnej uwagi. Ale ona jest i towarzyszy mu w zmianach, które mają znaczący wpływ na dalszą przyszłość pana Jacka. Objawia się w takich banałach, jak numer mieszkania, domu czy tytule sztuki wystawianej w teatrze. Ale wydarzenia mające miejsce w powieści z banałem nie mają nic wspólnego, ponieważ dotyczą one poważnych przestępstw. Pierwsze z nich dotyczy kradzieży cennych obrazów należących do Irminy Bamber, osoby znanej i cenionej w warszawskich kręgach towarzyskich, a zarazem sąsiadki pana Jacka. Nie wierząc zupełnie w zdolności podkomisarza Łosia (czemu trudno się dziwić) i jego załogi w próbach zdemaskowania złodzieja, pani Irmina zleca to zadanie Jackowi Przypadkowi, który zawsze "zauważa więcej od innych".

I tak oto przez nomen omen przypadek Jacek staje się detektywem-amatorem, którego amatorstwo, co należy podkreślić, nie ogranicza się tylko do tej jednej dziedziny. Bohater objawia nam się również jako kucharz-amator (choć swoje kulinarne umiejętności sprowadza tylko do najprostszych rozwiązań), jako maratończyk-amator wiecznie w biegu i co najważniejsze - jako amator kobiecych wdzięków. Uwikłany w dziwny związek z niby-narzeczoną, z powodzeniem szuka przygód tylko na jedną noc. Bez wątpienia jest to człowiek obdarzony niezwykle ciekawą osobowością. Inteligentny, dociekliwy i choć jego poczucie humoru jest irytujące dla co poniektórych osób pokroju podkomisarza Łosia, to robi całkiem sympatyczne wrażenie. Ponadto jest całkowicie przekonany o tym, że "ludzie są banalnie przewidywalni". 
Akcja jest dość spokojna bez gwałtownych zwrotów, napięcie jest właściwie ledwo wyczuwalne, jednak to przede wszystkim charakterystyczne postacie tworzą niezwykły klimat tej powieści detektywistycznej. Tu na czoło wysuwa się oczywiście główny bohater i jego przyjaciel mecenas Błażej Młody Bóg Seksu Sakowicz, całkowicie wierzący (choć w tej wierze jest troszkę osamotniony) w swój zwierzęcy magnetyzm, którym to rozpala wszystkie kobiety znajdujące się w jego obecności. Lekki, przyjemny język i trzy detektywistyczne historie opowiedziane nieco z przymrużeniem oka dopełniają całości. 

Mój wyjątkowy egzemplarz :)
"Pan Przypadek i trzynastka" jest pierwszym tomem z przewidywanych czternastu całego cyklu o detektywie-amatorze. Czuję się całkowicie zachęcona do tego, by sięgnąć po inne tomy i przekonać się, jak Jacek Przypadek poradzi sobie z kolejnymi zagadkami detektywistycznymi. Lektura tej niewielkiej objętościowo książki powinna uprzyjemnić wam przynajmniej jeden wieczór. I przede wszystkim niech to wasze chęci sprawią, że zapoznacie się z tą powieścią, a nie... przypadek :)


Moja ocena: 4,5/6

 Za egzemplarz bardzo dziękuję autorowi, Jackowi Getnerowi





Książka bierze udział w wyzwaniu: "Polacy nie gęsi, czyli czytajmy polską literaturę"                        

sobota, 4 maja 2013

"Złomiarz" Paolo Bacigalupi





Autor: Paolo Bacigalupi
Tytuł: Złomiarz
Wydawnictwo: MAG, 2013
Ilość stron: 288



Czy tego chcecie, czy nie, zabieram was właśnie w podróż w bliżej nieokreśloną przyszłość. Spójrzcie na krajobraz, który się przed wami roztacza - przed oczami macie zniszczone miasta, które często nawiedzają potężne sztormy. Ponure szkielety wieżowców i domów górują nas wioskami tych, którzy przetrwali wszelkie kataklizmy - te spowodowane przez naturę, ale i przez działalność najbardziej niszczycielskiego stworzenia na Ziemi - człowieka. To pomniki cywilizacji, która już odeszła i nie powróci. Świat poszedł na przód, lecz ten krok, który zrobił do przodu, to krok w otchłań przemocy, wyzysku, oszustw, narkotyków i ogólnie pojętej niesprawiedliwości. By przeżyć każdy następny dzień, należy poddać się ciężkiej pracy dla wielkich korporacji bezwzględnie wykorzystujących ludzi lub stać się złodziejem i cwaniakiem. Lub po prostu mieć szczęście. Ogromne szczęście.

Przenieśmy się teraz w rejony wybrzeża Zatoki Meksykańskiej. Na jednej z plaż roi się od ludzi pracujących przy rozbiórce statków. Swoiste cmentarzysko starych, rozebranych już wraków, tworzy dość przygnębiający widok. Nailer, nastoletni bohater powieści, należy do tzw. lekkiej ekipy. Codziennie penetruje wnętrzności statków, w poszukiwaniu lżejszych materiałów, np. miedzianych okablowań, aluminium, niklu itp. Jest jednym z najlepszych członków ekipy, ponieważ jego bardzo szczupła budowa ciała pozwala mu wedrzeć się w najbardziej niedostępne zakamarki wraku. Oczywiście ten fach wiąże się również z ogromnym ryzykiem nie tylko związanym z niebezpiecznymi pułapkami, które czyhają na chłopca w szczątkach statku, lecz także z nielojalnością członków ekipy. Szczęśliwe znalezisko zawsze stawia tych młodych ludzi przed niełatwym wyborem - szybki i łatwy zarobek lub zdrada. Kiedy okolicę nawiedza niszczyciel miast - potężny sztorm - życie Nailera zmienia się już na zawsze. Zaczyna się dość niewinnie. Razem z przyjaciółką Pimą odnajduje wrak pięknego statku, który nie przetrwał niszczycielskiej działalności sztormu. Już od pierwszej chwili wiadomo, że należy do bogatych ludzi. Jego wnętrze kryje mnóstwo bogactw, które oszołamiają i niosą nadzieję na lepszy los. Ale statek oprócz wielu ciał martwych ludzi skrywa coś jeszcze, a właściwie kogoś. Kogoś, kto przeżył... 

Nailer i Pima stają przed bardzo ważnym dylematem moralnym, który zaważy na ich przyszłości. Odnaleziona na statku dziewczyna obiecuje coś więcej niż tylko chwilowy dobrobyt. Jako córka bardzo bogatego człowieka w zamian za jej ocalenie może zapewnić tym młodym ludziom lepsze życie. Problem w tym, czy można jej zaufać? Czy zgodzić się na taką umowę, jednocześnie świadomie wchodzić w bardzo niepewną sytuację. A może zabić, żeby nie było żadnych świadków, zabrać ze statku tyle ile się da, zanim ktoś inny go odkryje?

Wydarzenia mające miejsce w tej powieści bywają w niektórych momentach niezwykle sugestywne. Tak bardzo, że aż zapiera dech. Galerię występujących tu bardzo młodych postaci wzbogacają ludzie pokroju Richarda Lopeza, ojca Nailera, człowieka uzależnionego od narkotyków i alkoholu. Zadzieranie z nim to dosłownie igranie z życiem. Interesujące są tu także postacie genetycznie modyfikowanych ludzi, które to sprawiają, że "Złomiarza" należy traktować jak powieść fantastyczną.   

Paolo Bacigalupi wykreował ponury, dystopijny świat, w który wkomponował jednak malutkie punkciki oświetlające mrok - iskierki nadziei. Doświadczeni przez los ludzie nie zawsze pozbywają się swojego człowieczeństwa, nie wszyscy ulegają podszeptom ciemnej strony natury ludzkiej, poddają się marzeniom. Bezwzględna walka o byt może czasem kosztować więcej niż nam się wydaje. 
"Zabijanie nie jest za darmo. Za każdym razem, kiedy to robisz, coś z ciebie zabiera. Ty zabierasz komuś życie, a ten ktoś tobie kawałeczek duszy. Zawsze coś za coś"
Choć "Złomiarz" jest w głównej mierze przeznaczony dla młodego czytelnika, to jednak jego lektura może sprawić niejednemu dorosłemu odbiorcy przyjemność. Mnie sprawiła :) Odbyliście tu krótką podróż, ale to ja was w nią zabrałam. Pozwolicie na to, by zrobił to jednak Paolo Bacigalupi?

Moja ocena: 5/6 


Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu MAG



Książka ta bierze udział w wyzwaniu: Z literą w tle

piątek, 30 listopada 2012

"Burza z krańców ziemi" Åsa Larsson



Autor: Åsa Larsson
Tytuł: Burza z krańców ziemi
Wydawnictwo: Otwarte, 2008
Ilość stron: 334




Książka trafiła do mnie dzięki temu, że szczęśliwie zostałam wylosowana w konkursie zorganizowanym przez Agatę P na jej blogu (jeszcze raz dziękuję!). Do tej pory nie miałam okazji zapoznać się z twórczością tej szwedzkiej pisarki, więc świetnie się złożyło, że zaczęłam od pierwszej części cyklu, czyli właśnie od "Burzy z krańców ziemi".

Przenieśmy się teraz do dobrze znanego nam mroźnego, surowego skandynawskiego klimatu. Nałóżmy na siebie kilka warstw ciepłej odzieży, puchatą czapę na głowę, a na nogi wsuńmy przyjemnie wypełnione grubą warstwą kożuszka wygodne buty, nie żadne tam jakieś modne kozaczki, które mogą doprowadzić tylko do paskudnych odmrożeń. Przygotujcie się na zwiedzanie małego miasteczka, które pod puchową śniegową pierzyną skrywa wielkie tajemnice i ludzkie dramaty. Ale oto przybywa do niego prawniczka, Rebeka Martinsson, która nieco odgarnie tego śniegu, odsłaniając przy tym nieprzyjemny brud i błoto. Brud, który może być niebezpieczny...

Rebeka wraca do rodzinnego miasta, by pomóc swej przyjaciółce z dawnych lat, która została oskarżona o zamordowanie własnego brata - przywódcy lokalnego protestanckiego kościoła. Wiktor był osobą powszechnie lubianą i bardzo dobrze znaną w miasteczku, można powiedzieć - miejscowy celebryta. Jednak komuś się naraził na tyle, że konflikt przypłacił życiem. Czy jego siostra, Sanna, miała wystarczający powód do tego, by posunąć się do tak dramatycznego czynu? Rebeka stara się zrobić wszystko, by odkryć prawdę. Będzie ją to sporo kosztowało, gdyż sprawa ta przywoła głęboko skrywane demony z przeszłości, mroczne i bardzo bolesne.

Bohaterowie powieści wzbudzają raczej mieszane uczucia. Rebeka w moich oczach to po prostu marionetka, za której sznurki umiejętnie pociąga Sanna. Najgorsze jest to, że doskonale zdaje sobie z tego sprawę, lecz nie potrafi nic z tym zrobić. Próbuje się buntować, szamocze się niczym mucha przyklejona do sieci pająka, lecz jej działania w tym kierunku nie przynoszą żadnych skutków. To w pewien sposób irytuje i mamy ochotę porządnie potrząsnąć naszą bohaterką. Tak samo mamy ochotę mocno przyłożyć Sannie, manipulantce, która jednocześnie jest tak słaba psychicznie (a może udaje?), że aż... ma się jej dość.  Właściwie nie do końca wiadomo, czy mamy do czynienia z dorosłą kobietą, czy z niedojrzałą emocjonalnie nastolatką.

Śledztwo trochę się wlecze i więcej w nim właściwie domysłów niż dowodów. Zabrakło mi tu, niestety, zaskakujących zwrotów akcji, które dodałyby akcji dynamiki. Mimo wszystko intryga jest na tyle ciekawie skonstruowana, że nie pozwoliła mi się oderwać od książki. Poza tym spodobał mi się język utworu. Do doskonałości jeszcze mu trochę brakuje, lecz gdy tylko autorka podszlifuje swój warsztat pisarski, może napisać coś naprawdę świetnego. A może już napisała, tylko o tym jeszcze nie wiem :) W każdym razie bardzo się cieszę, że "Burza z krańców ziemi" trafiła w moje ręce i jestem całkowicie pewna, że jeszcze niejeden wieczór spędzę przy kryminale autorstwa Åsy Larsson.

Moja ocena: 4,5/6   

Książka ta bierze udział w wyzwaniu "Z literą w tle" :)

wtorek, 20 listopada 2012

"Drood" Dan Simmons




Autor: Dan Simmons
Tytuł: Drood
Wydawnictwo: MAG, 2012
Ilość stron: 832

Zeszło mi trochę czasu zanim zabrałam się za tę recenzję. Kilka czynników się na to zebrało, ale w końcu jestem, by napisać parę słów o niezwykłym dziele Dana Simmonsa pt. "Drood".

Wszystko ma swój początek. W tym przypadku początek był niemal końcem życia słynnego pisarza - Charlesa Dickensa. Mowa tu o wypadku kolejowym pod Staplehurst z dnia 9 czerwca 1865 r., które to odcisnęło głębokie piętno na psychice niedoszłej ofiary. Wilkie Collins, narrator powieści, a także przyjaciel pisarza tak pisze o tym wydarzeniu: "Lokomotywa wioząca sukces, spokój ducha, zdrowe zmysły, rękopis oraz kochankę zmierzała wówczas - całkiem dosłownie - wprost w stronę wyrwy w torze i przerażającej katastrofy". Od tej tragicznej chwili Dickensowi, który cudem uniknął śmierci, dane było przeżyć jeszcze pięć lat. Jak już wspomniałam wypadek ten był początkiem czegoś nowego. Właśnie pod Staplehurst rozpoczęła się fascynująca, a zarazem przerażająca znajomość Dickensa z niezwykle tajemniczą postacią - czyli Droodem. Człowiek ten (o ile faktycznie był to człowiek) był "chudy jak szkielet, trupio blady". Głowę przywodzącą na myśl trupią czaszkę charakteryzował nienaturalnie krótki nos ("raczej dwie czarne szpary w białej jak ciało robaka twarzy, niż nos z prawdziwego zdarzenia") oraz drobne, ostre, nierówne zęby. Ponadto brakowało mu dwóch palców u prawej ręki, a także palca środkowego lewej. To "dziwadło" stało się w pewnym sensie obsesją Dickensa. By odnaleźć Drooda, pisarz zapuszcza się nawet w mroczne i bardzo niebezpieczne tereny Podmiasta. W wyprawach tych towarzyszy mu wspomniany już Wilkie Collins, postać zbyt niejednoznaczna, by móc go scharakteryzować i ocenić jednym słowem.

Collins z początku wydaje się być człowiekiem honoru, można powiedzieć dżentelmen w pełnej krasie. Był także pisarzem, lecz od początku żył w cieniu swego sławnego przyjaciela. Z czasem jego umysł zaczyna opanowywać zazdrość. Gdy mówi o Dickensie, często używa ironicznego zwrotu: "Pan Niezrównany". Wytyka wszelkie jego przywary i błędy przez niego popełniane. Kiedy zagłębiamy się coraz bardziej w lekturę, wyłania nam się obraz człowieka targanego emocjami. On również popada w obsesję. Ważnym aspektem wpływającym silnie na jego osobowość i zachowanie jest uzależnienie od laudanum (nalewka z opium), którą próbował leczyć podagrę. Początkowe niewielkie dawki "leku" szybko zwiększają swoją objętość. 

Wilkie Collins jest narratorem, a cała powieść ma formę spisanych wspomnień, których odbiorcą miał się stać czytelnik z... przyszłości. Czytelnik, żyjący ponad sto lat od czasu śmierci autora. Jest to bardzo ciekawy zabieg literacki, który został w najmniejszym szczególe świetnie dopracowany. Po pierwsze powieść zawiera niezwykłą dbałość o szczegóły społeczno-obyczajowe charakteryzujące XIX-wieczny Londyn, choć tu uprzedzam, że autor koncentruje się raczej na mrocznej i brudnej, cuchnącej rozkładajacymi się zwłokami stronie miasta. Będziemy zwiedzać z bohaterami przybytki przesycone oparami opium, a także pobłądzimy w licznych, ciemnych korytarzach podziemnego cmentarza. Kolejną rzeczą, o której chcę wspomnieć, to dygresje często pojawiające się w toku narracji. Mogą one nieco wybić z rytmu, lecz są one całkowicie niezbędne. Dodają naturalności wypowiedzi, których podstawową konstrukcją są przecież wspomnienia.  Dygresje te bardzo często odnoszą się do twórczości zarówno Collinsa, jak i Dickensa, a także do ich współpracy literackiej. Niejeden miłośnik znajdzie tu niezwykle ciekawe i cenne opisy poszczególnych dzieł obu pisarzy.

Podsumowując, "Drood" jest to kawał porządnie napisanego i wciągającego thrillera historyczno-fantastycznego, momentami zaskakującego do tego stopnia, że nie wiadomo, gdzie przebiega granica między tym, co prawdziwe, a tym, co mami nas swymi narkotycznymi wizjami...

Moja ocena: 5,5/6



Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu MAG
        


niedziela, 28 października 2012

"Droga" Cormac McCarthy




Autor: Cormac McCarthy
Tytuł: Droga
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2008
Ilość stron: 267


To jest jeden z tych nielicznych momentów w życiu, kiedy jestem z siebie bardzo, bardzo zadowolona. A właściwie ze swojego pomysłu. Gdyby nie wyzwanie, być może nigdy nie trafiłabym na TĘ książkę. Straciłabym naprawdę dużo, bo w moich oczach "Droga" jest jedną z najpiękniejszych książek, z którymi do tej pory się spotkałam. Bez wątpienia jest arcydziełem. Nikt i nic nie jest w stanie zmienić mojego zdania.

Autor roztacza przed naszymi oczami przerażającą wizję - życie w postapokaliptycznym świecie. Bliżej nieokreślona katastrofa sprowadza istnienie człowieka do walki o przeżycie. Walki, w której tak naprawdę brakuje celu i nadziei. Istnieje jakieś jutro, ale oferuje ono tylko cierpienie, głód i strach. Każdy nowy dzień to tylko przedłużenie agonii, bo gdzieś blisko - za zakrętem, za drzewem, w nieprzeniknionych ciemnościach czyha śmierć. Czuje się jej oddech na całej skórze. W każdym momencie może zebrać swoje żniwo.

W tej bardzo trudnej sytuacji znaleźli się bohaterowie powieści - mężczyzna i chłopiec. Nie znamy ich imion, nie wiemy ile mają lat, niewiele właściwie o nich wiemy. Jedno tylko jest pewne - to ojciec i syn. Brak podstawowych danych postaci ociera się o anonimowość do tego stopnia, że nasza wyobraźnia zaczyna działać w określonym kierunku. Postacie są formą, którą należy wypełnić. Moja forma przybrała kształt mojego męża i syna, choć bardzo starałam się tego nie robić. Być może ta znaczna anonimowość jest po to, byśmy mogli sobie uświadomić, że w takiej sytuacji może się kiedyś znaleźć każdy z nas.

Mężczyzna i dziecko zmierzają na południe. Wiedzą, że gdy zostaną na miejscu, nie przeżyją zimy. Zaczyna się ich wędrówka przez spalony, spustoszony, niebezpieczny świat, w którym pozostali przy życiu ludzie stają się krwiożerczymi bestiami. Nasi bohaterowie, przeczesując domy w poszukiwaniu resztek żywności, natrafiają na wypełnioną po brzegi spiżarnię. Jedzenie, które ją wypełnia, to nie konserwy, owoce czy mąka. To ludzie złapani i przetrzymywani po to, by w odpowiednim czasie stać się pożywieniem dla wygłodniałych zwyrodnialców. Niewiele brakuje, by mężczyzna i dziecko również znaleźli się w tym makabrycznym miejscu. Udaje im się uciec, lecz zdają sobie sprawę z tego, że muszą ukrywać się przez cały czas. W każdym momencie mogą stać się ofiarami. Wstrząsające opisy wieńczy inny, jeszcze bardziej przerażający - kiedy ojciec instruuje kilkuletniego syna, jak ten ma popełnić samobójstwo, gdy już nie będzie ratunku przed ludzkimi bestiami.

Autor, wprowadzając do powieści kilkuletniego chłopca, zagrał nam bardzo na uczuciach. Mamy wciąż przed oczami wystraszone dziecko, wychudzone, głodne i chore. Dziecko bez przyszłości. Choć nadal ufne i pełne miłości. Wierzące w to, że istnieją na świecie jeszcze dobrzy ludzie. Do końca nie jesteśmy pewni, czy chcemy żeby te jego cierpienia trwały nadal. Jego ojciec również przeżywa tego typu rozterki. Nie chce takiego życia dla swojego syna, z drugiej strony nie potrafi go zabić. On sam znajduje się w nie najlepszej sytuacji, ponieważ jest poważnie chory. Zdaje sobie sprawę z tego, że może wkrótce umrzeć, lecz co się wtedy stanie z jego dzieckiem? Jaką ostatecznie podejmie decyzję?

To pierwsza w moim życiu książka, która trzymała mnie w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. Łapałam się nawet na tym, że... bałam się czytać dalej. Czułam podskórnie, że coś się wydarzy, coś złego i podświadomie broniłam się przed tym. Z drugiej strony nie mogłam się oderwać od lektury. Język powieści jest piękny, osiągający w niektórych momentach wręcz poetycki wydźwięk. Mogłoby się wydawać, że przez to będzie trudny w odbiorze. Nie jest. Czyta się go z łatwością i wielką przyjemnością. Niezwykłe są też dialogi między bohaterami. Mądre, a także bardzo rzeczowe i oszczędne w słowach. Cała powieść jest pod tym względem bardzo wyważona. Nie znajdziemy w niej ani jednego zbędnego słowa.    

Piękna, poruszająca, niepokojąca książka, zmuszająca do myślenia. Taka, na którą czeka się całymi latami.    
 
Na koniec jeden z moich ulubionych cytatów:
 "Pamiętaj, że to, co wpuszczasz do głowy, pozostaje w niej na zawsze, powiedział. Warto, byś się nad tym zastanowił.
Ale czasem przecież coś zapominamy, prawda?
Tak. Zapominamy to, co chcemy pamiętać, a pamiętamy to, o czym chcielibyśmy zapomnieć."


Nie wystawię w tym przypadku oceny. Książka ta znajduje się absolutnie poza jakąkolwiek skalą.



Książkę przeczytałam w ramach wyzwania "Z literą w tle"

piątek, 19 października 2012

"W pościeli" Ian McEwan




Autor: Ian McEwan
Tytuł: W pościeli
Wydawnictwo: Albatros, 2009
Ilość stron: 208


Do zakupu tej książki zachęcił mnie przede wszystkim niezwykły opis: "Zbiór siedmiu, ocierających się o makabrę opowiadań, studium psychozy w najróżniejszych formach. Pomiędzy rzeczywistością a iluzją, normalnością a obłędem, rozgrywają się ludzkie dramaty". I jak miałam jej nie wrzucić do koszyka? Oczekiwania wobec tych opowiadań miałam spore. Chyba jednak naczytałam się zbyt wiele horrorów i thrillerów, bo moje wyobrażenia o tym, co znajdę w książce kompletnie nie pokryły się z tym, co rzeczywiście w niej było. Przede wszystkim nie znalazłam tego znamiennego dla mnie ocierania się o makabrę. No cóż, nie było jednak aż tak źle, bo obłęd owszem i był, a i też sporo kontrowersji. To "osłodziło" mi trochę poczucie zawodu.

Wszystkie siedem opowiadań Iana McEwana mają w sobie coś oryginalnego, mrocznego, dziwnego, interesującego, śmiesznego, czasem... niezrozumiałego. Zatem, jak widzicie, lektura zbioru "W pościeli" zapewnia nam sporo czytelniczych doznań. Najwięcej ciekawych emocji dostarczyło mi (najlepsze z wszystkich) opowiadanie pt. "Rozkoszne konanie". Głównym bohaterem jest pewien bogaty biznesmen, którego życie zawodowe to nieustanne pasmo sukcesów, natomiast życie prywatne już nie przedstawia się tak różowo. Ma za sobą trzy nieudane małżeństwa, lecz nie powstrzymuje go to od poszukiwania kolejnej kandydatki na żonę. Pewnego dnia poznaje Helen, w której zakochuje się na zabój. Sprowadza ją do swojego domu, obdarowuje licznymi prezentami, rozmawia z nią godzinami, uprawiają seks i jak to często bywa, po jakimś czasie w związek wkrada się ktoś trzeci. Przynajmniej tak się naszemu biznesmenowi wydaje. Paranoja wywołana poczuciem zdrady sięga zenitu, kiedy bohater postanawia zabić Helen. Brzmi to trochę jak romans połączony z kryminalnym wątkiem, ale jest tu pewien ciekawy haczyk. Otóż Helen jest... manekinem. Zaskoczeni?   

Narratorem jest tu człowiek, który stopniowo popada w coraz większy obłęd. W trakcie czytania opowiadania jesteśmy dosłownie wessani w jego urojenia, widzimy więc świat przez pryzmat chorego umysłu. Tak naprawdę to do końca nie wiedziałam, czy mam się z tego człowieka śmiać, czy właściwie mu współczuć. Przyznaję również, że niejednokrotnie byłam zażenowana jego zachowaniem. Jednak przede wszystkim byłam zafascynowana sposobem, w jaki wykreowana została postać samej Helen. Manekin od początku do końca był tylko manekinem, lecz w genialny sposób został obdarzony szeregiem ludzkich cech. Przykładowo fakt, że Helen nie podnosiła słuchawki telefonu, gdy bohater dzwonił z służbowego wyjazdu, składano na karb tego, że się po prostu obraziła lub właśnie w tym momencie nawiązuje intymne relacje z kierowcą.

Reszta opowiadań jest mniej lub bardziej kontrowersyjna, ale z pewnością poziomem nie dorównują "Rozkosznemu konaniu". Napiszę tylko, że spotkamy się w nich np. z postapokaliptyczną wizją świata, romansem między czternastolatką a tajemniczą karlicą, perfidną zemstą dwóch kochanek zarażonych przez pracownika sekshopu chorobą weneryczną itp. Język jakim posługuje się Ian McEwan jest bardzo plastyczny i ciekawy. Jednak opowiadania zawarte w tym zbiorze, z wyjątkiem tego jednego przykładu, zupełnie nie powaliły mnie na kolana. Jednak sięgnę po kolejne utwory tego autora, ponieważ mam szczególną ochotę na jego "Pokutę".

Czy polecam? Raczej tak, chociażby po to, żebyście mogli zapoznać się z "Rozkosznym konaniem".      
 
Moja ocena: 4/6


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania "Z literą w tle"

wtorek, 16 października 2012

"Miriam" Jarosław Klonowski




Autor: Jarosław Klonowski
Tytuł: Miriam
Wydawnictwo: MG
Ilość stron: 240


Wielu z Was może kojarzyć autora, Jarosława Klonowskiego, z takich powieści, jak "Tajemnica świętego Wormiusa" i "Ognie świętego Wita". Niestety, do tej pory nie miałam możliwości zapoznać się z jego twórczością, dlatego w tym przypadku "Miriam" była moim debiutem. Czy udanym? O tym za chwilę.

Akcję utworu autor osadził w średniowieczu, a dokładniej - w XVI w. Nic dziwnego, że Klonowski wybrał akurat ten okres czasu, gdyż jest on absolwentem Wydziału Historii bydgoskiego UKW, a jako temat pracy magisterskiej wybrał "Kult Świętych w średniowiecznych miastach kujawskich". Zatem osadzone w średniowiecznych realiach ludzkie losy, wszelkie wydarzenia czy legendy są mu znane od podszewki. Pozwoliło mu to stworzyć całkiem ciekawą historię, w której pierwsze skrzypce gra pewna młoda Żydówka.

Miriam, bo o niej mowa, to niepokorna dziewczyna, która z pewnych powodów musi ukrywać się w benedyktyńskim szpitalu w Kruszwicy. Podając się za młodego zakonnika, żaden z braci nie orientuje się, że to jest oszustwo. Nie przypuszczają nawet, że pod habitem kryje się młode, kuszące ciało kobiety. Okazuje się, że z kolei to ciało może kryć coś więcej. Wydaje się również, że dziewczyna jest w posiadaniu czegoś, na czym bardzo zależy staroście Andrzejowi Kościeleckiemu, by mógł dopełnić pewnego rytuału gwarantującego mu władzę. Ale czy Miriam rzeczywiście coś opętało i czy Kościelecki dostanie to czego chciał?  

W sprawę zamieszany jest także tajemniczy młody janczar Bartłomiej Chodyna. Przystojny i niezwykle odważny mężczyzna ma za zadanie odnaleźć Miriam. Kiedy dociera do Kruszwicy i demaskuje dziewczynę, wtedy sytuacja przybiera niezwykły obrót, w którą wplątane są jakieś mroczne siły. Bohaterowie odbywają niebezpieczną i pełną niesamowitych przygód podróż do Bydgoszczy.

"Miriam" to z pewnością bardzo ciekawa powieść, w której elementy fantastyczne są umiejętnie połączone z faktami historycznymi. Prawdę mówiąc, miałam wrażenie, że czytam dość rozbudowaną kujawską legendę, co zdecydowanie przemówiło na korzyć utworu. Jako dziecko zaczytywałam się we wszelkiego rodzaju legendach, które bardzo działały na moją wyobraźnię.  Nie do końca wiem, czy słabą stylizację na średniowieczny język potraktować jako zaletę czy wadę. Jednym może to odpowiadać, innym mniej. Ja raczej należę do tej drugiej grupy. Pojawiające się gdzieniegdzie średniowieczne określenia, szczególnie te dotyczące ubioru, to jednak troszkę za mało. Język całej powieści jest prosty i bardzo przystępny, dzięki czemu bardzo szybko się ją czyta. Jeśli pojawia się jakaś metafora, to przeważnie (o ile nie wyłącznie) dotyczy ona opisu... oczu, np. "Bystre oczy starosty żarzyły się zimno, niczym zamarznięte gwiazdy" (s.10), "Jego oczy przepełniał żal, jej - ogień obłędu" (s.227), "oczy migotały złowróżbną poświatą" (s.187). Takich przykładów wynotowałam naprawdę sporo. Jeśli chodzi o dialogi, to niestety muszę stwierdzić, że w pewnych momentach po prostu kulały. Być może niektórzy z Was nawet nie zwrócą uwagi na pewien zabieg zastosowany przez autora, który mnie osobiście troszkę przeszkadzał. Chodzi o wymienne stosowanie imion - np. weźmy pod uwagę jednego z głównych bohaterów - Bartłomieja, który po chwili staje się Bartkiem, by natomiast parę linijek niżej być na powrót Bartłomiejem, a potem znów Bartkiem. Takie nagłe zmiany przewijają się przez całą powieść.  Zapewne chodziło autorowi o uniknięcie powtórzeń.

Występujące w utworze pewne niedociągnięcia, o których tu wspomniałam, nie wypływają aż tak znacząco na jakość utworu. Dynamiczna akcja, ciekawa fabuła i niezwykłe postaci sprawiają, że książka jest na tyle interesująca, by można było się z nią zapoznać. Stwierdzam zatem, że mój debiut był udany, i z chęcią zapoznałabym się z innymi utworami tego autora. Polecam tym, którzy znają już twórczość Jarosława Klonowskiego, jak również tym, którzy szukają wciągającej powieści fantastyczno-historycznej.        
Moja ocena: 4/6


Za egzemplarz bardzo dziękuję wydawnictwu MG


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania "Polacy nie gęsi, czyli czytajmy polską literaturę!"

wtorek, 18 września 2012

"Srebrny dzwoneczek" Tim Osborne




Autor: Tim Osborne
Tytuł: Srebrny dzwoneczek
Wydawnictwo: Pi, 2012
Ilość stron: 221


"Srebrny dzwoneczek" to dwunasty tom wydanej nakładem Wydawnictwa Pi serii "Super kryminał".

Tim Osborne, czyli główny bohater powieści, jest prywatnym detektywem, który raczej nie może narzekać na nadmiar zleceń. Pewnego dnia zjawia się u niego dawny znajomy, Monday Howard. Ten mężczyzna ma dość specyficzny pomysł na życie, a przede wszystkim na zarabianie pieniędzy. Polega on na... wynajmowaniu swojej wolności i odsiadywaniu wyroków za innych. W grę wchodzą tu raczej drobne przewinienia - oszustwa, kradzieże itp., więc wiąże się to raczej z niezbyt długimi pobytami w więzieniu, ale oczywiście - nic za darmo. Tego typu "współpracę" z Howardem nawiązał członek Rady Miejskiej, Anthony Partham, chcący za wszelką cenę chronić swojego syna - kleptomana. Nie wszystko jednak przebiega pomyślnie, gdyż Partham nie wywiązuje się z umowy. Wtedy to Howard zwraca się do Osborne'a, by ten pomógł mu w odzyskaniu pieniędzy. Niespodziewanie prywatny detektyw wplątuję się w coraz to grubszą aferę z drogocennym starodrukiem w tle.

Język, którym posłużył się autor "Srebrnego dzwoneczka", jest łatwy i raczej przyjemny w odbiorze (pomijając dość liczne literówki), natomiast Tim Osborne jawi nam się jako błyskotliwy i dowcipny detektyw, nieustannie wpadający z jednych kłopotów w drugie. Pełni on również rolę narratora, co jak wiadomo, znacznie skraca dystans między czytelnikiem a bohaterem. Paradoksalnie tu tego dystansu właśnie mi zabrakło. Nasz detektyw posiada specyficzne poczucie humoru, więc w momencie gdy na swój sposób opisuje dość dramatyczne wydarzenia, nie jestem pewna, czy mam do czynienia z kryminałem czy raczej z komedią... Do tego dodajmy zdrobnienia typu "wieczorkiem", "Jezu słodki" itp. i już czytelnik może się trochę pogubić. Nie do końca jestem również przekonana do pomysłu, by główny bohater został obdarzony imieniem i nazwiskiem autora (co innego, gdy jest to autobiografia, a "Srebrny dzwoneczek" z pewnością autobiografią nie jest), a do tego pełnił jeszcze rolę narratora. Nie mogę pojąć, jaki jest w tym cel. Narzuca mi się w takich sytuacjach myśl, że autor tworzy swoje alter ego, próbując obdarzyć go pewnymi cechami. Ale czy aby na pewno o to chodzi?

Niestety, ale muszę jeszcze podkreślić niezbyt miły fakt, że opis z tyłu książki, może być mylący dla czytelnika. Sugeruje on sytuację odwrotną do tego, co zawiera treści książki. Otóż jak wynika z informacji, to Monday Howard nie wywiązał się z umowy. My jednak już wiemy, że było wręcz przeciwnie. 

Pozytywną stroną tej książki jest dynamiczna akcja, autor nie poświęca zbyt dużo miejsca na nużące i przydługie opisy, do jakich przyzwyczaiły nas chociażby skandynawskie kryminały. Schematycznie nakreślone charaktery postaci występujących w powieści w tym przypadku są bardziej na plus niż na minus.

"Srebrny dzwoneczek" ma wiele słabych stron, pokuszę się też o stwierdzenie, że jest raczej przeciętną powieścią detektywistyczną. Jednak jestem przekonana, że znajdą się wśród Was zwolennicy specyficznego humoru Tima Osborne'a.

Moja ocena: 3,5/6



Za możliwość zapoznania się z książką bardzo dziękuję portalowi nakanapie.pl 

wtorek, 11 września 2012

Herezja Grossbarcka



Autor: Jesse Bullington
Tytuł: Smutna historia braci Grossbart
Wydawnictwo: MAG, 2012
Ilość stron: 384


Na początku chcę zaznaczyć, że do tej pory z literaturą fantasy nie miałam zbyt wiele wspólnego. Jednak w "Smutnej historii braci Grossbart" (głównie z powodu pojawiających się recenzji na jej temat) było coś przyciągającego niczym magnes. Z niecierpliwością czekałam na chwilę, w której mogłam wziąć książkę do ręki, by oddać się lekturze.

Świetnie dopracowana okładka z mocnym akcentem, czyli wystylizowanym na średniowieczny drzeworyt obrazkiem, jest niewątpliwie jednym z największych atutów tego utworu. Na pierwszy rzut oka widać czaszkę, ale gdy przyjrzymy się uważniej, okaże się, że tak naprawdę oczodoły to torby podróżne wiszące na ramionach dwóch braci, a ich sylwetki tworzą ten jakże sugerujący i intrygujący kształt. Uzyskany efekt złudzenia optycznego stanowi doskonałe wprowadzenie w tematykę powieści.

"Smutna historia braci Grossbart" nie stanowi wyłącznie produktu wyobraźni autora.  Jest to opowieść stworzona przez Bullingtona na podstawie fragmentów pisemnych przekazów oraz legend przekazywanych z ust do ust. "Przekształcenie tego dzieła w jednorodną relację pozwoliło połączyć oderwane dotychczas historie i pogodzić rozbieżności, które rzucają światło na rozmaite aspekty motywu przewodniego (...)"  wyjaśnia nam autor w przedmowie.  

Dzieje braci Grossbart przypadają na wiek XIV, który to był "czasem gwałtownym, udręczonym, zdumionym, pełnym cierpienia i rozpadu; epoką, jak wielu myślało, Szatana triumfującego". Był to czas szalejącej i trawiącej Europę dżumy. Zdarzało się, że wymierały całe wioski, a domy i ulice zasłane były rozkładającymi się zwłokami. Nie zabrakło w powieści Bullingtona również i tego istotnego elementu, ponieważ autor starał się jak najdokładniej odtworzyć realia średniowiecznej rzeczywistości. Na kartach powieści odnajdziemy wzmianki o postaciach i wydarzeniach historycznych (np. o wyprawach krzyżowych). W te bardzo niespokojne i brutalne czasy autor wpisał również owego Szatana triumfującego i inne podległe mu przerażające potwory. W świecie tym jest miejsce dla takich istot, jak czarownice, syreny, mantrykory ("jedzący ludzi", stwór z ciałem lwa, głową człowieka i skrzydłami smoka lub nietoperza) i homunkulusy (stwory wydane na świat przez czarownicę).

Przyjrzyjmy się teraz bliżej głównym bohaterom. Bracia bliźniacy - Hegel i Manfried, to ludzie o bardzo wątpliwej reputacji, posługujący się nader wulgarnym językiem, brutalni przedstawiciele nizin społecznych. Ich ciała noszą znamiona licznych, wszczynanych przez nich bójek. Do tego zajmują się równie niechlubną (można powiedzieć rodzinną) profesją, czyli plądrowaniem grobów. To są po prostu hieny cmentarne. W zestawieniu z tymi postaciami szacunek wydaje się być pojęciem abstrakcyjnym. Przy tym mają dość wysokie mniemanie o sobie: "W końcu nasza matka była ścierwo, jak tylko ścierwo może być, a mimo to my są nieskazitelni". Charakteryzuje ich również specyficzne pojęcie wiary. Centralną i jedyną postacią, którą akceptują i której zawierzają swoje życie jest Najświętsza Panienka. Niejednego czytelnika zniechęciły natomiast, a wręcz zniesmaczyły ich obrazoburcze dyskusje na temat Boga czy Jezusa (pochlipujący, pierdołowaty, najpodlejszy tchórz tysiąclecia). I wielu pewnie obraziło się na te herezje. Niepotrzebnie. Pamiętajmy o tym, że wypowiadają te słowa ludzie pojmujący na własny, bardzo prostacki sposób filozofię chrześcijańską. To tylko część charakterystyki braci, a nie obraźliwy palec wymierzony w Kościół i jego wiernych. Plugawy język jest dopełnieniem poziomu, który reprezentują bracia Grossbart. Tak na marginesie, fragment powieści, w którym Hegel i Manfried wyjaśniają Martynowi genezę słowa "jebany", powalił mnie na łopatki. O ich marnej wiedzy i ignorancji świadczy również fakt, że nieustannie przekręcają niektóre słowa, imiona i nazwiska. Mantrykora wg braci to mantykołak, a kapitana Barousse zapamiętali jako Bar Guz.

Celem życia dla braci jest wyprawa do Giptu (czyli Egiptu), gdzie wcześniej wybrał się ich przodek. Sądzą, że w kraju tym, a szczególnie w grobowcach (czyli piramidach), znajdują się nieprzebrane skarby, które będą mogli ukraść, a potem się na nich wzbogacić. Wyruszają więc w długą i bardzo niebezpieczną podróż. Ich śladem podąża hodowca rzepy - Heinrich, któremu Grossbartowie wymordowali całą rodzinę. Aby powiodły się jego plany zemsty, jest w stanie poświęcić nawet własną duszę.

Nie tylko realia przedstawione w powieści są głęboko osadzone w średniowieczu. Podoba mi się, że autor zadbał również o warstwę językową. Zarówno w dialogach, jak i na płaszczyźnie narracji zręcznie operuje archaizmami i zwrotami charakterystycznymi dla tej epoki, tak aby jednak nie przeszkadzały one w odbiorze całego utworu.

Czuję się zobowiązana do tego, by uprzedzić tych, którzy chcą się zapoznać z historią braci Grossbart, że krew leje się tu potężnymi strumieniami. Wszędzie można natknąć się na rozczłonkowane ciała i towarzyszące temu makabryczne i bardzo sugestywne opisy. Droga braci Grossbart do Giptu jest bardzo gęsto usłana trupami. Mój mąż tak posumował lekturę: "Masterton przy tym to pikuś". 

Zanim zaczniecie czytać książkę, pozbądźcie się wszelkich uprzedzeń, ponieważ razem z dobrym nastawieniem, otrzymacie niezwykłą, choć mroczną opowieść, a przy wszelkiego rodzaju dyskusjach naszych bohaterów (a właściwie antybohaterów), będziecie się po prostu dobrze bawić.

Moja ocena: 5,5/6


Wszystkie cytaty za: Bullington J. "Smutna historia braci Grossbart", MAG, 2012.


Za egzemplarz bardzo dziękuję Wydawnictwu MAG

sobota, 8 września 2012

"Otchłań zła" Maxime Chattam



Autor: Maxime Chattam
Tytuł: Otchłań zła
Wydawnictwo: Sonia Draga, 2012 (wyd. IV)
Ilość stron: 543


Poemat Dantego i... katalogi sprzedaży wysyłkowej - co je ze sobą łączy? Czy jest w ogóle możliwe, by po śmierci morderca kontynuował swe makabryczne dzieło? I najważniejsze pytanie: dlaczego to robi?  

Juliette Lafayette, młoda studentka psychologii, ma niebywałe szczęście. Kiedy zostaje porwana przez seryjnego mordercę, wydaje się, że nie wyjdzie żywa z tej opresji. A jednak. W ostatniej chwili na ratunek przybywa inspektor Joshua Brolin, który zabija porywacza. I tu mogłaby zakończyć się ta historia, lecz po pierwsze jest to dopiero początek powieści, a po drugie rok później zostają odnalezione zwłoki młodej kobiety, a zadane na jej ciele rany sugerują te same metody okaleczania, jakimi posługiwał się psychopatyczny morderca, który według wszelkich prawideł powinien leżeć w grobie na cmentarzu. Czy mamy więc tu do czynienia ze zmartwychwstaniem? A może robi to ktoś inny? Ktoś na tyle zafascynowany dziełem swojego "mistrza", by spróbować mu dorównać lub nawet prześcignąć go w swoich "osiągnięciach". Domysłów można snuć wiele, lecz pojawia się jeden istotny problem. DNA należące do mordercy, który przed rokiem omal nie zabił Juliette. Dowód ten zostawiony został na niedopałku papierosa przez człowieka, który uciekł z policyjnej zasadzki. Nie ma wątpliwości, że mężczyzna nie wykazywał żadnych oznak rozkładu, a z duchem miał tyle wspólnego, co nic. Może tylko to, że podczas obławy nagle ulotnił się jak kamfora, pozostawiając na placu boju ogłupiałych policjantów. Ale nie martwcie się, i na to znajdzie się racjonalne wytłumaczenie. Tylko... kto to był???

Już od pierwszych stron Maxime Chattam stara się nas zaintrygować fabułą. I rzeczywiście chwytliwy początek doskonale spełnia swą rolę. Mamy ochotę na więcej. Jak na dobry thriller przystało po drodze co rusz natrafiamy na zaskakujące zwroty akcji, natomiast dawkowane przez autora napięcie przypomina w pewnym sensie sinusoidę, raz winduje nam emocje do granic możliwości, by za chwilę nieco stonować, zwolnić (trochę zanudzić), a potem znów przyspieszyć.

To, na co najbardziej zwróciłam uwagę podczas czytania "Otchłani zła", to niezwykła dbałość o wszelkie szczegóły dotyczące przebiegu śledztwa (takie swoiste kompendium wiedzy), czy to dotyczy profilowania psychologicznego, przebiegu sekcji zwłok, czy opisu kolejnych etapów rozkładu zwłok. Autor w pewnych momentach wchodził tak głęboko w szczegóły, że nachodziły mnie (być może trochę krzywdzące dla autora) myśli, że Chattam na siłę chce nam udowodnić, jak bogatą wiedzę na te tematy posiada. I byłoby wszystko w porządku, gdyby nie chwycił tych wszystkich srok za ogon, męcząc nas praktycznie na każdym etapie śledztwa przydługimi opisami. Z drugiej jednak strony dla szczególnie dociekliwych czytelników kryminałów i thrillerów, których właśnie interesują tak drobiazgowo przedstawione fakty, może stanowić to nie lada gratkę. 

Obok tych wszystkich psychologicznych i medycznych analiz mamy na szczęście kilka zaskakujących ciekawostek. Np. czy wiecie ile człowiek potrzebuje czasu, by policzyć od zera do miliarda? Dwa dni, miesiąc, rok? Ja już wiem, ale nie powiem. Craig Nova, policyjny ekspert od drobin Wam to wyjaśni :)
 
Pomagająca w śledztwie studentka Juliette Lafayette i profiler kryminalny Joshua Brolin nie stanowią jakoś szczególnie wyróżniającej się pary na tle duetów, które znamy z innych książek o podobnej tematyce. Oboje są młodzi, piękni i jak to zwykle bywa mają się ku sobie. Autor bardzo chciał, żeby wzajemna fascynacja (która wiadomo czym się skończy) nie była tak oczywista, przedłużając w nieskończoność ich miłosne cierpienia, ale chyba już rzadko który czytelnik daje się tak łatwo zwieść. Mimo swej przewidywalności, wątek ten nie był jednak aż tak nudny, by wpłynęło to jakoś znacząco na odbiór całej fabuły.  

Zdania na temat tej książki są bardzo podzielone. Jedni się nią zachwycają, drudzy mieszają z błotem. Ja ze swoją opinią ustawię się gdzieś pośrodku. Nie jestem jakoś szczególnie zachwycona (choć z początku wydawało się, że będzie zupełnie inaczej), ale zawiedziona też nie. I chętnie sięgnę po dwie kolejne części trylogii, do której należy "Otchłań zła".

Po odpowiedzi na wszystkie postawione tu pytania oczywiście odsyłam do lektury.

Moja ocena: 4/6

wtorek, 28 sierpnia 2012

"Chemia śmierci" Simon Beckett




Autor: Simon Beckett
Tytuł: Chemia śmierci
Wydawnictwo: Amber, 2011
Ilość stron: 384


"Już martwe ciało staje się stołem biesiadnym dla innych organizmów. Najpierw dla bakterii, potem dla owadów. Dla much". Muchy i larwy... Kto mógł przypuszczać, że te małe, niepozorne zwierzątka mogą odgrywać tak istotną rolę w ludzkim dramacie. Zazwyczaj, w przypadku much, ignorujemy je lub polujemy z żądzą zemsty za to, że przeszkadzają, a najczęściej przedmiotem zbrodni jest zwykła gazeta. Kiedy widzimy larwy, przeważnie odwracamy z obrzydzeniem wzrok. A tymczasem to właśnie one są kluczem do rozwiązania zagadki śmierci...

Manham to spokojna mieścina niczym nie różniąca się od innych mniejszych miejscowości. Jest idealną przystanią dla ludzi szukających równowagi po traumatycznych przeżyciach. Dla osób mieszkających w większych aglomeracjach może kojarzyć się z bezpieczną kryjówką przed brutalnością współczesnego świata. Chciałoby się powiedzieć - sama sielskość i anielskość. Nic bardziej mylnego...

David Hunter przeprowadził się do Manham w nadziei, że tu znajdzie schronienie przed bolesną przeszłością. W nieszczęśliwym wypadku stracił ukochaną żonę i córeczkę. Przyjął posadę miejscowego lekarza, choć tak naprawdę był świetnym specjalistą w innym zawodzie - antropologa sądowego. Kiedy na mokradłach zostają znalezione zmasakrowane zwłoki kobiety, zrozumiał, że nie uda mu się tak całkowicie odciąć od tego, co kiedyś robił. O pomoc w identyfikacji zwłok zgłasza się do Huntera inspektor Mackenzie. Początkowo lekarz stawia opór, lecz powoli zaczyna być coraz bardziej wciągany w mechanizmy prowadzonego śledztwa. Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że trupów przybywa coraz więcej...

Miasteczko opanowuje strach. Mieszkańcy zwracają się przeciwko sobie, gdyż mają świadomość, że morderca jest jednym z nich. W pewnym momencie poczułam się, jakby akcja przeniosła się w mroczne średniowiecze. Gdy tylko padnie na kogoś choćby cień podejrzenia, przypomina to polowanie na czarownice. Winny czy nie, ludzie chcą śmierci nieszczęśnika w myśl zasady ząb za ząb, krew za krew, choćby miało nawet dojść do samosądu. Na czele tego "pochodu" niczym sędzia stoi pastor Scarsdale, który zamiast uspokajać ludzi, jeszcze ich podburza. W rzeczywistości chodzi mu tylko o to, by zrobić wokół swojej osoby jak najwięcej szumu. Chce zwrócić na siebie uwagę, przyciągając w ten sposób wiernych do coraz bardziej opustoszałego kościoła.

To przede wszystkim duszna, przesycona strachem i wrogością atmosfera Manham przeraża bardziej niż czyny samego mordercy. Wystarczy uruchomić wyobraźnię i samemu postawić siebie w takiej sytuacji. Jesteś otoczony ludźmi, którzy na co dzień uśmiechają się do ciebie, witają się, czasem zapytają, co słychać. Wydaje się, że przebywając długie lata w ich otoczeniu, znasz każdego mieszkańca od podszewki, a oni znają ciebie. W jednej chwili mogą zmienić się w podejrzliwy, a nawet groźny i niebezpieczny tłum. Przyjaciele traktują cię jak wroga, bo nie ma dla nikogo taryfy ulgowej, każdy jest podejrzany. Wyłapią każdy twój fałszywy ruch...

 "Chemia śmierci" stanowi ciekawe połączenie kryminału z thrillerem. Narratorem jest sam bohater, David Hunter. Niestety, mniej więcej w połowie treści udało mi się rozgryźć, kto był mordercą, jednak nie na podstawie wskazówek, tylko dzięki intuicji. Fabuła książki z pewnością trzyma w napięciu, praktycznie do samego końca nie otrzymujemy żadnych jasnych przesłanek, kto może być winny śmierci tylu osób. Właściwie przez większość czasu jesteśmy świadkami długotrwałych prób identyfikacji ofiar (szczególnie tej pierwszej) i wyznaczania godziny ich śmierci. Największym atutem powieści jest bardzo szczegółowy opis procesów zachodzących podczas rozkładu ciała ludzkiego, owego "procesu alchemii na wspak".

Polecam książkę nie tylko dlatego, że jest ona dobrym kryminałem. Stanowi również ciekawą lekcję poglądową na to, co dzieje się z organizmem po tym, jak już wyda z siebie ostatnie tchnienie...


Moja ocena: 5,5/6

wtorek, 21 sierpnia 2012

"Dajcie mi jednego z was" Jacek Getner




Autor: Jacek Getner
Tytuł: Dajcie mi jednego z was
Wydawnictwo: Najlepszy Seler, 2005
Ilość stron: 164


Kiedy pierwszy raz zobaczyłam tę jakże mroczną okładkę książki "Dajcie mi jednego z was", pomyślałam, że będzie to coś mocnego, coś co idealnie wpasuje się w mój czytelniczy gust. Rysunek nie pozostawia żadnych wątpliwości co do tematyki utworu. Nastawiłam się zatem na coś bardzo konkretnego - na dobry thriller. Czy to właśnie otrzymałam? O tym za chwilę...

Jest chłodny i deszczowy październikowy dzień. Wszystko idzie utartym rytmem dnia. Nic nie wskazuje na to, że może coś się zmienić, coś co może wywrócić życie do góry nogami. A jednak... Czwórka mężczyzn znika bez śladu. Co się z nimi stało?

Kapral, Przystojniak, Prorok i Szczęściarz budzą się w ciemnej, ciasnej celi. Nie potrafią zrozumieć, dlaczego tu są. Czyżby jakiś żart? Są zdezorientowani i zaniepokojeni. Nie muszą się zbyt długo zastanawiać nad swoim położeniem. Wszystko im wyjaśnia Głos: "Witam panów w podziemnym królestwie sprawiedliwości, gdzie, jako jedni z nielicznych, będziecie mogli uczestniczyć za życia w czymś w rodzaju Sądu Ostatecznego. Zwycięzca wygra wycieczkę na lepszy ze światów, przegrani wrócą do ziemskiego piekła" (str. 34). Po tym dość enigmatycznym powitaniu następuje przedstawienie wszystkich osób dramatu. Kapral - to były komandos, który w pewnym momencie został zdegradowany do wychowawcy poborowych, w chwili obecnej emeryt. Przystojniak z kolei to typowy łamacz niewieścich serc, łasy na ich wdzięki i pieniądze. Prorok to dawny przywódca sekty Ostatecznego Szczęścia, uciekający przed swoimi dawnymi wyznawcami. Ten, którego obdarzono przydomkiem "Szczęściarz", to nieprzyzwoicie bogaty przedsiębiorca. Co łączy tych mężczyzn? Okazuje się, że każdy z nich ma coś poważnego na sumieniu. Coś, co według Głosu zasługuje na karę. Karę śmierci.

Ta dość niepozorna objętościowo książka, posiada wszystko to, co trzeba. Świetnie zrealizowany pomysł na fabułę, pogłębiony psychologizm postaci (to mający spore znaczenie czynnik, zważając na sytuację, w której znaleźli się bohaterowie) i zupełnie zaskakujące zakończenie. Więc mogę stwierdzić, że dostałam to, co chciałam. Oprócz jednego. Zauważyłam, że większość recenzentów książki zwróciła uwagę na jakość redakcji tekstu. Żaden szanujący się korektor językowy nie przepuściłby tak nieprzyzwoitej ilości błędów! Niestety, jestem jedną z tych osób (może dlatego, że jestem wzrokowcem), która bardzo na to zwraca uwagę. Powiem szczerze - przeszkadzało mi to w odbiorze treści i co rusz wybijało z rytmu. Starałam się jednak, by nie wpłynęło to na ostateczną ocenę książki.

Wiem, że "Dajcie mi jednego z was" wielu czytelników porównuje z filmami typu "Piła". Ilu z Was skojarzyło jednak fabułę z Big Brotherem? Zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku mamy uczestników odciętych od świata, którzy stają do walki o wielką stawkę.  Albo chodzi o górę pieniędzy, albo o zachowanie życia. Z kolei Głos jest w mojej wyobraźni głosem Wielkiego Brata...

Nie sposób przeoczyć pewnego przesłania płynącego z tej historii. Autor wyraźnie podkreśla znaczenie "czterech najgroźniejszych żywiołów współczesnego świata". Bogactwo, brak moralności, fałszywa wiara, bezrozumna siła - to one są źródłem zła. Wyrządzają krzywdę niejednemu człowiekowi, a tym, który właśnie tego doświadczył, jest Głos. Ale czy przypadkiem nie jest tak, że poczucie krzywdy nie wyzwala kolejnego "żywiołu" - pragnienia zemsty?

Pomijając wspomniane wcześniej niedogodności językowe, książkę czyta się bardzo szybko. Ten, kto sięgnie po tę lekturę, niech się nastawi na sporą dawkę emocji.

Moja ocena: 5/6




Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję autorowi, Jackowi Getnerowi.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

"Pamiętam cię" Yrsa Sigurđardóttir




Autor: Yrsa Sigurđardóttir
Tytuł: Pamiętam cię
Wydawnictwo: MUZA SA, 2012
Ilość stron: 318


Co zrobić, by jak najlepiej oddać w powieści atmosferę grozy? Najprościej będzie wysłać bohaterów do opuszczonego, bardzo starego domu, następnie odciąć ich od świata i pozwolić im na to, by powoli doprowadzał ich do zawału serca jakiś niespokojny duch zabłąkany między światem żywych i umarłych... Oczywiście śmierć tej nieszczęśliwej duszy powinna wiązać się z niewyobrażalną tragedią.

Brzmi to jak scenariusz z podrzędnego hollywoodzkiego filmu grozy? Być może. Z reguły horrory o duchach skonstruowane są na bardzo podobnych zasadach. Nie inaczej jest z fabułą "Pamiętam cię", ale... niech Was nie zmyli ten wstęp, bo Yrsa dała nam do rąk pierwszorzędny horror, najlepszy jaki do tej pory (moim zdaniem oczywiście) wyszedł spod pióra kobiety. Miłościwie nam panujący od lat król gatunku Stephen King doczekał się wreszcie swojej królowej.

Kanwę powieści stanowią dwa równolegle prowadzone wątki. Jeden z nich dotyczy trójki przyjaciół - Katrin, Gardara i Lif. Kiedy ich poznajemy, są właśnie w drodze do opuszczonej islandzkiej wioski Hesteyri. Tam znajduje się dom o "uroczej" i jakże znaczącej nazwie "Ostatni Widok", który chcą wyremontować, by zrobić z niego pensjonat. Zakładają, że uda im się wykonać plan w tydzień. Przekonanie, że znajdują się na pustkowiu zupełnie sami, zostaje bardzo szybko zweryfikowane. Już od samego początku bohaterowie czują czyjąś obecność, a pewne wydarzenia wymykają się poza granice racjonalnego wytłumaczenia. Zaczyna się walka o przetrwanie...

Drugi wątek można w większym stopniu potraktować jako kryminalny. W miejscowości Isafjördur ktoś zdemolował przedszkole, natomiast na ścianie napisał kredkami świecowymi słowo "nieczysty". Sprawą zajmuje się policjantka Dagny, a pomaga jej w tym lekarz - psychiatra Freyr. Okazuje się, że to nie pierwsza tego typu sprawa. Ponad 50 lat wcześniej podobna sytuacja wywołała konsternację wśród miejscowej policji. Pochodzenia zagadkowych napisów nigdy nie udało się wyjaśnić. Ponadto z osobą lekarza wiążę się jeszcze jedna historia. W niewyjaśnionych okolicznościach znika kilkuletni synek Freyra - Benni, a szeroko zakrojone poszukiwania nie przynoszą żadnego efektu. Okazuje się, że obie te sprawy, czyli zaginięcie chłopca i akty wandalizmu, mają ze sobą coś wspólnego... 

Nie chcę tu zbytnio wdawać się w szczegóły, by nie uszczknąć Wam zbyt wiele z przyjemności  wgłębiania się w tę niesamowitą fabułę. Jako jedyną odpowiednią porę do czytania "Pamiętam cię" uznaję głęboką, spokojną noc. Wtedy to można prawdziwie wczuć się w klimat i tematykę utworu. Ostrzegam, przy okazji można nabawić się nyktofobii, czyli lęku przed ciemnością, ponieważ większość scen rozgrywa się o zmierzchu lub właśnie w całkowitych ciemnościach.

Podczas czytania książki towarzyszą nam coraz większe emocje, ponieważ budująca napięcie świetnie skonstruowana intryga okraszona jest mistrzowskim suspensem. Nie sposób jest oderwać się od lektury. 

O "Pamiętam cię" wyrażam się w samych superlatywach, ale nie potrafię inaczej. Książka idealnie trafia w mój gust. Mam świadomość tego, że autorka posłużyła się dość wyświechtanym pomysłem, ale liczę, że to nie zniechęci Was do lektury i pozwolicie sobie na spory dreszczyk emocji. 

I miejcie się na baczności! Kto wie, co czai się w ciemnościach. Być może pewnego dnia zbudzi Was skrzypienie podłogi lub zaniepokoi pies wpatrujący się w coś, czego nie widzimy...

Moja ocena: 6/6

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

"Zanim zasnę" S.J. Watson



Autor: S. J. Watson
Tytuł: Zanim zasnę
Wydawnictwo: Sonia Draga, 2012
Ilość stron: 407


Zanim zasnę...

Zanim zasnę robię rachunek dnia i sumienia. Co zrobiłam, a czego nie zdążyłam zrobić. Najczęściej jednak planuję przyszły dzień. Jak każdy z nas. Zastanawiam się, co zrobić na obiad, gdzie pójść z dzieckiem na spacer, czy jutro spotkam się z przyjaciółką, jaka będzie pogoda... Banał. Często wałkuje mi się w głowie myśl, że nie mogę zapomnieć o kupieniu czegoś, zamówieniu wizyty u lekarza, o ważnej rozmowie z mężem itp. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, by pamiętać o tym, kim jestem... Nie myślę o tym, że sen może zabrać mi tożsamość i moją przeszłość.

Amnezja...

Budzę się i nie pamiętam... Gdzie ja jestem? Kim jest ten stary facet, który śpi koło mnie w łóżku? Boże, co się dzieje? Dlaczego w lustrze widzę twarz usianą zmarszczkami, skoro nie mam jeszcze nawet dwudziestu lat??? To jakiś obłęd! Mężczyzna też budzi się i mówi, że jest moim mężem. Jak to? Tłumaczy mi, że miałam poważny wypadek. Od tego dnia sen zabiera mi każde, nawet najmniejsze wspomnienie...

Zanim zasnę...

Chcę pamiętać!!! Chcę pamiętać!! Chcę pamiętać...





To brzmi jak jakiś koszmar. Próbując wczuć się w sytuację głównej bohaterki powieści Christine Lucas, czuję tylko wewnętrzny niepokój. Czterdziestosiedmioletnia Christine cierpi na pourazową amnezję. Każdy dzień z jej życia jest walką o odzyskanie przeszłości i siebie samej. Pomaga jej w tym doktor Nash, który wpada na pomysł, by poprowadziła pamiętnik. Miała w nim zapisywać wszystko, co uważała za istotne. Christine codziennie czyta go od nowa, zanim robi nowe wpisy. Tylko dlaczego na pierwszej stronie widnieje napis "nie ufać Benowi"? Ben to jej mąż, który z wielkim oddaniem opiekuje się nią. Co takiego zrobił, że nie można mu ufać? I dlaczego kłamie?

"Zanim zasnę" to thriller psychologiczny, który trzyma w napięciu praktycznie od początku do samego końca. Co rusz jesteśmy wciągani w gwałtowne i niespodziewane przebłyski pamięci Christine. Klimat powieści jest niesamowity, choćby z tego względu, że patrzymy na wszystko oczami osoby chorej na amnezję. Mamy tu jakąś tajemnicę, ale ona krąży tylko gdzieś koło nas, jest nieuchwytna. Zakończenie jest... no właśnie jakie? Pozostawię Was w niepewności. Sami się przekonajcie...

...zanim zaśniecie...




Moja ocena: 6/6