Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 maja 2016

"Bez słów" Mia Sheridan





Autor: Mia Sheridan
Tytuł: Bez słów
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2016
Ilość stron: 384



Każdy z nas ma jakąś przeszłość. Dla jednych wiązała się ona z możliwością wspaniałego rozwoju, dla innych była czasem, który narzucił wiele problemów i trudności, ale za każdym razem dawał również szansę, by jakoś się pozbierać i ruszyć naprzód. Są również tacy ludzie, którzy poza swoją przeszłością, nie mają nic. Archer Hale jest jednym z nich.  

To, co się wydarzyło, gdy miał zaledwie siedem lat, sprawiło, że jego tzw. normalne życie obróciło się w pył, a wydany krzyk, który zamarł na jego ustach, nigdy nie wybrzmi do samego do końca. W niewytłumaczalny sposób chwila ta sprawiła również, że zniknął on ze świadomości mieszkańców miasteczka, którzy próbowali zapomnieć o tragedii. Niby widoczny, a jednak niewidzialny, wtopiony w tło, z góry osądzony, odtrącony. Tak było wygodnie dla wszystkich, dla samego Archera również. Choć zarośnięty, zaniedbany, to wciąż jednak młody, przystojny mężczyzna, więc ktoś w końcu musiał się znaleźć, przez kogo zostanie dostrzeżony. Tym "odkrywcą" stała się Bree, która za nawarstwionymi przez lata pokładami niedostępności, starała się dostrzec kogoś więcej niż tylko miejscowego dziwaka. Tylko ona chciała usłyszeć jego niemy głos, by nadać mu znaczenie, a przede wszystkim sprawić, żeby sam Archer w jego znaczenie uwierzył.   

Czy powieść ta wzrusza? Jestem pewna, że każdy czytelnik znajdzie w niej coś, co go poruszy, co sprawi, że jeśli łzy same nie popłyną, to przynajmniej na chwilę wytrąci go z czytelniczego komfortu. Najpiękniejszą chwilą dla mnie z całej powieści był moment, kiedy bohaterowie zaczęli posługiwać się językiem migowym. Mam świadomość, że na świecie istnieje wielu ludzi, którzy tylko w ten sposób mogą porozumiewać się ze światem. Język migowy w moich oczach był jednak czymś, co wiązało się z pewną koniecznością, lecz dzięki powieści Mii Sheridan nabrał on zupełnie innego wymiaru.

"Zamrugałam i odparłam na migi: Jeśli nie masz nic przeciwko, chciałabym używać twojego języka" (str. 95).   

To nie Archer musiał się starać wyjść poza ramy swoich możliwości, by znaleźć się w rzeczywistości, gdzie mniej lub bardziej ważne wypowiedziane słowa są podstawą międzyludzkich interakcji. Bree zrobiła coś wspaniałego. Zamiast dźwięku wybrała ciszę, zamiast ust wprawiła w ruch ręce, które potrafią powiedzieć wszystko. Tym samym stworzyła niezwykle intymną relację, dostępną tylko dla nich obojga. Gdyby nawet stali w sali wypełnionej po brzegi ludźmi, ich słów nikt nie usłyszy, nikt nie zrozumie. Mają swój własny język, tym piękniejszy, że jest on zarazem językiem miłości.

Mia Sheridan w swojej powieści porusza wiele istotnych kwestii. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście temat zakresu tolerancji wśród mieszkańców miasteczka na ludzkie ułomności. Dość szybko wysnuli wniosek, jak się okazało fałszywy, że Archer po wypadku stał się głuchoniemy, więc nie próbowali nawet nawiązywać z nim kontaktu, nie starali się zrozumieć jego katastrofalnej sytuacji. Przypięli mu odpowiednią łatkę i zajęli się swoim życiem. Bree, jako osoba przyjezdna, nie znając zupełnie Archera i jego przeszłości, miała możliwość przyjrzeć się mu z zupełnie innej perspektywy. To, co dostrzegła, bardzo odbiegało od wytworzonego stereotypu, postanowiła więc wydobyć na powierzchnię to, co do tej pory było zupełnie niedostrzegalne. Z pewnością otworzyła ludziom oczy na prawdę, ale czy poruszyła również ich sumienia?     

"Bez słów" to nieco przesłodzona, przesycona erotyzmem bajka dla dorosłych. Jako że jest to powieść New Adult, które rządzi się swoimi prawami, rozumiem to i akceptuję. Z pewnością powieść ta ma wszelkie możliwe predyspozycje, by uwieść wielu czytelników. Mnie uwiodła tym, że pozwoliła mi spojrzeć w zupełnie nieoczekiwany sposób na język migowy. Bardzo dziękuję za to autorce. Spragnione dotyku ukochanej osoby ciało, subtelny szept prosto do ucha i nieme słowa, które wyrażają tak wiele... Nie wyobrażam sobie nic bardziej intymnego.    


Moja ocena: 4,5/6 


środa, 4 maja 2016

"Nie posiadamy się ze szczęścia" Karen Joy Fowler




Autor: Karen Joy Fowler
Tytuł: Nie posiadamy się ze szczęścia
Wydawnictwo: Poradnia K, 2016
Ilość stron: 344


Rodzina Rosemary na pierwszy rzut oka wygląda zupełnie zwyczajnie. Mama, tata, córka. Drugi rzut oka pokazuje nieco więcej. Coś tu się nie zgadza, bo kogoś brakuje. Okazuje się, że Rosemary ma brata, który wiele lat temu po prostu zniknął, przepadł gdzieś na dobre. Kiedy poszperamy znacznie głębiej, odkryjemy, że główna bohaterka ma także siostrę Fern, niemalże rówieśniczkę, która również... zniknęła, i to znacznie wcześniej niż brat. Żeby było jeszcze ciekawiej (albo dziwniej), siostra tak naprawdę nie jest siostrą, brat nie kocha swej prawdziwej siostry tak, jak tę nieprawdziwą, Fern ani trochę nie przypomina Rosemary, Rosemary ani trochę nie jest podobna do Fern, choć obie zachowują się tak, jakby były bliźniaczkami. I tego również od nich wymaga rodzina, bo ta na pozór zupełnie zwyczajna rodzina, nie ma nic wspólnego z normalnością, a nieco pikanterii tej całej sytuacji dodaje fakt, że tak naprawdę wszystko jest jednym wielkim eksperymentem. A to dopiero środek historii.   

Początek i zakończenie poznajemy z czasem i to tyle tylko, na ile pozwala nam się w nią zagłębić Rosemary. To ona jest narratorem powieści, a zwracając się bezpośrednio do czytelników, skraca dystans do niezbędnego minimum. Brak ciągłości czasowej we wspomnieniach bohaterki sprawia, że poznajemy wydarzenia trochę z przeszłości, trochę z teraźniejszości, a wszystko wydaje się opowieścią kobiety, która spotkała się z nami osobiście, by opowiedzieć wszystko, co ją do tej pory spotkało. I ma to swój niezwykły sens, bo powieść "Nie posiadamy się ze szczęścia" sprawia wrażenie, że bohaterka istniała naprawdę, a historia bardzo sugestywnie przez nią opowiedziana zdarzyła się w rzeczywistości. I choć jest to jednak fikcja literacka, autorka oparła swoją powieść na wydarzeniach, które naprawdę miały i mają do tej pory miejsce. Niestety.

Temat poruszony przez autorkę jest trudny. Sposób, w jaki człowiek radzi sobie ze stratą i ogromną tęsknotą, determinuje całe jego życie. Jedni walczą z całych sił, by odzyskać to, co utracone, buntują się przeciw zastanej rzeczywistości, inni wybierają ucieczkę, w głąb siebie i... byle jak najdalej od domu. Milczenie staje się prawdziwym skarbem, niepamięć wybawieniem, ale jak się okazuje, taki błogostan nie trwa wiecznie, a nawet staje się utrapieniem. Sekrety tylko na jakiś czas dają się oswoić, z czasem zaczyna dochodzić do głosu ich dzika natura i próbują walczyć z tym, kto chce na siłę trzymać je na uwięzi. Tym trudniejsze zadanie stoi przed tym, kto próbuje okiełznać swoją częściowo zwierzęcą naturę, a Rosemary niewątpliwie taką posiada.

Staram się bardzo, by nie wyjawić zbyt wielu szczegółów, gdyż mogłabym pozbawić Was wpisanego w tę historię elementu zaskoczenia. Jeśli jeszcze do tej pory nie dotarliście do informacji, które zdradzają zbyt wiele z fabuły, polecam tego nie robić i od razu sięgnąć po książkę. Wziąwszy natomiast pod uwagę tematykę utworu, oczekiwać można, że czytelnik poczuje się przytłoczony negatywnymi emocjami, jednak język powieści nie jest pozbawiony pewnej lekkości, a nawet poczucia humoru i ironii. 

Przeszłość Rosemary jest niezwykle interesująca. Naprawdę warto zagłębić się w nią, poszukać przyczyn nieszczęścia i rozpadu całej rodziny, zrozumieć, kto jest kim w lustrzanym odbiciu, i kto tak naprawdę kogo i czego nauczył.     


Moja ocena: 5/6

niedziela, 11 stycznia 2015

"Kochając syna" Lisa Genova




Autor: Lisa Genova
Tytuł: Kochając syna
Wydawnictwo: Filia, 2014
Ilość stron: 440


Miłość bezwarunkowa - pojęcie znane, może nawet często używane w kontekście wyrażania swoich uczuć w stosunku do bliskiej nam osoby, najczęściej dziecka. Każdy dzień dostarcza nam wiele sytuacji, w których możemy ujrzeć bezgraniczną miłość w oczach matki spoglądającej na swoje maleństwo, które właśnie przyszło na świat. Pierwszy uśmiech dziecka, pierwsze słowo "mama" czy "tata" rekompensują wszelkie trudy rodzicielstwa. Zapominamy o wszelkich problemach, gdy na ustach syna czy córki pierwszy raz wykwitną najpiękniejsze słowa świata "kocham cię, mamo!", "kocham cię, tato!". Czy będziemy bezustannie analizować przewinienie swojej pociechy, kiedy tylko przyjdzie i powie "przepraszam"? Widząc skruchę w oczach małego delikwenta, zapewne wyciągamy ręce, by go przytulić, pocieszyć. Takich przykładów mogę mnożyć w nieskończoność. Każda rodzina, choć może posiadać na swoim koncie mnóstwo wzlotów i upadków, ma jednak wiele okazji ku temu, by w swojej pamięci kolekcjonować piękne, nierzadko wzruszające chwile. Kiedy jednak w domu pojawia się autystyczne dziecko, sytuacja przedstawia się nieco inaczej. 

W powieści "Kochając syna" mamy dwie bohaterki i dwie historie, które tylko z pozoru nic ze sobą nie łączy. Olivia próbuje uporać się ze stratą syna, Beth ze zdradą męża i zawiedzionymi uczuciami. Jedna z nich poszukuje odpowiedzi na pytanie, jaki był sens istnienia jej autystycznego syna, Anthony'ego, druga stara się odnaleźć w całkowicie nowej sytuacji - zdradzonej, opuszczonej kobiety. Choć trudno dostrzec tu jakiś wspólny mianownik dla obu historii, to jednak los sprawił, że drogi Olivii i Beth się zeszły, a dla każdej z nich to spotkanie miało niebagatelne znaczenie. Jednak kluczową rolę odgrywa w powieści Anthony. Genova pozwoliła nam niejako zajrzeć w jego wnętrze, poznajemy jego myśli, poznajemy najmniejszy szczegół topografii stworzonego przezeń świata. A świat ten jest doprawdy fascynujący! Autorka w ten sposób jednoznacznie obala mit, który zakłada, że autyzm jest równoznaczny z cierpieniem dziecka. Anthony czuje się bezpiecznie, ma wszystko, czego do szczęścia potrzebuje, a gwarantem wszystkiego co dobre jest niezmienność.
"Niezmienność sprawia, że czuję się dobrze.
Niezmienność sprawia, że czuję się bezpiecznie.
Niezmiennie" (326)  

Dla wielu rodziców posiadanie dziecka dotkniętego autyzmem jest ogromnym wyzwaniem. Pierwsze zauważalne symptomy wywołują niepokój, natomiast postawiona diagnoza wywraca życie do góry nogami. Niejednokrotnie pojawiają się pytania: dlaczego to nas spotkało, dlaczego nasze dziecko? Zapewne dla wielu ludzi oznacza to dramat rodzinny, ale Genova swoją powieścią pokazuje nam, że autyzm nie jest stygmatem, który skazuje zarówno dziecko, jak i rodziców na cierpienie. Niepełnosprawność dziecka nie musi być przeszkodą w osiągnięciu rodzinnego szczęścia. Jednak sytuacja taka wymaga wielu warunków, które należy spełnić, począwszy od pełnej akceptacji choroby, na którą nie ma dobrego lekarstwa:
"Mamy pastylki na ból głowy, antydepresanty na smutek, Boga na problemy wierzących.
Na autyzm nie mamy nic" (204)
Kiedy chcemy przytulić swoje dziecko, oczekujemy, że ono ten uścisk odwzajemni. Kiedy chcemy pobawić się z dzieckiem, pragniemy, by ono wyrażało radość ze wspólnej zabawy. Kiedy chcemy nauczyć swoją pociechę, jak należy zachowywać się przy stole, egzekwujemy tę wiedzę za każdym razem, gdy jemy obiad. Kochamy swoje dzieci, to fakt niepodważalny, mimo wszystko czegoś od nich oczekujemy, coś dostajemy w zamian. Ale czy nie kocha się dziecka, które nigdy nie odwzajemni uścisku, pocałunku, czy może nawet spojrzenia? Dziecka, którego nie zobaczymy, jak sobie pięknie radzi w swoim pierwszym przedszkolnym przedstawieniu, nie przyniesie nam laurki na Dzień Matki, być może nigdy nie dowiemy się, co tak naprawdę dzieje się w jego głowie... Rodzic autystycznego dziecka kocha mimo wszystko, i to właśnie od niego możemy się nauczyć, czym tak naprawdę jest bezwarunkowa miłość.          

       

wtorek, 11 listopada 2014

Catherine Ryan Hyde - "Dzień, który zmienił wszystko"




Autor: Catherine Ryan Hyde
Tytuł: Dzień, który zmienił wszystko
Wydawnictwo: Jaguar, 2014
Ilość stron: 416



Bywają w życiu takie chwile, w których musimy podjąć niezwykle trudną decyzję - skłamać, by chronić uczucia bliskiej nam osoby, lub powiedzieć mu prawdę. Bolesną prawdę. Decydujemy zatem, czy ten człowiek ma żyć z wiedzą, która go może obciążyć psychicznie na długie lata (być może nawet do końca jego dni), czy zapewnić mu w miarę stabilną egzystencję w niewiedzy, ale... kłamstwo ma to do siebie, że lubi często wychodzić na jaw. Działając więc w dobrej wierze, możemy jednak spotkać się z gniewem, może nawet z nienawiścią i odrzuceniem. 

Przed takim wyborem los postawił kobietę, która pewnego październikowego dnia musiała przyjąć pod swoje skrzydła noworodka porzuconego w lesie na pewną śmierć. Nie miała innego wyjścia, bo tak zadecydowało za nią prawo, bowiem chodziło o jej wnuka. Maleńkie dziecko miało sporo szczęścia, że udało mu się przetrwać bardzo chłodną jesienną noc. Jednak to stanowiło tylko połowę sukcesu, druga zależała od przypadkowego spotkania noworodka z... psem. Zwierzę natychmiast wyczuło, że coś leży pod stertą liści koło drzewa, dając o tym znać swojemu właścicielowi, Nathanowi, myśliwemu, który tego poranka wybrał się na polowanie. W ten oto sposób życie, które miało tak szybko się zakończyć, dostało szansę na przetrwanie. No właśnie przetrwanie, ale czy na szczęśliwe zakończenie tej historii? 

Dziecko, które jest jeszcze zbyt małe, by cokolwiek zrozumieć, nie zadaje zbyt wiele pytań. Sytuacja mocno komplikuje się, gdy staje się starsze, chce więcej wiedzieć o sobie, o swoich rodzinnych korzeniach. Każdy z nas przecież potrzebuje takiej wiedzy, by zbudować swój własny świat na solidnych podstawach. Dorastający Nat zaczyna zauważać, że babcia nie mówi mu wszystkiego, przemilcza wiele spraw, zbywa go zdawkowymi informacjami. Kobieta podjęła decyzję, by nie mówić wnukowi prawdy o dramatycznych wydarzeniach, które miały miejsce w czasie, kiedy przyszedł na świat, ale jak już wspomniałam, kłamstwo nie lubi pozostawać w ukryciu i pewnego dnia Nat poznaje całą prawdę o sobie. Konsekwencje tego odkrycia są nieuniknione. Nat traci grunt pod nogami, co sprawia, że zaczyna sprawiać babci coraz większe problemy wychowawcze. Zdesperowana kobieta, nie radząc sobie zupełnie z buntowniczym nastolatkiem, oddaje go pod opiekę Nathanowi - "panu, który odnalazł go w lesie". Panu, który niegdyś z całych sił pragnął adoptować chłopca. Panu, któremu już od dawna doskwiera uczucie wewnętrznej pustki i samotności.       

Żałuję bardzo, że ta powieść nie jest bardziej rozbudowana. Zbyt szybko "przebiegłam" przez świat Nathana i jego podopiecznego. Było wiele takich chwil, gdzie zatrzymywałam się na dłużej, by zrozumieć motywację bohaterów, by wczuć się w ich emocje. Czuję niedosyt, bo takich "przystanków" było mi za mało. Chciałabym więcej obcować z mądrością życiową Nathana, posłuchać, co ma do powiedzenia, bo wiem, że jeszcze wiele ciekawego mógłby mi powiedzieć. Zaimponował mi wewnętrznym ciepłem, rozwagą, typowo męskim podejściem do wychowania - bez sentymentów, lecz wiele w tym zrozumienia i odpowiedniego wsparcia. Czy jednak Nat potrafił to zauważyć i docenić? Relacje między obojgiem od samego początku wymagały niebywałego poświęcenia i całych pokładów cierpliwości ze strony Nathana, co nie zawsze spotykało się ze zrozumieniem otoczenia.
- No to czemu? - spytał Roger (...). Skąd u ciebie to niesłychane poświęcenie?
- A czemu nie? - odpowiedział Nathan pytaniem. - Czy poza tym zrobiłem w życiu cokolwiek wyjątkowego? (str.159)
No to czemu? Może i sami zadamy sobie wiele razy to pytanie w trakcie lektury. Czy jednak w codziennym życiu również byśmy siebie o to zapytali? Czy uważamy, że naprawdę każdy człowiek zasługuje na tak wielkie poświęcenie?  

W pewnym sensie ta powieść rzuca nam wyzwanie i tylko od nas zależy, czy się go podejmiemy. Możemy w niej dostrzec pytania o wartości, które wyznajemy. Wolimy żyć w prawdzie, która może nas ranić, czy w błogiej nieświadomości? Czy umiemy powiedzieć komuś prawdę w oczy, czy wolimy krążyć jak najdalej od istotnych, ważnych, choć niewygodnych treści? Które zło mamy odwagę wybrać - mniejsze czy większe? 

Czy będąc w sytuacji Nathana, również bylibyśmy w stanie powiedzieć: "A czemu nie?".    


Ocena: 5,5/6





Wyzwania:
Czytam opasłe tomiska
Czytam literaturę amerykańską


środa, 22 października 2014

"Mroczny zakątek" Gillian Flynn




Autor: Gillian Flynn
Tytuł: Mroczny zakątek
Wydawnictwo: Znak, 2014
Ilość stron: 512




Libby Day - można ją polubić, ale tylko wtedy, gdy odsunie się na bok wszystkie swoje wewnętrzne uprzedzenia. Przyznaję, to dość karkołomne zadanie, wziąwszy pod uwagę jej cechy charakteru. Można by przypuszczać, że cała jej osobowość składa się tylko z większych i nieco mniejszych wad. Bohaterka trzyma się wizerunku ofiary, osoby skrzywdzonej przez los, tylko po to, by żerować na ludzkiej dobroci. Dzięki niej i datkom, które regularnie wpływały na konto, Libby zdołała przeżyć ponad dwadzieścia lat. Z czasem pamięć o masakrze, w której zginęły dwie siostry i matka Libby, zaczyna się jednak zacierać, a co za tym idzie, finansowe źródełko powoli zaczyna wysychać. Można powiedzieć, że Lyle Wirth, członek Klubu Kryminalnych Ciekawostek, pojawia się w najbardziej odpowiednim, z punktu widzenia bohaterki, momencie. Ma on dla niej propozycję, która wiąże się z łatwym i szybkim zarobkiem.
"Postanowiłam wziąć tyle, ile Lyle Wirth mi zaoferował, w przeciwnym razie musiałabym natychmiast zacząć szukać prawdziwej pracy, a nie miałam na to najmniejszej ochoty. Nie można na mnie polegać przez pięć dni w tygodniu" (s.31)  
Bez względu na to, co zmotywowało Libby do podjęcia takiej, a nie innej decyzji, sytuacja rozwinie się w kierunku, którego zupełnie nie przewidziała. Nie przypuszczała nawet, że sama, z własnej woli, zacznie zapuszczać się w tereny, przed którymi przez wiele lat tak bardzo się broniła, w swój własny "mroczny zakątek" złożony w całości ze wspomnień związanych z pewnym mroźnym, styczniowym dniem, kiedy to jej brat Ben Day dokonał rytualnego mordu na członkach swojej rodziny. Libby udało się ujść z życiem, ale czy rzeczywiście wszystkie wydarzenia przebiegły tak, jak to zapamiętała? W mrocznym zakątku chowają się tajemnice, które zaczynają siać w umyśle Libby ziarna niepewności. Co naprawdę zdarzyło się tamtego dnia i dlaczego?

Kiedy przyjrzymy się bliżej bohaterce, zauważymy, że jej niezwykle złożona osobowość składa się z kilku masek, jedna nałożona na drugą. Libby nie walczy o to, by ją polubić, nie zależy jej na tym. To, co z początku ją najbardziej charakteryzuje, to niechęć do podjęcia jakiegokolwiek działania. Kiedy się nieco przełamuje i postanawia dociec prawdy o śmierci swoich bliskich, okazuje się, że posiada cechy, które nawet przed nią samą były ukryte. Zmiany, które się w niej dokonują, nie są szczególnie spektakularne, ale to tylko sprawia, że jako postać jest bardziej wiarygodna. Całkowita metamorfoza na plus moim zdaniem negatywnie wpłynęłaby na jej wizerunek, gdyż złożoność jej osobowości jest dużo bardziej atrakcyjna. W tym względzie widać tu pewne podobieństwo do Lisbeth Salander, bohaterki trylogii "Millenium" Stiega Larssona, która notabene jest jedną z moich ulubionych postaci kobiecych w literaturze. Nie należy zapominać o tym, że bardzo mocnym fundamentem, na którym ukształtował się charakter Libby jest trauma z dzieciństwa. Który siedmiolatek, mający w pamięci zmasakrowane zwłoki matki i sióstr, przeszedłby z tym do porządku dziennego? Współczucie dla małego dziecka tak doświadczonego już przez los, jest naturalnym odruchem serca. Społeczeństwo jednoczy się, chce pomóc, wysyła pieniądze, otacza kokonem bezpieczeństwa, zapominając przy tym jednak, żeby to dziecko trzeba nauczyć życia w społeczeństwie. Libby wyrasta więc na osobę, która kompletnie nie radzi sobie z codziennością. Wymaga, nie dając nic od siebie, wyrządza krzywdę, jedynej osobie, która może jej pomóc. Życie Libby naznaczone jest więc przejmującą samotnością. 
"Wychowano mnie jak dzikuskę i tak mi zostało na zawsze" (s. 288)
Gillian Flynn nie skupiła się na nakreśleniu portretu psychologicznego tylko jednej postaci. Nie mniej ważną rolę odgrywa tu Ben Day, a więc mamy okazję poznać przebieg wydarzeń także z jego punktu widzenia. Osobowość Bena nie jest tak skomplikowana, jak jego siostry, ale i ona jest naznaczona wydarzeniami, które pozostawiły w emocjach bohatera wyraźny ślad. Czy to, czego doświadczył ten młody, wówczas piętnastoletni, chłopak (w tym podejrzenie o pedofilię) doprowadziło go do podjęcia tak ekstremalnej decyzji, jakim jest dokonanie morderstwa? Znaczący w tej sytuacji jest fakt, że ślady zbrodni noszą znamiona rytualnego mordu. Czas, w którym miało miejsce to zdarzenie, też nie jest bez znaczenia. Lata osiemdziesiąte nazywano okresem paniki satanistycznej. Panowało powszechne przekonanie, że nastolatek, który zaczyna się dziwnie zachowywać, zapewne został satanistą. (Ach, jak dobrze, że dziś na te rzeczy patrzy się nieco inaczej, ponieważ mogę w spokoju posłuchać Iron Maiden bez lęku o to, że zostanę posądzona o tajemnicze konszachty z Szatanem :) W powieści zespół Iron Maiden pojawił się właśnie w kontekście muzyki uwielbianej przez satanistów). Ben różnił się od swoich rówieśników. Cichy, spokojny chłopak, można powiedzieć - bez charakteru. Niewidzialny dla wielu, często stawał się obiektem drwin. Z pewnością był również podatny na negatywne wpływy środowiska, w którym przyszło mu się obracać. 

"Mroczny zakątek" to świetnie skonstruowany thriller psychologiczny. Niejednokrotnie ma się wrażenie, że cała ta powieść jest przesiąknięta mrokiem. Już sam tytuł i okładka jednoznacznie sugerują, jaki będzie klimat tej książki, a treść tylko to potwierdza. To, co w znacznej mierze może wywołać niepokój w czytelniku to motywy, jakimi kierują się ludzie, sięgający po broń, by pozbawić drugiego człowieka życia. Zakończenie całej tej historii z pewnością zaskakuje, bez wątpienia Gillian Flynn ma dar wyprowadzania czytelników na manowce, nic w jej książce nie jest oczywiste. I za to ją uwielbiam!


Moja ocena 6/6                           




Wyzwania: 
Czytam opasłe tomiska
Gra w kolory

niedziela, 21 września 2014

"Piąta fala" Rick Yancey




Autor: Rick Yancey
Tytuł: Piąta fala
Cykl: Piąta fala, tom 1
Wydawnictwo: Otwarte, 2013
Ilość stron: 508


"Tak jest od zawsze. Jesteśmy, a potem nas nie ma. Ważne jest nie to, ile mamy czasu, ale to, co z nim zrobimy".

Mogłabym dopatrywać się w "Piątej fali" podobieństw do osławionych "Igrzysk śmierci" (o czym wspomina wiele recenzujących tę powieść osób), ale tego nie zrobię. Zapewne mogłabym się też doszukiwać wspólnych mianowników z "Intruzem" czy też serią "Gone", ale tego też nie zrobię. I choćbym siedziała godzinami i rozbierała powieść Ricka Yancey'a na części pierwsze, nie ma sposobu, żebym się czegokolwiek w tym temacie dogrzebała. Nie dlatego, że jestem mało spostrzegawcza, ale z tej prostej przyczyny, że nie czytałam ani "Igrzysk śmierci", ani "Intruza", ani serii "Gone". Jakimś cudem to mnie ominęło, choć wcale się przed tym nie wzbraniałam. Mimo wszystko nie żałuję, bo bardzo przysłużyło się to "Piątej fali", choćby z tego powodu, że temat jest dla mnie jeszcze całkiem świeży, nie oklepany, jeszcze mało schematyczny. 

Niektórzy widzą jakieś analogie do "Drogi" Cormaca McCarthy'ego... Nie twierdzę, że ich nie ma, ale jeśli ktoś jest w stanie mnie oświecić i podać przykład, to byłabym wdzięczna. Możecie mi wierzyć, że to nie ironia przeze mnie przemawia, tylko czysta ciekawość. "Drogę" kocham miłością bezwarunkową (podkreślam to na każdym kroku, więc większość z Was już zapewne o tym wie), jest dla mnie arcydziełem w każdym calu, mocno zakotwiczonym w moich myślach i emocjach, ale w żaden sposób nie skojarzyłam akurat tego utworu z "Piątą falą". Możliwe, że chodzi o postapokaliptyczną wizję świata, ale to dla mnie zdecydowanie za mało.

Jak już wspomniałam, nie czuję się kompetentna, by doszukiwać się podobieństw "Piątej fali" czy to do innej książki, czy to do filmu, dlatego robić tego nie będę. 

Ludzkość od wieków zadaje sobie pytanie, czy jesteśmy sami we wszechświecie. Sondujemy kosmos w nadziei, że znajdziemy chociaż ślad życia na innej planecie. Pytanie tylko, po co? Czyżbyśmy aż tak czuli się samotni jako ta maleńka plamka, zaledwie pyłek zrządzeniem losu umieszczony gdzieś wśród miliardów innych planet i gwiazd składających się na naszą galaktykę? A może nasze poczucie samotności jest tym bardziej dojmujące, gdy rozszerzymy pojmowanie bytu do całego wszechświata, w którym to właśnie galaktyka staje się ledwie mikroskopijną cząsteczką. I być może rzeczywiście kiedyś znajdziemy to, czego szukamy. A może jednak ktoś szybciej znajdzie nas. I wtedy będziemy tego żałować...

"Przybysze wcale nie są głupi. W porównaniu z nimi jesteśmy jak najmądrzejszy pies przy najgłupszym człowieku, tak bardzo są zaawansowani. Nie mamy jak z nimi rywalizować".     

Obcy znaleźli Ziemię i mają wobec niej poważne zamiary. I absolutnie nie zamierzają bratać się z mieszkańcami planety, którą zamierzają skolonizować. Trzeba mieć jednak mądry i bardzo przemyślany plan działania, gdyż pozbycie się miliardów ludzi na całym świecie nie jest aż tak prostą sprawą. Pierwszy atak Przybyszów wywołał zaniepokojenie i stosunkowo niewielkie straty w ludziach, po drugiej tzw. fali zapanował strach, po trzeciej przerażenie, po czwartej zaczęła się walka o przetrwanie. Tego mogła się już podjąć tylko garstka ludzi, która jakimś cudem przeżyła inwazję. Wśród tych "szczęśliwców" znalazła się m.in. szesnastoletnia Cassie, która za wszelką cenę stara się odnaleźć swojego młodszego brata. Problem w tym, że stała się ona celem dla kogoś, kto koniecznie chce odebrać jej życie.   

Czy wszechobecna śmierć, nieustanny strach i nieufność wobec każdego, kogo spotka się na swojej drodze, są w stanie zabić w człowieku wszelkie piękne uczucia jak np. miłość, przyjaźń i poświęcenie? Otóż nie, i mamy tego doskonały przykład w tej powieści. Bohaterowie walczą z obcymi nie tylko o przetrwanie jako gatunku, ale także o samych siebie, o to, by nie stracić czegoś, co stanowi istotę naszego człowieczeństwa. 

Świetny warsztat pisarski autora sprawił, że lektura "Piątej fali" była niezwykle przyjemna. Przez cały czas dało się odczuć, że jest to przede wszystkim powieść skierowana do młodzieży, ale od czasu do czasu można przecież zapomnieć o wszelkich obiekcjach i poudawać, że ma się te kilka(naście) lat mniej. Chociaż przez chwilę, a co! :) Dodam tylko, że jeśli jednak ktoś szuka intelektualnego wyzwania z powieścią z gatunku science fiction, niech lepiej sięgnie po coś innego (choćby po "Ślepowidzenie" Petera Wattsa). "Piąta fala" służy raczej jako rozrywka, ale w bardzo dobrym tego słowa znaczeniu.              


Moja ocena: 5/6


 

piątek, 7 lutego 2014

"Przywróceni" Jason Mott




http://s.lubimyczytac.pl/upload/books/195000/195371/191592-352x500.jpg?_ga=1.21216187.1633977993.1460667603

Autor: Jason Mott
Tytuł: Przywróceni
Wydawnictwo: Mira, 2013
Ilość stron: 400






Kim jestem i do czego zmierzam? Co jest większym cudem - życie samo w sobie czy odzyskanie zdrowia w chwili, gdy lekarze nie dają nam już większych szans na przeżycie? Boimy się bardziej samej śmierci, czy tego, co nas po niej czeka? 

Ludzkość od zarania dziejów lubi zadawać sobie mnóstwo egzystencjalnych pytań, szukają odpowiedzi, chcą wniknąć w swoją istotę i zrozumieć prawa rządzące życiem. Czasem odpowiedź jest tak blisko, że wystarczy wyciągnąć po nią rękę, czasem jest tak ulotna, że tylko muska naszą świadomość i znika, pokrywając się grubą warstwą niedopowiedzeń i domysłów. Godzimy się z tym, co natura dla nas przygotowała, bo czy mamy inne wyjście? Rodzimy się, dorastamy, starzejemy się, umieramy... Czasem śmierć przychodzi szybciej, gdy jeszcze nie jesteśmy gotowi - czy to dotyczy nas samych, czy naszych bliskich. Zastanawiamy się, co zastaniemy po tzw. drugiej stronie. Zobaczymy światło, do którego należy iść, czy nasza dusza powróci prędzej czy później na ziemię w innym ciele? Tak wiele pytań, tak mało konkretnych odpowiedzi, potrzebujemy naukowych dowodów, ale nauka nas zawodzi. Rozumiemy, jak bardzo ograniczona jest nasza wiedza, jak wiele jest w niej ciemnych plam. 

Śmierć i zmartwychwstanie - te pojęcia nie są nam zupełnie obce, zwłaszcza w kontekście naszej wiary. Każdy przecież słyszał o losach Jezusa. Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym, co by było, gdyby jednak zmartwychwstanie dotyczyło wszystkich zmarłych osób? Co by było gdyby nagle do Waszych drzwi zapukali wszyscy zmarli krewni? Jason Mott rzuca nam swoiste wyzwanie i poprzez swoją powieść "Przywróceni" zmusza nas do zastanowienia się nad swoją reakcją. Co kierowałoby Waszymi emocjami - radość i szczęście, a może strach i lęk przed tym, co nieznane, co całkowicie odbiega od praw natury.

Bohaterowie powieści odzyskują to, co dawno temu utracili, co było kiedyś sensem ich życia - dziecko. Harold i Lucille przed wielu laty doświadczyli niewyobrażalnej tragedii. Pobliska rzeka zabrała im życie syna, pochłaniając jednocześnie w swych nurtach szczęście rodzinne. Ale jak się okazuje nie na zawsze. Jakieś niewytłumaczalne zjawisko oddaje im syna w nienaruszonym stanie, bez widocznych śladów upływu czasu. Tak samo ośmioletni, jak przed dziesiątkami lat, tak samo żwawy i radosny. Jakby zupełnie się nic nie stało. Cudownie Przywrócony. Pozostaje tylko pytanie - czy to naprawdę on? 

Grono powracających z dnia na dzień się powiększa. Świat staje w obliczu masowych powrotów, początkowa radość z powrotu bliskich przeradza się w lęk. Kim oni są? Skąd przybyli? I przede wszystkim - dlaczego? Nikt nie jest w stanie odpowiedzieć na te nurtujące pytania. Władze starają się zapanować nad sytuacją, ale powoli w ustalony porządek zaczyna się wkradać coraz potężniejszy chaos. Rośnie panika, a życie Przywróconych, które już raz, wydawałoby się bezpowrotnie, utracili, zaczyna być zagrożone.

Kto szuka w "Przywróconych" powieści czysto przygodowej, jasnej, przejrzystej fabuły lub po prostu czegoś o powrocie żywych trupów, ten srogo się zawiedzie. Lepiej niech sięgnie po coś innego. Powieść Jasona Motta to próba podjęcia trudnego tematu w sposób, którego jeszcze do tej pory nie było. To zaproszenie do zmierzenia się z własnymi emocjami, do zastanowienia się, czym byłoby dla nas takie powtórne przyjście. Może szansą, którą moglibyśmy wykorzystać na uporanie się  z poczuciem winy, które przecież często dręczy rodzinę po stracie bliskiej osoby... Szansą na pogodzenie się z tym, co się stało, pogodzenie się ze stratą.    

Choć Jason Mott porusza bardzo trudną, bolesną tematykę, fabuła i język powieści nie sprawiają jakichkolwiek trudności. Ciężki temat w opakowaniu w wersji "light". "Przywróconych" czyta się błyskawicznie i choć nie dostarcza aż tylu emocji, których można by się po niej spodziewać (głębokich wzruszeń, łez wylewanych litrami), i choć za plecami wielu ludzi można dostrzec jakąś tragedię, przed nimi majaczy cień nadziei. Czemuś te powroty służyły i nasza rola jest taka, by dostrzec ich sens.

Moja ocena: 5/6     

środa, 29 stycznia 2014

"W pajęczej sieci" Joy Fielding






Autor: Joy Fielding
Tytuł: "W pajęczej sieci"
Wydawnictwo: Świat Książki, 2010
Ilość stron: 432


     Gdyby bohaterka powieści, Charley Webb, była moją znajomą, uwierzcie mi - trzymałabym się od niej z daleka. Nie dlatego, że jej nie lubię. Przebywanie w pobliżu jej osoby byłoby życiem na celowniku, gdzie każda nawet najdrobniejsza sytuacja mogłaby stać się tematem... felietonu. Charley jako bystra obserwatorka rzeczywistości, nie cofnie się przed tym, by "obsmarować" swoich sąsiadów, jeśli tylko dostarczą jej nowych tematów do pisania. Choć jest inteligentną dziennikarką, jej felietony przeważnie oscylują wokół niezbyt ambitnej tematyki. Wcale to jednak nie oznacza, że nie wywołują one kontrowersji. Wręcz przeciwnie. Charley można albo kochać, albo nienawidzić. Świadectwem tego drugiego są liczne nieprzyjemne wiadomości, które dostaje, a które to zawierają rownież realne groźby. Jednak najwyższą cenę, jaką Charley płaci za charakter swojej profesji jest samotność. I trudno się temu dziwić.

     Niebawem pojawia się szansa na to, by Charley mogła udowodnić, że nie tylko potrafi pisać o depilacji okolic bikini, błyszczykach i wizytach na siłowni. Jill Rohmer - młoda dziewczyna oczekująca na wyrok śmierci za zabójstwo trójki małych dzieci wysyła dziennikarce list, który zawiera propozycję współpracy. Jill chce, by Charley spisała jej biografię, kusząc przy okazji wyjawieniem wszystkich faktów, które nie wyszły na jaw podczas procesu. Jill ma bowiem tajemnicę, która oddziałuje na wyobraźnię wszystkich ludzi, a pojawienie się na rynku książki zawierajacej odpowiedzi na wszystkie dręczące pytania, gwarantuje sukces i ogromną popularność. Taka szansa nie pojawia się w życiu zbyt często, więc jak tu jej nie wykorzystać? Rozmowy z dzieciobójczynią nie należą jednak do najłatwiejszych, zwłaszcza, że Charley jest matką dwójki małych dzieci, które kocha ponad wszystko. Towarzyszące temu emocje są bardzo silne, i być może dlatego Charley nie jest w stanie zauważyć, że wokół niej dzieje się coś bardzo niepokojącego.

   Po niezbyt udanym spotkaniu z "Martwą naturą" Joy Fielding, podeszłam do lektury "W pajęczej sieci" z pewnym dystansem i myślą, że dam tej powieści szansę przez pierwsze 50 stron, a potem się zobaczy. Jakież było moje zdziwienie, gdy uświadomiłam sobie, że zupełnie zapomniałam o tej umownej granicy. Fabuła okazała się na tyle interesująca, że nim się obejrzałam, a już czytałam ostatnią stronę. I w tym przypadku autorka zupełnie mnie zwiodła. Choć dla tych czujniejszych czytelników książka może okazać się przewidywalna, dla mnie taka nie była, a to znacząco wpłynęło na jakość odbioru powieści. "W pajęczej sieci" dało mi wszystko to, czego brakło mi w "Martwej naturze" i bardzo cieszę się, że mogę to napisać - Joy Fielding wystarczająco się zrehabilitowała, bym mogła sięgnąć po jej kolejne powieści.

Moja ocena: 5/6



wtorek, 21 stycznia 2014

"Martwa natura" Joy Fielding








Autor: Joy Fielding
Tytuł: Martwa natura
Wydawnictwo: Świat Książki, 2013
Ilość stron: 398




Życie trzydziestoletniej Casey w pewnym sensie przypomina nieco bajkę. Piękna i utalentowana dziewczyna nie miała łatwego dzieciństwa. Jakikolwiek bliski kontakt z matką skończył się z chwilą, gdy Casey przyszła na świat. Dziewczynką opiekowały się więc nianie, którymi to z kolei bardzo chętnie zajmował się ojciec Casey. Przystojny, niezwykle bogaty "opiekun niań" (i nie tylko) oraz zazdrosna, wiecznie awanturująca się matka alkoholiczka byli daleko od tego, by stworzyć Casey i jej młodszej siostrze Drew dom pełen ciepła, miłości i zrozumienia. Z czasem także między siostrami zaczęły się spory, a więź, która między nimi była, stawała się coraz luźniejsza. Trudne lata dzieciństwa nie wyżłobiły jednak w charakterze Casey poważniejszych rys. Obok tego ideału przecudnej urody nie mogło zabraknąć przystojnego mężczyzny o równie przecudnej urodzie i nieskazitelnej osobowości. I pojawia się, a jakże! Oczywiście biorą ślub, za chwilę będą starać się o dziecko. Wszystko ładnie, pięknie i tu powinno się pojawić słynne "i żyli długo i szczęśliwie". Ale się nie pojawi.

Na drodze do pełnego szczęścia staje... samochód. A dokładniej to Casey staje na drodze rozpędzonego samochodu. Po wypadku bohaterka trafia do szpitala w ciężkim stanie. Przez wiele tygodni leży w śpiączce, ale wbrew temu, co mówią lekarze, ona wie, co się wokół niej dzieje. Słyszy wszystkie rozmowy i odpowiednio je interpretuje. Czy taka sytuacja mogłaby rzeczywiście zaistnieć, nie wnikam. Wszystkie wydarzenia przedstawione są z perspektywy osoby będącej w śpiączce, więc przyznaję, że z początku trochę mi tu coś "zgrzytało", ale z czasem przyzwyczaiłam się do tego typu rozwiązania. A ma ono w sobie coś klaustrofobicznego. Bycie świadomym wszystkiego, nie mając kompletnie władzy nad swoim ciałem, kojarzy się z prawdziwym koszmarem.
 "(...) mimo ciągłej obecności pielęgniarek i lekarzy, mimo tych wszystkich urządzeń technicznych podtrzymujących ją przy życiu - nikt nie wie o jej psychicznej, duchowej obecności, nikt tak naprawdę nie dostrzega w niej świadomej swej sytuacji istoty. Nikt nie wie, że ona jest w tej sali szpitalnej z całą swoją osobowością.
Stała się niewidzialna.
To wcale nie jest takie zabawne. Ani przez sekundę.
Dla niej to prawdziwe piekło."
Tę dramatyczną sytuację potęguje jeszcze fakt, że nieszczęśliwy wypadek, którego Casey stała się ofiarą, niekoniecznie jest dziełem przypadku.

Mam w swojej biblioteczce kilka książek autorstwa Joy Fielding, jednak wybór "Martwej natury" na pierwszy ogień nie był najszczęśliwszym rozwiązaniem. Właściwie to nawet nie wiedziałam, czy skończę tę powieść i nie chodziło o to, że tajemnica wypadku została wyjaśniona już w połowie książki. Do końca liczyłam na jakąś odrobinę emocji, na napięcie, które nigdy nie nadeszło. Trochę naciągane, przewidywalne zakończenie dopełniło jeszcze poczucie rozczarowania. Dodajmy do tego irracjonalne zachowanie niektórych postaci i mamy powieść, której potencjał został zupełnie zmarnowany. Szkoda.

Moja ocena: 3/6  
         

wtorek, 12 listopada 2013

"Lewa strona życia" Lisa Genova








Autor: Lisa Genova
Tytuł: Lewa strona życia
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc, 2013
Ilość stron: 408



 Jesteś królikiem czy żółwiem?

Zastanawiacie się pewnie, dlaczego zadałam na początek takie dziwne pytanie. Ale zastanówcie się chwilę, czy pędzicie przez życie niczym królik, który nastawiony jest przede wszystkim na szybkość, osiągnięcie wszystkich obranych wcześniej celów, na precyzyjne wyliczenie każdej minuty z dostępnych 24 godzin na dobę? Czy dążycie za wszelką cenę do sukcesu, a przy tym także do osiągnięcia wysokich standardów życia i zabezpieczenia materialnego dla siebie i całej rodziny? Niektórzy może pomyślą, że przecież nie ma w tym nic złego, że nie można pogardzać człowiekiem, który osiągnął tak wiele, jest na szczycie dzięki swojej ciężkiej pracy. Może być on wręcz wzorem do naśladowania dla wielu ludzi. Jednak nie wszystkim udaje się odnaleźć w tym szaleńczym tempie czasu na chwilę wytchnienia, nie próbują nawet zasmakować się w zupełnie dla nich odmiennym - żółwim tempie. Nabierając rozpędu, nie potrafią (lub nie chcą) zwolnić. Bywa czasem tak, że prędkość jest tak duża, że człowiek "wypada z zakrętu" i nic innego już nie może się wydarzyć, oprócz... katastrofy. O tym właśnie jest "Lewa strona życia".

Sarah Nickerson to postać, której tempo życia ciężko nazwać nawet króliczym. Bardziej odpowiednie wydaje się w tym miejscu określenie - superkrólicze. To silna, bystra, odnosząca spore sukcesy w pracy kobieta, żona równie ambitnego męża oraz matka trójki dzieci. Świetnie zorganizowana perfekcjonistka, wydaje się nad wszystkim panować. Choć na wiele rzeczy brakuje jej czasu (szczególnie dla swoich dzieci), mimo wszystko jest zadowolona z życia. Jednak...
"Wydaje mi się, że jakaś mała cząstka mnie wiedziała, że w moim życiu brakuje rozwagi. Od czasu do czasu szeptała - 'Sarah, zwolnij proszę. Tak się nie da. Nie możesz tego wszystkiego ciągnąć'. Ale reszta mnie, ta silna, bystra i nastawiona na sukces, sukces, sukces - zupełnie tego nie słuchała".
Jej pozornie idealny i poukładany świat zmienia się pewnego dnia o 180 stopni. Chwila nieuwagi za kierownicą samochodu sprawia, że życie bohaterki podzieli się na dwie części - sprzed i po wypadku. Sarah trafia do szpitala z poważnym urazem głowy, który pozostawi po sobie pewien niecodzienny ślad. Otóż konsekwencją tego urazu jest zespół nieuwagi stronnej, a to oznacza, że Sarah przestaje być świadoma istnienia lewej strony - zarówno wszystkiego, co widzi, ale także swojego ciała. Nie ma pojęcia, co się dzieje z jej lewą ręką czy nogą. Uniemożliwia jej to wykonywanie zupełnie podstawowych czynności np. chodzenia. Możecie wyobrazić sobie, co czuje kobieta, która, do tej pory zupełnie niezależna, nie może sama się ubrać, umyć czy skorzystać z toalety. Nie mówiąc już o powrocie do pracy, którą kocha. Nikt nie wie, kiedy objawy ustąpią, i czy w ogóle to nastąpi. Sarah zaczyna żmudny proces rehabilitacji, wierząc, że również w tym przypadku osiągnie sukces, i po powrocie do pełnej sprawności, wróci do poprzedniego życia. Czy to pragnienie powrotu do zdrowia stanie się jednak rzeczywistością?

"Lewa strona życia" to powieść wypełniona po brzegi emocjami. Żal, smutek, rozgoryczenie i łzy mieszają się z determinacją, siłą, radością z drobnych sukcesów. Walka o stracone zdrowie staje się dla bohaterki priorytetem. Jest jeszcze pewien aspekt całej tej sytuacji, który niesie ze sobą pozytywne przesłanie. Sarah dostrzega w samej sobie pewną zmianę, która pewnie nigdy by nie nastąpiła, gdyby nie wypadek. Dla osoby, która prowadziła życie w ciągłym biegu, wymuszony bezruch stał się strasznym i bolesnym doświadczeniem, ale właśnie to sprawiło, że miała czas, by się wreszcie uważniej przyjrzeć otoczeniu, a szczególnie swojej rodzinie. 

Autorka nakreśliła przejmujący, wnikliwy, a przede wszystkim bardzo wiarygodny portret psychologiczny kobiety dotkniętej ułomnością, burzącą jej dotychczasowe życie. Przemiana jaka się w niej dokonała (w jakim stopniu? - odsyłam do lektury) jest bardzo naturalna. Jest to niewątpliwie jeden z elementów wpływających na wysoką jakość powieści.

"Lewa strona życia" z pewnością skłania do refleksji. W trakcie czytania książki często może nasuwać się pytanie: co by było gdyby? Nawet jeśli nie prowadzi się superszybkiego życia. Zaletą powieści jest również to, że choć porusza trudny temat, nie jest ona pozbawiona elementów humorystycznych. Dla mnie osobiście spotkanie z "Lewą stroną życia" było wspaniałym i fascynującym doświadczeniem. Polecam ją każdemu, bez wyjątku.

Moja ocena: 6/6

środa, 9 października 2013

"Dziewczyny atomowe" Denise Kiernan







Autor: Denise Kiernan
Tytuł: Dziewczyny atomowe
Wydawnictwo: Otwarte, 2013
Ilość stron: 420




Ze świecą szukać tego, kto jeszcze nie słyszał o tej książce i kto nie natknął się na choćby jedną jej recenzję. Zapewne też grono osób mogących pochwalić się znajomością treści "Dziewczyn atomowych" jest również spore. Już wiemy zatem, że tematyka książki obraca się wokół działań prowadzących do powstania bomby atomowej i niebagatelnej roli kobiet w tejże działalności. Wykorzystam Waszą wiedzę i nie będę się skupiać na tym, co jest podstawą tej historii, ale na tym, co stanowi tło - nie mniej ważne i nie mniej interesujące.

Oak Ridge to miasto, które powstało w wielkim pośpiechu. Miasto-widmo owiane wielką tajemnicą, które od momentu swojego powstania do końca wojny nie widniało na żadnej mapie. To również miejsce, które stało się scenerią dla wydarzeń mających ogromne znaczenie dla historii świata. Jego początki są jednak mniej chwalebne. Ludzie zamieszkujący tereny, na których miało powstać Oak Ridge, zostali wysiedleni, a nawet można się pokusić o stwierdzenie - w wielkim pośpiechu przegnani. Opustoszałe farmy, puszczone samopas bydło włóczące się po okolicy, książki, fotografie, buty, garnki, narzędzia i resztki dobytku - to wszystko, co zostało po dawnych mieszkańcach. 

Kolejne dni, tygodnie, miesiące to czas, w którym rozrastało się w błyskawicznym tempie nie tylko Oak Ridge, ale również tworzące je społeczeństwo. Potrzebowano wielu rąk do pracy, dlatego też rekrutacja nowych osób przebiegała sprawnie i szybko. Wielu młodych ludzi trafiło do tego miejsca zachęconych większymi zarobkami i przekonaniem, że z ich pomocą uda się szybciej zakończyć toczącą się wojnę. Życie w tak wielkim zgromadzeniu osób pochodzących z różnych przecież środowisk nie było łatwe, ale mogło być w jakimś stopniu niezwykłe, a nawet ekscytujące. Oak Ridge pod wieloma względami było "znakomitym miejscem dla młodych ludzi, których entuzjazm przewyższał zmęczenie, a chęć przeżycia przygód była ważniejsza od trudności dnia codziennego". Wspólne spotkania sprzyjały powstawaniu nowych przyjaźni, a nawet miłości.

Jest jednak druga, ciemna strona medalu. Tęsknota za domem, za rodziną, poczucie nieustannego strachu o każde wypowiedziane słowo, atmosfera tajemniczości, ciasne lokale i całkowita izolacja od reszty świata - to tylko kilka kwestii, które sprawiały, że dla niektórych życie w Oak Ridge było trudne do wytrzymania.  

Rodzące się nowe społeczeństwo musiało jakoś dać sobie radę w tych trudnych warunkach. Miejsce, w którym przyszło jej się kształtować, tworzyło jednak pewne... komplikacje. Przykładowo 17 października 1943 r. w miejscowej gazecie "Oak Ridge Journal" pojawiła się taka oto notatka:
"Czy wiecie, że... w związku z pewnymi okolicznościami, na które nie mamy żadnego wpływu, nie możemy na razie drukować w naszej gazecie żadnych nazwisk. To wyjaśnia, dlaczego nie publikujemy wiadomości, ani nawet wyników rozgrywek w kręgle (...). Jesteśmy wyjątkowi - to jedyna gazeta w kraju, która nie publikuje żadnych wiadomości".
Warto sięgnąć po "Dziewczyny atomowe", by samemu przekonać się, jak wyglądało życie mieszkańców Oak Ridge, a przy okazji poszerzyć swoją wiedzę i dowiedzieć się - jak to z tą bombą atomową naprawdę było.             

Moja ocena: 5/6



       
Za egzemplarz bardzo dziękuję wydawnictwu Otwarte

czwartek, 4 lipca 2013

"Oślepiający nóż" Brent Weeks






Autor: Brent Weeks
Tytuł: Oślepiający nóż
Wydawnictwo: MAG, 2013
Ilość stron: 928



"Oślepiający nóż" to drugi tom cyklu pt. "Powiernik Światła". O pierwszym tomie ("Czarny Pryzmat") pisałam tutaj

Biorąc do ręki "Oślepiający nóż", gwarantujemy sobie bardzo udany powrót do świata Chromerii, Siedmiu Satrapii, świata, w którym magiczną moc posiadają krzesiciele kolorów. Lecz świat ten staje w obliczu ogromnego kryzysu. Gavin Guile, Pryzmat, będzie musiał się wykazać wielką odwagą i sprytem, by przywrócić dawny porządek. Czy to mu się uda? Nie lada problemem staje się fakt, że Gavin... umiera. Myślał, że zostało mu pięć lat życia, jednak rzeczywistość okazuje się dużo bardziej okrutna, pozostawiając mu mniej niż rok. Okazuje się również, że zaczyna tracić część ze swoich magicznych zdolności. Zdaje się, że problemom nie ma końca, a przecież jeszcze trzeba znaleźć schronienie dla pięćdziesięciu tysięcy uchodźców z Garristonu, dojść do porozumienia z byłą narzeczoną, Karris, która być może poznała jego największy i najmroczniejszy sekret, zająć się synem z nieprawego łoża, Kipem. Jakby tego było mało, brat, którego szesnaście lat wcześniej Gavin uwięził, jest coraz bliżej odkrycia sposobu wydostania się na wolność...

Jedną z zalet "Oślepiającego noża" jest to, że możemy jeszcze bliżej poznać bohaterów znanych nam z pierwszej części. O ile Gavin prezentuje dobrze nam już znaną odwagę, upór, bohaterstwo najwyższej klasy, Kip nabywa nowych cech, znacznie wpływających na ocenę tej postaci. Przechodzi on swoistą metamorfozę, a my, czytelnicy, jesteśmy tego świadkami. To co w nim pozostaje jednak niezmienne, to niewyparzony język i poczucie humoru, które dodaje mu tylko uroku. Kip wraca do Chromerii, by wyszkolić się na członka elitarnej Czarnej Gwardii. Poza tym musi stawić czoła intrygom swojego dziadka, Androssa Guile, który za wszelką cenę chce pozbyć się bękarta przynoszącego hańbę rodzinie. Jest to postać obdarzona niezłomną siłą woli i genialnym umysłem. Postać, która budzi strach. 

Uniwersum stworzone przez Brenta Weeksa jest bardzo dokładnie przemyślane. Autor zadbał o wszelkie szczegóły i szczególiki, i choć czasem ich ilość może być nieco przytłaczająca, to jednak ich znajomość jest niezbędna do tego, by zrozumieć mechanizmy rządzące światem Siedmiu Satrapii. Niezwykle pomocne okazało się tu zamieszczenie na końcu książki słowniczka, spisu postaci, a także dodatku, w którym wyjaśnione zostały najważniejsze pojęcia związane z kolorami, ich krzesaniem, a także ich wpływem na osobowość krzesiciela.

Jedyny zarzut jaki mam do powieści nie tyczy się jego konstrukcji, lecz korekty. Choć ilość błędów nieco się zmniejszyła w stosunku do pierwszej części, to jednak wciąż one są.

"Oślepiający nóż" nie zawiódł mnie. Dostarcza on sporą dawkę emocji, a fabuła trzyma w napięciu do samego końca. Z niecierpliwością czekam na kolejny tom "Powiernika Światła", a Wam, szczególnie miłośnikom fantasy, polecam zapoznać się z dwoma pierwszymi częściami. Naprawdę warto!

Moja ocena: 5/6


Za egzemplarz bardzo dziękuję wydawnictwu MAG



Recenzja bierze udział w wyzwaniu: W prezencie

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Po przerwie dwie opinie

Witajcie :) Być może wielu z Was zauważyło, że na jakiś czas zniknęłam ze swojego i Waszych blogów. Wciąż przedłużające się problemy techniczne praktycznie wyeliminowały mnie z życia nie tylko blogowego, ale i w ogóle komputerowo-internetowego. Mam nadzieję, że to już jednak koniec problemów.

Nie było mnie tutaj, lecz z czytaniem książek nie było żadnych problemów, dlatego nazbierał mi się niezły stosik do recenzji. Dziś napiszę po parę słów o dwóch pozycjach, aby szybciej nadrobić zaległości :)



Autor: Brent Weeks
Tytuł: Czarny Pryzmat
Wydawnictwo: MAG, 2011
Ilość stron: 736


Opis z okładki: "To on ma władzę, siłę i bogactwa, zapłaci jednak za to własnym życiem. Gavin Guile jest Pryzmatem, najpotężniejszym człowiekiem na świecie. Jest cesarzem i najwyższym kapłanem; tylko dzięki jego mocy, sprytowi i urokowi osobistemu udaje się utrzymać kruchy pokój. Jednakże Pryzmaci nie żyją długo i Guile dokładnie wie, ile mu jeszcze zostało: pięć lat, żeby zrealizować pięć niemożliwych celów. Nagle jednak dowiaduje się, że ma syna, który urodził się w odległym królestwie, po wojnie, dzięki której Gavin zdobył władzę. Teraz musi zdecydować, jaką cenę jest gotów zapłacić, żeby utrzymać w tajemnicy sekret, który może zniszczyć świat".

Wspomniałam już kiedyś o tym, że biorąc się za serię, do której należy "Czarny Pryzmat", rzucam się na głęboką i nieznaną wodę. Nie miałam wcześniej do czynienia z tego typu literaturą i nie bardzo wiedziałam, czego mam się spodziewać. Otóż te nieznane wody okazały się dla mnie całkiem przyjazne. Nie tylko nie utonęłam, ale z tych wód wyjść już nie chciałam. 

Bohaterowie tej powieści fantasy posiadają niezwykle ciekawe magiczne umiejętności, mianowicie potrafią krzesać kolory, co sprowadza się do tego, że przekształcają światło w namacalną substancję - luksyn. To całkiem przydatny materiał do tworzenia broni, ale także budowania mostów, murów, a nawet całych budynków. Ale to nie jest takie proste zadanie. Stworzenie trwałego luksynu wymaga wielu lat praktyki i nauki. Krzesanie koloru ma również bardzo wysoką cenę - im więcej krzesiciel posługuje się magią, tym szybciej zbliża się do szaleństwa bądź śmierci. 

Akcja powieści jest dość dynamiczna, znajdziemy w niej sporo ciekawych zwrotów akcji, interesujących bohaterów - jednym słowem nudzić się nie powinniście. Wydaje się, że świat stworzony przez Brenta Weeksa jest dopracowany w najmniejszym szczególe. Nie wiem czy miłośnicy gatunku zgodzą się ze mną, ale wydaje mi się, że "Czarny Pryzmat" nie należy do arcydzieł tego gatunku. Nie ulega jednak wątpliwości, że jest to powieść, przy której naprawdę fantastycznie spędziłam czas :) Na szczęście miałam pod ręką drugi tom - "Oślepiający nóż", dzięki czemu nie musiałam robić sobie przerwy w czytaniu. O nim z kolei napiszę troszkę później. Tak dla informacji jeszcze - "Czarny Pryzmat" otwiera trylogię pt. "Powiernik Światła".  

Na koniec muszę wspomnieć o pewnym mankamencie, który bardzo mnie raził podczas czytania książki. Chodzi o pojawiające się co rusz literówki i błędy językowe. Konsekwentnie pojawiają się one również w drugim tomie (dlaczego???). "Mężczyźni klepali go poplecach, kobiety dotykał ramion i rąk, wszyscy mu gratulowali". A mnie ręce opadają aż poplecy bolą ;)

Moja ocena: 5/6

Opinia bierze udział w wyzwaniu: "W prezencie"






Autor: Simon Beckett
Tytuł: Zapisane w kościach
Wydawnictwo: Amber, 2011
Ilość stron: 336


Opis z okładki: "Większość dnia spędzam ze zmarłymi. Czasem ze zmarłymi, którzy nie żyją od bardzo dawna. Jestem antropologiem sądowym. To po części patologia, po części archeologia. To, co robię, wykracza poza jedno i drugie. Bo nawet wtedy, kiedy biologia człowieka przestaje działać, kiedy z tego, co było życiem, zostaje jedynie zepsucie, zgnilizna i stare suche kości, nawet wtedy zmarły może być ważnym świadkiem. Może opowiedzieć swoją historię, pod warunkiem że umie się ją zinterpretować. Ja umiem. Umiem skłonić zmarłych do zwierzeń...".

Znany nam już z poprzedniej powieści Simona Becketta "Chemia śmierci" antropolog sądowy David Hunter tym razem wybiera się na wyspę o nazwie Runa, gdzie w opuszczonym domu znaleziono spalone zwłoki. Sprawa jest o tyle dziwna, że spaleniu uległo ciało, natomiast ogień oszczędził wszystko dookoła. Przypomina to trochę teorię o samozapłonie, lecz czy rzeczywiście o to chodzi? David Hunter stara się rozwikłać tę zagadkową śmierć. Tymczasem pewne okoliczności sprawiają, że wyspa zostaje zupełnie odcięta od świata, znikąd nie można otrzymać ratunku, a sprawy zaczynają się nieco komplikować.

Sięgając po "Zapisane w kościach" miałam nadzieję, że otrzymam równie dobry thriller co "Chemia śmierci" i nie zawiodłam się. Beckett jest dla mnie prawdziwym mistrzem w kreowaniu niepokojącego i hermetycznego świata niewielkich społeczności - czy to dotyczy małego miasteczka, czy mieszkańców niewielkiej wyspy. Obserwacja mentalności tych ludzi, ich nieufność wobec obcych a nawet wrogość potęguje napięcie i sprawia, że odczuwamy zagrożenie dosłownie na każdym kroku. Spowijający wyspę mrok i szalejący sztorm nadają atmosferze powieści jeszcze bardziej ponury wydźwięk. 

Rzadko się zdarza, żeby zakończenie powieści tak mnie zaskoczyło, jak w tym przypadku. Sprawiło to, że moja ogólna ocena książki znacznie wzrosła. W "Chemii śmierci" nasza wiedza o rozkładzie ciała znacznie się poszerzyła,  w tym przypadku dowiemy się, co dzieje się z ciałem, kiedy trawi je ogień...
 "W odpowiedniej temperaturze pali się wszystko. Drewno. Ubranie. Ludzie.
W temperaturze dwustu pięćdziesięciu stopni Celsjusza zapala się ciało. Skóra czernieje i pęka. Tłuszcz podskórny zaczyna topić się jak słonina na gorącej patelni. Podsycany nim płomień trawi tkankę miękką. (...) Ale kość to zupełnie inna sprawa, inna materia, dosłownie i w przenośni. Kość opiera się wszystkiemu, z wyjątkiem najgorętszego ognia. I nawet jeśli wypali się z niej cały węgiel, nawet jeśli jest już martwa i bez życia niczym pumeks, wciąż zachowuje swój pierwotny kształt".
Gorąco polecam!   

Moja ocena: 5,5/6  

Opinia bierze udział w wyzwaniach: "W prezencie", "Z literą w tle"    
  

sobota, 4 maja 2013

"Złomiarz" Paolo Bacigalupi





Autor: Paolo Bacigalupi
Tytuł: Złomiarz
Wydawnictwo: MAG, 2013
Ilość stron: 288



Czy tego chcecie, czy nie, zabieram was właśnie w podróż w bliżej nieokreśloną przyszłość. Spójrzcie na krajobraz, który się przed wami roztacza - przed oczami macie zniszczone miasta, które często nawiedzają potężne sztormy. Ponure szkielety wieżowców i domów górują nas wioskami tych, którzy przetrwali wszelkie kataklizmy - te spowodowane przez naturę, ale i przez działalność najbardziej niszczycielskiego stworzenia na Ziemi - człowieka. To pomniki cywilizacji, która już odeszła i nie powróci. Świat poszedł na przód, lecz ten krok, który zrobił do przodu, to krok w otchłań przemocy, wyzysku, oszustw, narkotyków i ogólnie pojętej niesprawiedliwości. By przeżyć każdy następny dzień, należy poddać się ciężkiej pracy dla wielkich korporacji bezwzględnie wykorzystujących ludzi lub stać się złodziejem i cwaniakiem. Lub po prostu mieć szczęście. Ogromne szczęście.

Przenieśmy się teraz w rejony wybrzeża Zatoki Meksykańskiej. Na jednej z plaż roi się od ludzi pracujących przy rozbiórce statków. Swoiste cmentarzysko starych, rozebranych już wraków, tworzy dość przygnębiający widok. Nailer, nastoletni bohater powieści, należy do tzw. lekkiej ekipy. Codziennie penetruje wnętrzności statków, w poszukiwaniu lżejszych materiałów, np. miedzianych okablowań, aluminium, niklu itp. Jest jednym z najlepszych członków ekipy, ponieważ jego bardzo szczupła budowa ciała pozwala mu wedrzeć się w najbardziej niedostępne zakamarki wraku. Oczywiście ten fach wiąże się również z ogromnym ryzykiem nie tylko związanym z niebezpiecznymi pułapkami, które czyhają na chłopca w szczątkach statku, lecz także z nielojalnością członków ekipy. Szczęśliwe znalezisko zawsze stawia tych młodych ludzi przed niełatwym wyborem - szybki i łatwy zarobek lub zdrada. Kiedy okolicę nawiedza niszczyciel miast - potężny sztorm - życie Nailera zmienia się już na zawsze. Zaczyna się dość niewinnie. Razem z przyjaciółką Pimą odnajduje wrak pięknego statku, który nie przetrwał niszczycielskiej działalności sztormu. Już od pierwszej chwili wiadomo, że należy do bogatych ludzi. Jego wnętrze kryje mnóstwo bogactw, które oszołamiają i niosą nadzieję na lepszy los. Ale statek oprócz wielu ciał martwych ludzi skrywa coś jeszcze, a właściwie kogoś. Kogoś, kto przeżył... 

Nailer i Pima stają przed bardzo ważnym dylematem moralnym, który zaważy na ich przyszłości. Odnaleziona na statku dziewczyna obiecuje coś więcej niż tylko chwilowy dobrobyt. Jako córka bardzo bogatego człowieka w zamian za jej ocalenie może zapewnić tym młodym ludziom lepsze życie. Problem w tym, czy można jej zaufać? Czy zgodzić się na taką umowę, jednocześnie świadomie wchodzić w bardzo niepewną sytuację. A może zabić, żeby nie było żadnych świadków, zabrać ze statku tyle ile się da, zanim ktoś inny go odkryje?

Wydarzenia mające miejsce w tej powieści bywają w niektórych momentach niezwykle sugestywne. Tak bardzo, że aż zapiera dech. Galerię występujących tu bardzo młodych postaci wzbogacają ludzie pokroju Richarda Lopeza, ojca Nailera, człowieka uzależnionego od narkotyków i alkoholu. Zadzieranie z nim to dosłownie igranie z życiem. Interesujące są tu także postacie genetycznie modyfikowanych ludzi, które to sprawiają, że "Złomiarza" należy traktować jak powieść fantastyczną.   

Paolo Bacigalupi wykreował ponury, dystopijny świat, w który wkomponował jednak malutkie punkciki oświetlające mrok - iskierki nadziei. Doświadczeni przez los ludzie nie zawsze pozbywają się swojego człowieczeństwa, nie wszyscy ulegają podszeptom ciemnej strony natury ludzkiej, poddają się marzeniom. Bezwzględna walka o byt może czasem kosztować więcej niż nam się wydaje. 
"Zabijanie nie jest za darmo. Za każdym razem, kiedy to robisz, coś z ciebie zabiera. Ty zabierasz komuś życie, a ten ktoś tobie kawałeczek duszy. Zawsze coś za coś"
Choć "Złomiarz" jest w głównej mierze przeznaczony dla młodego czytelnika, to jednak jego lektura może sprawić niejednemu dorosłemu odbiorcy przyjemność. Mnie sprawiła :) Odbyliście tu krótką podróż, ale to ja was w nią zabrałam. Pozwolicie na to, by zrobił to jednak Paolo Bacigalupi?

Moja ocena: 5/6 


Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu MAG



Książka ta bierze udział w wyzwaniu: Z literą w tle