Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kryminał. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 lipca 2016

"Morderstwo i cała reszta" Marta Reich


Autor: Marta Reich
Tytuł: Morderstwo i cała reszta
Wydawnictwo: Oficynka
Rok wydania: 2015
Ilość stron: 848



Pola Białohorska ma wszelkie możliwości, by osiągnąć w życiu wszystko, czego tylko zapragnie. Już samo nazwisko otwiera jej wiele drzwi, które dla przeciętnego człowieka są pozamykane na cztery spusty. Bogaci rodzice i znane nazwisko to jednak tylko połowa sukcesu, bo gdy ktoś chce w życiu coś osiągnąć, trzeba mieć też nieco oleju w głowie. Poli go nie brakuje. Zdobyła świetne wykształcenie, ale nie rozpycha się łokciami, by zajść najwyżej jak się da. Idzie za głosem serca i zajmuje się pisaniem dla trzymającego wysoki poziom poczytnego magazynu dla kobiet "Madame". Jej ogromną ciekawość świata, spryt, dociekliwość i bystry umysł można w zasadzie uznać za zaletę, lecz pewne sytuacje sprawiają, że owe cechy charakteru zapędzają ją w rejony, gdzie czai się niebezpieczeństwo, a nawet śmierć. 

Jednym z punktów zwrotnych w życiu Poli staje się przeprowadzony przez nią wywiad z Elżbietą Wojnowicz, jedną z najbogatszych kobiet w Polsce. Żyjąca do tej pory z dala od światła fleszy królowa wielkiego biznesu po raz pierwszy chce podzielić się informacjami na temat swego prywatnego życia. W sumie nie byłoby w tym nic bardzo zaskakującego, gdyby się fakt, że kilka dni później Wojnowicz ginie, a okoliczności związane z przeprowadzonym przez Polę wywiadem rodzą coraz więcej wątpliwości, a wręcz budzą niepokój redaktorki. Wiele wskazuje na to, że Pola celowo została wplątana w tę dramatyczną historię, jednak nie wie przez kogo i dlaczego. Zadane pytania rodzą kolejne, wiele szczegółów daje do myślenia, a stąd już tylko krótka droga do podjęcia decyzji o rozpoczęciu własnego śledztwa. Pola zrobi wszystko, by poznać prawdę, ale tam gdzie jest trup, tam również musi być morderca, a zbliżanie się do rozwiązania zagadki, przybliża również niebezpieczeństwo.      

"Morderstwo i cała reszta" właściwie w całości opiera się na przemyśleniach bohaterki. Każda nowa informacja jest rozbierana na czynniki pierwsze, a potem umiejętnie dopasowywana do większej całości. Jako że Pola nie jest zawodowym detektywem, powieść ta w zasadzie pozbawiona jest technicznych szczegółów charakterystycznych dla profesjonalnie przeprowadzonego śledztwa. Większość wiedzy Poli pochodzi z informacji wydobytych od ludzi z otoczenia Wojnowicz i przebłyskach asnej intuicji. Jeśli chodzi o samą bohaterkę, to trzeba przyznać, że wzbudza sympatię i raczej trudno jej nie lubić. Autorka obdarzyła ją charakterem, który ciężko wpasować w stereotypowe myślenie o potomkach członków polskich elit. Osoba, która poprzez bogatych rodziców ma zapewniony byt na wysokim poziomie i rozległe znajomości wśród polskiej śmietanki towarzyskiej, zamiast skupiać się na przyjemnościach tego świata, koncentruje całą swoją energię w to, by być... zwykłą, miłą dziewczyną.

"Całe życie walczyłam o to, by ludzie widzieli we mnie normalną, życzliwą otoczeniu dziewczynę, którą starałam się być. Nie wstrętną zołzę, która patrzy na innych z góry i ma ich za nic. To nie było w moim stylu." (s. 12)  

Mimo wszystko Pola nie izoluje się od swojego środowiska, dzięki czemu wprowadza nas do swojego barwnego świata pełnego ludzi mediów, celebrytów, artystów czy też poważnych biznesmenów. I jest to tym ciekawsze, że robi to ze sporą dozą dystansu i poczucia humoru.

"Morderstwo i cała reszta" to powieść kryminalna, która powinna zaskoczyć niejednego miłośnika gatunku. Jeśli miłośnik ten lubi również, kiedy akcja powieści rozciąga się na ponad 800 stron, to tym samym powinien znaleźć się w czytelniczym niebie :)




Za egzemplarz bardzo dziękuję portalowi Sztukater.pl 



niedziela, 29 września 2013

2 x Nesbo + Nurowska




Autor: Jo Nesbo
Tytuł: Człowiek nietoperz
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Ilość stron: 344


Nie przepadam zbytnio za czytaniem serii od środka lub od końca, dlatego też postarałam się bardzo, by moja znajomość z norweskim policjantem Harrym Hole rozpoczęła się tak, jak się należy, czyli od początku. Spodziewając się (jak przystało na skandynawski kryminał) skandynawskich klimatów, ku niemałemu zaskoczeniu, przeniesiona jednak zostałam wraz z bohaterem w kompletnie inne rejony świata mianowicie do Australii. Tam główny bohater miał rozwiązać zagadkę związaną ze śmiercią swojej rodaczki, Inger Holter.

Zmianę klimatu uważam za całkiem udane wyjście poza pewien schemat. Nieco egzotyki wniósł w ten kryminał również fakt, że w znalezieniu mordercy pomagał Harry'emu nie kto inny, jak rdzenny mieszkaniec Australii - Aborygen Andrew Kensington. To właśnie on stanie się kimś w rodzaju przewodnika po kontynencie nie tylko w sensie geograficznym, ale przede wszystkim kulturowym, historycznym oraz politycznym. Fabułę wzbogacają również wplecione w nią legendy, które wcale nie są bez znaczenia.

"Człowiek nietoperz" posiada w zasadzie wszystko to, co powinien mieć dobry kryminał. Jest napięcie, są zwroty akcji, jest ciekawy pomysł na intrygę kryminalną, gdzie rozwiązanie nie jest takie oczywiste (przynajmniej dla mnie ono nie było), no i jest Harry Hole - żaden tam superbohater, choć... zastanawia mnie fakt jego błyskawicznej niemal regeneracji po każdorazowym spuszczonym mu porządnym łomocie. Ale nie wnikam, w sumie bohater na wiecznej rekonwalescencji, to żaden bohater. I tego się trzymajmy. Co do akcji - na początku troszkę się ona wlecze, co może niektórym przeszkadzać, ale potem nabiera tempa i jest już w porządku.

Przyznam się, że zabierając się za pierwszą część cyklu, spodziewałam się wielkiego WOW, a dostałam trochę mniejsze wow. Może dlatego, że miałam wobec niej zbyt mocno wygórowane oczekiwania. "Człowiek nietoperz" na tyle mi się jednak podobał, że zaostrzył mój apetyt na drugą część cyklu, a może nawet na więcej...

Moja ocena: 4,5/6           




Autor: Jo Nesbo
Tytuł: Karaluchy
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Ilość stron: 320


Tym razem udajemy się wraz z Harrym do Bangkoku, stolicy Tajlandii. To miasto-raj dla ludzi, mogących realizować na co dzień głęboko skrywane, nierzadko perwersyjne potrzeby seksualne, nawet te, w którym biorą udział dzieci. Jest to miejsce duszne, zakurzone, dręczone nieznośnymi upałami i nieustannym hałasem, gdzie kierowcy nierzadko sami, w zależności od sytuacji, ustalają prawa dotyczące ruchu drogowego.  

Harry Hole musi odnaleźć się w tych, delikatnie mówiąc, niesprzyjających warunkach. Pokonanie bariery kulturowej jak i też językowej, a przede wszystkim pokonanie swoich własnych słabości przysparza mu dodatkowych problemów. Harry jest bowiem alkoholikiem. Walka z samym sobą nie jest dla niego łatwa, ale musi przecież skupić się na stojącym przed nim zadaniu. Otóż w jednym z tajlandzkich domów publicznych znaleziono ciało zamordowanego norweskiego ambasadora. Sprawa jest na tyle poważna, że jej ujawnienie może grozić skandalem na międzynarodową skalę. Hole szybko odkrywa, że chodzi tu o coś więcej niż tylko o morderstwo. O co? No cóż, po tę wiedzę odsyłam oczywiście do lektury "Karaluchów".

Niespodzianek nie było. I tym razem było wszystko, co potrzeba, by czas spędzony z kryminałem Nesbo nie uważać za stracony. Autor kolejny raz tak mnie zakręcił, tak zamotał, że moje wszelkie domysły dotyczące sprawcy morderstwa były w zupełności chybione. Po przeczytaniu obu tomów cyklu, muszę stwierdzić, że czuję pewien niedosyt. Mam wrażenie, że w Jo Nesbo tkwi potencjał, który nie został tu jeszcze do końca wykorzystany. Jako że apetyt rośnie w miarę jedzenia, z nadzieją na rozwinięcie skrzydeł przez autora zabieram się zatem za tom trzeci.   

Moja ocena: 5/6 



Autor: Maria Nurowska
Tytuł: Imię twoje...
Wydawnictwo: W.A.B., 2010
Ilość stron: 258

Jest to pierwsza część tzw. trylogii ukraińskiej, do której jeszcze należą dwa tytuły - "Powrót do Lwowa" i "Dwie miłości". 
Kiedy mąż Elizabeth Connery, Jeff, podczas wyprawy naukowej na Ukrainę znika w tajemniczych okolicznościach, ta postanawia za wszelką cenę go odszukać. Udaje się więc w podróż do Lwowa. Determinacja jaką się wykazuje podczas poszukiwań i podejmowane przez nią bardzo ryzykowne decyzje zagrażają nie tylko jej bezpieczeństwu, ale nawet i życiu. Na szczęście jest przy niej ktoś, kto pomaga jej w trudnych chwilach. Elizabeth wykazuje się niezwykłą wręcz odwagą w dążeniu do celu. Kiedy się wydaje, że coś jest niemożliwe, ona tego niemożliwego dokonuje. Niezłomność charakteru to jedno, ale jak się okazuje niemałym atutem w pokonywaniu barier pozornie nie do przekroczenia są dolary w jej kieszeni, którymi można praktycznie przekupić każdego. Mimo to zagadka zaginięcia Jeffa będzie niezwykle trudna do rozwiązania. I tu następuje pytanie: co stało się z Jeffem i czy jest w ogóle jakaś szansa, że się odnajdzie?
Wyprawa na Ukrainę uświadamia Elizabeth jak wiele tzw. prawd w jej życiu jest tak naprawdę ułudą. Jako historyk sztuki "prawdy szukała w płótnach mistrzów, tamte namalowane oczy patrzyły na nią i tamte usta do niej przemawiały, podczas gdy żywi ludzie stawali się coraz bardziej niemi, aż w końcu przestała słyszeć ich głos...". Przyszło jej do głowy, że razem z Jeffem wymyślili sobie tylko swoje życie. Czy w takiej sytuacji można więc ich relacje nazwać miłością? I jeszcze jedna sprawa. Elizabeth świadomie nie zdecydowała się na macierzyństwo z tego powodu, że z dzieciństwa nie wyniosła dobrych wzorców. Przebywanie z rodzicami pod jednym dachem wcale nie oznaczało, że była z nimi blisko. Myślała, że dystans uczuciowy jaki między nimi istniał, przeniesie na swoje własne dziecko, dlatego też nigdy nie podjęła się tej ważnej roli - bycia matką. Los jednak postawił na jej drodze istotę, która może to zmienić. Ale czy jej się to uda?

"Imię twoje..." to kolejna powieść Nurowskiej, która mnie nie rozczarowała, choć przyznaję, że troszkę mniej mi się podobała niż dwie poprzednie ("Hiszpańskie oczy" i "Listy miłości"), może dlatego, że dotyka ona nieco innej tematyki. Ale to absolutnie nie jest żaden minus i już nie mogę się doczekać, kiedy będę miała okazję zapoznać się z pozostałymi częściami trylogii. 

Moja ocena: 5/6

    
Wyzwania: Czytamy serie wydawnicze, W prezencie, Z literą w tle


Przepraszam, że tak zawalam Was tymi opinio-recenzjami po kilka naraz w jednym poście. No ale jak się ma tak długi słabszy czas, to potem chce się szybko nadrobić zaległości, więc mam nadzieję, że mi to wybaczycie :) 

Życzę miłego niedzielnego wypoczynku!

wtorek, 30 lipca 2013

4 w 1, czyli nadrabiam zaległości



Dłuuugo mnie tu nie było...

Jestem właśnie u rodziców na wakacjach :) Co prawda czasu mam niewiele, ale i z internetem mam tu tak, że raczej go "wypożyczam" niż mam go na stałe. Dlatego też mało mnie i u siebie, i u Was :(
Mój mózg też postanowił sobie zrobić wakacje. Wszelkie próby napisania porządnej recenzji spełzają na niczym. Przeczytanych książek troszkę się nazbierało, więc muszę trochę podgonić i dziś będą cztery opinie :)




Autor: Guillaume Musso
Tytuł: Papierowa dziewczyna
Wydawnictwo: Albatros, 2013
Ilość stron: 416



Opis z okładki: "Młody pisarz Tom Boyd odnosi niesamowity sukces komercyjny. Jego debiut literacki, powieść "Towarzystwo aniołów", przez wiele miesięcy nie schodzi ze światowych list bestsellerów, a Boyd w krótkim czasie zdobywa sławę i pieniądze. Amerykański wydawca podpisuje z nim opiewającą na dwa miliony dolarów umowę na kolejne dwie książki. Niestety, po opublikowaniu drugiej powieści Tom pogrąża się w depresji, która skutkuje kryzysem twórczym i niemożnością napisania choćby jednej linijki tekstu. Porzucony przez narzeczoną, utalentowaną pianistkę i modelkę Aurore Valancourt, nadużywa alkoholu, nie odpowiada na telefony, a nawet myśli o samobójstwie. Jego najbliżsi przyjaciele są zdruzgotani, nie potrafią mu pomóc. Pewnej nocy majaczącego we śnie pisarza budzi odgłos tłuczonego szkła. W salonie zamieszkiwanej przez niego willi w Malibu pojawia się piękna, całkowicie naga młoda kobieta, która twierdzi, że nazywa się Billie Donelly i jest bohaterką jego ostatniej powieści. Na skutek błędu drukarskiego w części nakładu pozostały niezadrukowane strony - dziewczyna utrzymuje, że wysunęła się z książki Toma w połowie niedokończonego zdania. Niemożliwe? A jeśli to prawda? Kolejne wydarzenia potwierdzają wersję Billie. Tom musi szybko wrócić do pisania, w przeciwnym razie dziewczyna umrze... To nie jedyna wielka niespodzianka, która go czeka."

To pierwsza powieść Musso, z którą miałam możliwość się zapoznać, i z pewnością nie będzie ona ostatnia. Właściwie nie miałam żadnych oczekiwań związanych z lekturą "Papierowej dziewczyny". Dałam się całkowicie ponieść wyobraźni autora i nie żałuję tego kroku. Choć przyznaję, że potknięcia były. Relacje między głównymi bohaterami - Billie i Tomem z początku były dość gwałtowne. Liczne nieporozumienia, wykrzykiwanie swoich racji w połączeniu ze zwracaniem się do siebie per "pan" i "pani" (choć i tu zdarzały się pewne niekonsekwencje) zaowocowały dialogami wręcz najeżonymi tego typu zwrotami:
- Niech się pan ode mnie odczepi! Nie jest pan ani moim ojcem, ani mężem. Prosiłam, żeby pan ze mną przyszedł, to mnie pan spławił. (...)

- Proszę, niech pani przestanie. Przecież nie może pani pić.
Możliwe, że odbierzecie to jako przesadne czepianie się, ale na dłuższą metę było to dla mnie zupełnie niestrawne, co w efekcie wywołało pewien czytelniczy dyskomfort. Na szczęście szybko minął wraz z bliższym zapoznaniem się bohaterów, a tym samym przejściem na "ty" :) Tym, co mnie zaskoczyło najbardziej, choć w niezbyt pozytywnym tego słowa znaczeniu, to zakończenie powieści. Bez wątpienia było ono bardzo pomysłowe, niebanalne, ale... do mnie nie trafiło. Czar prysł.

Pomimo tych zastrzeżeń powieść uważam za niezwykle ciekawą, a co najważniejsze - poruszającą wyobraźnię. Choć jest to komedia romantyczna, wyczuwalne są tu delikatne elementy magiczne, nadające całości smaczku. I mam ochotę na więcej!          

Spodobała mi się również kwestia podkreślenia przez Musso tego, jak bardzo ważną rolę odgrywa czytelnik w "życiu" każdej książki. To właśnie on, nie autor, nadaje jej istnieniu sens. 
Nie wystarczy napisać kropki po ostatnim słowie, żeby powieść zaczęła żyć własnym życiem. (...) Wyobraźnia czytelnika nadaje wydrukowanym słowom inny, głębszy wymiar i to dzięki niej dana historia zaczyna naprawdę istnieć.
Moja ocena: 5/6 






Autor: Jim Crace
Tytuł: Schronienie
Wydawnictwo: Świat Książki
Ilość stron: 288



Opis z okładki: "Po czasach triumfu techniki i nauki w Ameryce nastąpiło... nowe średniowiecze. Przez prymitywny kontynent, wśród śladów po metropoliach, ciągną emigranci szukający lepszego świata. Są wśród nich Frank i Margaret, którzy odkrywają miłość i siłę we wspólnym losie, gdy wali się ich świat. Co zrobią z rodzącym się uczuciem, jakiego nigdy wcześniej nie zaznali? Kim jesteśmy my, ludzie, skazani na próbę przetrwania?".


"Schronienie" stanowi bardzo ciekawy miszmasz. Mamy tu postapokaliptyczną wizję przyszłości, w której cywilizacja przeżywa coś na kształt kolejnego średniowiecza. Ameryka jest w stanie głębokiego kryzysu, a wśród ludzi rozprzestrzenia się choroba - zabójcza i zdradliwa gorączka... emigracyjna. Wielu zdesperowanych ludzi pragnie przedostać się do "kraju za oceanem", kraju niemal mitycznego, gdzie na przybyszów podobno czeka obfitość jedzenia, łagodny klimat, żyzna ziemia, zdrowe powietrze i mili sąsiedzi. Brak jakichkolwiek dowodów na to, że taka kraina istnieje naprawdę, nie zniechęca nikogo. Wyprawa na wybrzeże niesie jednak ze sobą wiele niebezpieczeństw. 

Powieść ta ma w sobie również elementy katastroficzne, które jednak nie dotyczą tylko tego, co się stało w przeszłości. Pewnego dnia prawie wszyscy mieszkańcy wioski nagle umierają. Śmierć dosięga ich we śnie. Choć przypuszcza się, że dotknęła ich epidemia czerwonki, coś tu się jednak nie zgadza. Chociażby to, że wśród zmarłych nie znaleziono żadnych typowych objawów dla tej choroby, a ułożenie niektórych ciał wskazuje na to, że śmierć była nagła. Nic nie zapowiadało nadciagającej katastrofy i nikt nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie, co było przyczyną tej tragedii. Co się więc tak naprawdę stało?

Ku mojemu zaskoczeniu wątek miłosny jest tu dość mocno rozbudowany, lecz nie zdominował on jednak całej powieści, żeby można było zaklasyfikować "Schronienie" jako zwykły romans. Oprócz tego książkę tę śmiało można rownież zaliczyć do prozy przygodowej. Dość wyraźnie jest tu także zarysowana refleksja o naturze człowieka i sensie cywilizacji.
Czasami się zastanawiała, czy Ameryka nie była dawniej zaludniona rasą głupców. Wydawało się jej, że wiele rzeczy z tamtych czasów straciło wartość dla świata i teraz leżą niczym odpadki.
"Schronienie" może nie zrobiło na mnie ogromnego wrażenia, ale z pewnością nie jest to słaba powieść. Myślę, że ze względu na ten mix gatunkowy, o którym wspomniałam, każdy czytelnik powinien znaleźć tu coś dla siebie. 

Moja ocena: 4,5/6    





Autor: Ingrid Hedström
Tytuł: Nauczycielka z Vilette
Wydawnictwo: Czarna Owca, 2013
Ilość stron: 304



Opis z okładki: "Ukochana przez wszystkich nauczycielka zostaje potrącona przez samochód, a kierowca ucieka z miejca wypadku. Z zeznań świadków wynika, że to nie był przypadek. Dlaczego ktoś chciałby zamordować sześćdziesięcioletnią Jeanne Demaret? Takie pytanie zadaje sobie sędzia śledcza Martine Poirot. We współpracy z komisarzem Christianem de Jonge rozpoczyna dochodzenie, by zrozumieć, co naprawdę się stało. Zadziwiajace jest to, że śmierć nauczycielki ma związek z tragicznymi wydarzeniami z przeszłości". 


Z przykrością muszę stwierdzić, że to raczej przeciętny kryminał, przy którym trochę się męczyłam. Ilość występujacych tu bohaterów nieco przytłacza. Na dodatek ich nazwiska nie chciały mi za bardzo utkwić w głowie, dlatego pod koniec już mi się właściwie wszystko mieszało. Nie pomógł mi nawet spis osób umieszczony na poczatku książki. Być może przyczyną tego stanu rzeczy było to, że kryminał ten czytałam na raty. Nie dlatego, że nie miałam czasu, ale dlatego, że mnie w ogóle do niego nie ciągnęło. Dotrwałam do końca wlaściwie tylko dzięki temu, że chciałam się dowiedzieć, jak sprawa się rozwiąże. 

Nie wiem, czy siegnę po kolejną powieść tej autorki. Chyba, że ktoś mnie do tego skutecznie przekona :)

Moja ocena: 3/6 






Autor: Elin Hilderbrand
Tytuł: Powrót na wyspę
Wydawnictwo: Świat Książki, 2011
Ilość stron: 432




Opis z okładki: "Birdie przygotowuje wystawne wesele swojej córki Chess. Niespodziewanie jednak panna młoda zrywa zaręczyny i nie wyjawia powodu tej decyzji. Wkrótce ginie w wypadku w górach Michael, jej narzeczony. Dziewczyna popada w depresję. Aby ją ratować, Birdie, jej druga córka Tate i siostra India decydują się na wspólny wyjazd na piękną wyspę Tuckernuck, gdzie od lat spędzały wakacje. Miesięczny pobyt w tym wyjątkowym miejscu nieoczekiwanie odmieni życie każdej z nich.



Moja podróż na wyspę Tuckernuck razem z bohaterkami powieści miała w sobie coś fascynującego. I nie chodzi tu o fabułę, która powiedzmy sobie szczerze raczej nie zaskakuje. Jak zawsze w powieściach obyczajowych tego typu (czyli takich, gdzie bohaterowie odbywają podróże) zwracam baczną uwagę na... otoczenie. Sugestywne i ciekawe opisy rekompensują mi zazwyczaj fabularne niedostatki. W tym przypadku urzekła mnie sama wyspa, jak i dom, w którym przebywają główne bohaterki powieści. Ani to żadna willa z ogrodem, ani nawet dom, w którym znajdzie się wszystko, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. To zwykły, prosty dom letniskowy, gdzie można natknąć się na latające po strychu nietoperze. W swej niedoskonałości jest on naprawdę... fantastyczny. Z przyjemnością spędziłabym w nim wakacje :)

"Powrót na wyspę" to ciepła, rodzinna, ale także przejmująca opowieść o miłości, przyjaźni i przywiązaniu do drugiego człowieka. Powieść wprost idealna na lato :)  

Moja ocena: 4,5/6


Opinie biorą udział w wyzwaniach: Czytamy serie wydawnicze, Pod hasłem, W prezencie, Z literą w tle
     

środa, 10 lipca 2013

"Teoria Gai" Maxime Chattam







Autor: Maxime Chattam
Tytuł: Teoria Gai
Wydawnictwo: Sonia Draga, 2010
Ilość stron: 432




"Instynkt drapieżcy jedynie drzemał w człowieku. Zdarzały mu się szczyty aktywności, chwile przebudzenia, odkąd jednak staliśmy się ludźmi cywilizowanymi, instynkt ten nigdy nie był całkowicie czynny. Wkrótce to się zmieni. Trwająca od kilkudziesięciu lat (...) gwałtowna fala przemocy i wzrastająca w szybkim tempie liczba seryjnych morderców pozwalają sądzić, że nasz najbardziej podły instynkt znajduje się na dobrej drodze, by wyjść ze stanu hibernacji. I jak wszystko co śpi zbyt długo, jest wygłodzony, potężny".
 
Peter i Emma DeVonck tworzą od lat bardzo udane małżeństwo. Ponadto łączy ich fakt, że oboje są naukowcami. Pewnego dnia dostają propozycję nie do odrzucenia. Kiedy dzwoni do nich członek Komisji Europejskiej, zgadzają się wziąć udział w bardzo ważnej i tajnej misji. Problem w tym, że nie wiedzą zupełnie dokąd mają się udać i jakie mają zadanie do wykonania. Ciekawość jednak zwycięża. Już na lotnisku Petera ogarniają wątpliwości, czuje się zaniepokojony faktem, że rozdzielają go z Emmą, i nikt nie chce mu powiedzieć, gdzie ją posyłają. Ale z tej sytuacji nie ma już odwrotu...
   
Dopiero w samolocie Peter i brat Emmy, Ben, otrzymują informację, że mają udać się do obserwatorium na pirenejskim szczycie Pic di Midi. Tam dowiadują się o tajemniczym projekcie, który jest nie tylko nieetyczny, ale przede wszystkim bardzo niebezpieczny. Najmniejszy błąd w jego realizacji może kosztować życie wielu ludzi, a nawet może spowodować wymarcie całego naszego gatunku. Podczas gdy Peter i Ben starają się dociec prawdy, przedzierając się przez tony dokumentów, Emma trafia w sam środek przerażających wydarzeń - na Fatu Hiva. Ta mała polinezyjska wyspa, na której tajemniczy projekt jest realizowany, zostaje opanowana przez sadystyczne potwory, demony w ludzkiej skórze. Atmosferę strachu i niepokoju potęguje fakt, że przez niesprzyjające warunki atmosferyczne Fatu Hiva jest zupełnie odcięta od świata i nie ma żadnej możliwości wyrwania się z tego piekła.

O ile fragmenty dotyczące losów Petera i Bena mogą momentami nieco nużyć, o tyle walka o życie Emmy (i nie tylko) nieustannie trzyma nas w napięciu, niemal namacalnie czuje się jej strach i przerażenie. Dodam tylko, że początkowo wydarzenia na Fatu Hiva bardzo mi się skojarzyły z filmem "Jestem legendą". Kto oglądał, ten powinien wiedzieć, o co mi chodzi. 

Naukowe teorie stworzone na potrzeby powieści są tak umiejętnie skonstruowane, że brzmią niezwykle przekonująco. Zwłaszcza, że są wplecione w hipotezy istniejące w rzeczywistości. Chattam zatem daje nam sporo do myślenia. Czy rzeczywiście jego teorie nie mają żadnych podstaw, czy naprawdę są one zupełnie nieprawdopodobne? Autor sam podsyca nasze wątpliwości, szafując w przedmowie danymi, ale pisząc również to:
"Teraz zaś proszę nie zapominać, że niniejsze wydarzenia dzieją się... wkrótce. Wszelkie podobieństwo do aktualnej sytuacji nie byłoby zatem wcale takie przypadkowe... To my decydujemy o własnej przyszłości".
Jestem wielką wielbicielką thrillerów. Cóż mogę powiedzieć, Chattam mnie tym razem zupełnie uwiódł i myślę, że to będzie wystarczająca rekomendacja dla "Teorii Gai".

Moja ocena: 5/6        

Recenzja bierze udział w wyzwaniu: "W prezencie"


P.S. Jak już pewnie zauważyliście zmienił mi się nick. A to wszystko z tego powodu, że dołączyłam do grona użytkowników "Google+". Mam nadzieję, że szybko się jednak do niego przyzwyczaicie :) Zwłaszcza, że nie chciałam się tak zupełnie rozstać z moim starym nickiem, którego po prostu lubię :)
        

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Po przerwie dwie opinie

Witajcie :) Być może wielu z Was zauważyło, że na jakiś czas zniknęłam ze swojego i Waszych blogów. Wciąż przedłużające się problemy techniczne praktycznie wyeliminowały mnie z życia nie tylko blogowego, ale i w ogóle komputerowo-internetowego. Mam nadzieję, że to już jednak koniec problemów.

Nie było mnie tutaj, lecz z czytaniem książek nie było żadnych problemów, dlatego nazbierał mi się niezły stosik do recenzji. Dziś napiszę po parę słów o dwóch pozycjach, aby szybciej nadrobić zaległości :)



Autor: Brent Weeks
Tytuł: Czarny Pryzmat
Wydawnictwo: MAG, 2011
Ilość stron: 736


Opis z okładki: "To on ma władzę, siłę i bogactwa, zapłaci jednak za to własnym życiem. Gavin Guile jest Pryzmatem, najpotężniejszym człowiekiem na świecie. Jest cesarzem i najwyższym kapłanem; tylko dzięki jego mocy, sprytowi i urokowi osobistemu udaje się utrzymać kruchy pokój. Jednakże Pryzmaci nie żyją długo i Guile dokładnie wie, ile mu jeszcze zostało: pięć lat, żeby zrealizować pięć niemożliwych celów. Nagle jednak dowiaduje się, że ma syna, który urodził się w odległym królestwie, po wojnie, dzięki której Gavin zdobył władzę. Teraz musi zdecydować, jaką cenę jest gotów zapłacić, żeby utrzymać w tajemnicy sekret, który może zniszczyć świat".

Wspomniałam już kiedyś o tym, że biorąc się za serię, do której należy "Czarny Pryzmat", rzucam się na głęboką i nieznaną wodę. Nie miałam wcześniej do czynienia z tego typu literaturą i nie bardzo wiedziałam, czego mam się spodziewać. Otóż te nieznane wody okazały się dla mnie całkiem przyjazne. Nie tylko nie utonęłam, ale z tych wód wyjść już nie chciałam. 

Bohaterowie tej powieści fantasy posiadają niezwykle ciekawe magiczne umiejętności, mianowicie potrafią krzesać kolory, co sprowadza się do tego, że przekształcają światło w namacalną substancję - luksyn. To całkiem przydatny materiał do tworzenia broni, ale także budowania mostów, murów, a nawet całych budynków. Ale to nie jest takie proste zadanie. Stworzenie trwałego luksynu wymaga wielu lat praktyki i nauki. Krzesanie koloru ma również bardzo wysoką cenę - im więcej krzesiciel posługuje się magią, tym szybciej zbliża się do szaleństwa bądź śmierci. 

Akcja powieści jest dość dynamiczna, znajdziemy w niej sporo ciekawych zwrotów akcji, interesujących bohaterów - jednym słowem nudzić się nie powinniście. Wydaje się, że świat stworzony przez Brenta Weeksa jest dopracowany w najmniejszym szczególe. Nie wiem czy miłośnicy gatunku zgodzą się ze mną, ale wydaje mi się, że "Czarny Pryzmat" nie należy do arcydzieł tego gatunku. Nie ulega jednak wątpliwości, że jest to powieść, przy której naprawdę fantastycznie spędziłam czas :) Na szczęście miałam pod ręką drugi tom - "Oślepiający nóż", dzięki czemu nie musiałam robić sobie przerwy w czytaniu. O nim z kolei napiszę troszkę później. Tak dla informacji jeszcze - "Czarny Pryzmat" otwiera trylogię pt. "Powiernik Światła".  

Na koniec muszę wspomnieć o pewnym mankamencie, który bardzo mnie raził podczas czytania książki. Chodzi o pojawiające się co rusz literówki i błędy językowe. Konsekwentnie pojawiają się one również w drugim tomie (dlaczego???). "Mężczyźni klepali go poplecach, kobiety dotykał ramion i rąk, wszyscy mu gratulowali". A mnie ręce opadają aż poplecy bolą ;)

Moja ocena: 5/6

Opinia bierze udział w wyzwaniu: "W prezencie"






Autor: Simon Beckett
Tytuł: Zapisane w kościach
Wydawnictwo: Amber, 2011
Ilość stron: 336


Opis z okładki: "Większość dnia spędzam ze zmarłymi. Czasem ze zmarłymi, którzy nie żyją od bardzo dawna. Jestem antropologiem sądowym. To po części patologia, po części archeologia. To, co robię, wykracza poza jedno i drugie. Bo nawet wtedy, kiedy biologia człowieka przestaje działać, kiedy z tego, co było życiem, zostaje jedynie zepsucie, zgnilizna i stare suche kości, nawet wtedy zmarły może być ważnym świadkiem. Może opowiedzieć swoją historię, pod warunkiem że umie się ją zinterpretować. Ja umiem. Umiem skłonić zmarłych do zwierzeń...".

Znany nam już z poprzedniej powieści Simona Becketta "Chemia śmierci" antropolog sądowy David Hunter tym razem wybiera się na wyspę o nazwie Runa, gdzie w opuszczonym domu znaleziono spalone zwłoki. Sprawa jest o tyle dziwna, że spaleniu uległo ciało, natomiast ogień oszczędził wszystko dookoła. Przypomina to trochę teorię o samozapłonie, lecz czy rzeczywiście o to chodzi? David Hunter stara się rozwikłać tę zagadkową śmierć. Tymczasem pewne okoliczności sprawiają, że wyspa zostaje zupełnie odcięta od świata, znikąd nie można otrzymać ratunku, a sprawy zaczynają się nieco komplikować.

Sięgając po "Zapisane w kościach" miałam nadzieję, że otrzymam równie dobry thriller co "Chemia śmierci" i nie zawiodłam się. Beckett jest dla mnie prawdziwym mistrzem w kreowaniu niepokojącego i hermetycznego świata niewielkich społeczności - czy to dotyczy małego miasteczka, czy mieszkańców niewielkiej wyspy. Obserwacja mentalności tych ludzi, ich nieufność wobec obcych a nawet wrogość potęguje napięcie i sprawia, że odczuwamy zagrożenie dosłownie na każdym kroku. Spowijający wyspę mrok i szalejący sztorm nadają atmosferze powieści jeszcze bardziej ponury wydźwięk. 

Rzadko się zdarza, żeby zakończenie powieści tak mnie zaskoczyło, jak w tym przypadku. Sprawiło to, że moja ogólna ocena książki znacznie wzrosła. W "Chemii śmierci" nasza wiedza o rozkładzie ciała znacznie się poszerzyła,  w tym przypadku dowiemy się, co dzieje się z ciałem, kiedy trawi je ogień...
 "W odpowiedniej temperaturze pali się wszystko. Drewno. Ubranie. Ludzie.
W temperaturze dwustu pięćdziesięciu stopni Celsjusza zapala się ciało. Skóra czernieje i pęka. Tłuszcz podskórny zaczyna topić się jak słonina na gorącej patelni. Podsycany nim płomień trawi tkankę miękką. (...) Ale kość to zupełnie inna sprawa, inna materia, dosłownie i w przenośni. Kość opiera się wszystkiemu, z wyjątkiem najgorętszego ognia. I nawet jeśli wypali się z niej cały węgiel, nawet jeśli jest już martwa i bez życia niczym pumeks, wciąż zachowuje swój pierwotny kształt".
Gorąco polecam!   

Moja ocena: 5,5/6  

Opinia bierze udział w wyzwaniach: "W prezencie", "Z literą w tle"    
  

środa, 8 maja 2013

"Pan Przypadek i trzynastka" Jacek Getner







Autor: Jacek Getner
Tytuł: Pan Przypadek i trzynastka
Wydawnictwo: Poligraf, 2013
Ilość stron: 202




Trzynastka... Z czym wam się kojarzy ta liczba? Ze szczęściem czy wręcz przeciwnie - z pechem? Czy za każdym razem, gdy na kalendarzu pojawi się piątek trzynastego myślicie sobie "o nie" i wyjątkowo tego dnia wasza czujność jest napięta do granic ludzkich możliwości? Czy wychodząc z domu, przeobrażacie swój całkiem zwyczajny wzrok na sokoli w poszukiwaniu wystających korzeni i dziur czyhających na wasze stopy, tylko po to, aby o nie zahaczyć i wywalić na ziemię wszystko co macie - torebkę, plecak, zakupy w siatce, ale i przy okazji wasze nogi, ręce, plecy, brzuch i głowę, najlepiej w pojawiającą się znienacka wielką kałużę. A może patrzycie z trwogą w niebo, wypatrując przypadkiem spadającą akurat na was dachówkę lub jeszcze jakieś inne licho. A może trzynastka jest wam zupełnie obojętna?

Jedno jest pewne - w życiu głównego bohatera powieści, Jacka Przypadka, liczba ta odgrywa niezwykle ważną rolę. Nie dlatego, że przynosi szczęście czy pecha (choć niektórzy życzą mu z całego serca tego drugiego). Zdaje się, że sam zainteresowany nawet nie zwraca na nią szczególnej uwagi. Ale ona jest i towarzyszy mu w zmianach, które mają znaczący wpływ na dalszą przyszłość pana Jacka. Objawia się w takich banałach, jak numer mieszkania, domu czy tytule sztuki wystawianej w teatrze. Ale wydarzenia mające miejsce w powieści z banałem nie mają nic wspólnego, ponieważ dotyczą one poważnych przestępstw. Pierwsze z nich dotyczy kradzieży cennych obrazów należących do Irminy Bamber, osoby znanej i cenionej w warszawskich kręgach towarzyskich, a zarazem sąsiadki pana Jacka. Nie wierząc zupełnie w zdolności podkomisarza Łosia (czemu trudno się dziwić) i jego załogi w próbach zdemaskowania złodzieja, pani Irmina zleca to zadanie Jackowi Przypadkowi, który zawsze "zauważa więcej od innych".

I tak oto przez nomen omen przypadek Jacek staje się detektywem-amatorem, którego amatorstwo, co należy podkreślić, nie ogranicza się tylko do tej jednej dziedziny. Bohater objawia nam się również jako kucharz-amator (choć swoje kulinarne umiejętności sprowadza tylko do najprostszych rozwiązań), jako maratończyk-amator wiecznie w biegu i co najważniejsze - jako amator kobiecych wdzięków. Uwikłany w dziwny związek z niby-narzeczoną, z powodzeniem szuka przygód tylko na jedną noc. Bez wątpienia jest to człowiek obdarzony niezwykle ciekawą osobowością. Inteligentny, dociekliwy i choć jego poczucie humoru jest irytujące dla co poniektórych osób pokroju podkomisarza Łosia, to robi całkiem sympatyczne wrażenie. Ponadto jest całkowicie przekonany o tym, że "ludzie są banalnie przewidywalni". 
Akcja jest dość spokojna bez gwałtownych zwrotów, napięcie jest właściwie ledwo wyczuwalne, jednak to przede wszystkim charakterystyczne postacie tworzą niezwykły klimat tej powieści detektywistycznej. Tu na czoło wysuwa się oczywiście główny bohater i jego przyjaciel mecenas Błażej Młody Bóg Seksu Sakowicz, całkowicie wierzący (choć w tej wierze jest troszkę osamotniony) w swój zwierzęcy magnetyzm, którym to rozpala wszystkie kobiety znajdujące się w jego obecności. Lekki, przyjemny język i trzy detektywistyczne historie opowiedziane nieco z przymrużeniem oka dopełniają całości. 

Mój wyjątkowy egzemplarz :)
"Pan Przypadek i trzynastka" jest pierwszym tomem z przewidywanych czternastu całego cyklu o detektywie-amatorze. Czuję się całkowicie zachęcona do tego, by sięgnąć po inne tomy i przekonać się, jak Jacek Przypadek poradzi sobie z kolejnymi zagadkami detektywistycznymi. Lektura tej niewielkiej objętościowo książki powinna uprzyjemnić wam przynajmniej jeden wieczór. I przede wszystkim niech to wasze chęci sprawią, że zapoznacie się z tą powieścią, a nie... przypadek :)


Moja ocena: 4,5/6

 Za egzemplarz bardzo dziękuję autorowi, Jackowi Getnerowi





Książka bierze udział w wyzwaniu: "Polacy nie gęsi, czyli czytajmy polską literaturę"                        

piątek, 30 listopada 2012

"Burza z krańców ziemi" Åsa Larsson



Autor: Åsa Larsson
Tytuł: Burza z krańców ziemi
Wydawnictwo: Otwarte, 2008
Ilość stron: 334




Książka trafiła do mnie dzięki temu, że szczęśliwie zostałam wylosowana w konkursie zorganizowanym przez Agatę P na jej blogu (jeszcze raz dziękuję!). Do tej pory nie miałam okazji zapoznać się z twórczością tej szwedzkiej pisarki, więc świetnie się złożyło, że zaczęłam od pierwszej części cyklu, czyli właśnie od "Burzy z krańców ziemi".

Przenieśmy się teraz do dobrze znanego nam mroźnego, surowego skandynawskiego klimatu. Nałóżmy na siebie kilka warstw ciepłej odzieży, puchatą czapę na głowę, a na nogi wsuńmy przyjemnie wypełnione grubą warstwą kożuszka wygodne buty, nie żadne tam jakieś modne kozaczki, które mogą doprowadzić tylko do paskudnych odmrożeń. Przygotujcie się na zwiedzanie małego miasteczka, które pod puchową śniegową pierzyną skrywa wielkie tajemnice i ludzkie dramaty. Ale oto przybywa do niego prawniczka, Rebeka Martinsson, która nieco odgarnie tego śniegu, odsłaniając przy tym nieprzyjemny brud i błoto. Brud, który może być niebezpieczny...

Rebeka wraca do rodzinnego miasta, by pomóc swej przyjaciółce z dawnych lat, która została oskarżona o zamordowanie własnego brata - przywódcy lokalnego protestanckiego kościoła. Wiktor był osobą powszechnie lubianą i bardzo dobrze znaną w miasteczku, można powiedzieć - miejscowy celebryta. Jednak komuś się naraził na tyle, że konflikt przypłacił życiem. Czy jego siostra, Sanna, miała wystarczający powód do tego, by posunąć się do tak dramatycznego czynu? Rebeka stara się zrobić wszystko, by odkryć prawdę. Będzie ją to sporo kosztowało, gdyż sprawa ta przywoła głęboko skrywane demony z przeszłości, mroczne i bardzo bolesne.

Bohaterowie powieści wzbudzają raczej mieszane uczucia. Rebeka w moich oczach to po prostu marionetka, za której sznurki umiejętnie pociąga Sanna. Najgorsze jest to, że doskonale zdaje sobie z tego sprawę, lecz nie potrafi nic z tym zrobić. Próbuje się buntować, szamocze się niczym mucha przyklejona do sieci pająka, lecz jej działania w tym kierunku nie przynoszą żadnych skutków. To w pewien sposób irytuje i mamy ochotę porządnie potrząsnąć naszą bohaterką. Tak samo mamy ochotę mocno przyłożyć Sannie, manipulantce, która jednocześnie jest tak słaba psychicznie (a może udaje?), że aż... ma się jej dość.  Właściwie nie do końca wiadomo, czy mamy do czynienia z dorosłą kobietą, czy z niedojrzałą emocjonalnie nastolatką.

Śledztwo trochę się wlecze i więcej w nim właściwie domysłów niż dowodów. Zabrakło mi tu, niestety, zaskakujących zwrotów akcji, które dodałyby akcji dynamiki. Mimo wszystko intryga jest na tyle ciekawie skonstruowana, że nie pozwoliła mi się oderwać od książki. Poza tym spodobał mi się język utworu. Do doskonałości jeszcze mu trochę brakuje, lecz gdy tylko autorka podszlifuje swój warsztat pisarski, może napisać coś naprawdę świetnego. A może już napisała, tylko o tym jeszcze nie wiem :) W każdym razie bardzo się cieszę, że "Burza z krańców ziemi" trafiła w moje ręce i jestem całkowicie pewna, że jeszcze niejeden wieczór spędzę przy kryminale autorstwa Åsy Larsson.

Moja ocena: 4,5/6   

Książka ta bierze udział w wyzwaniu "Z literą w tle" :)

wtorek, 18 września 2012

"Srebrny dzwoneczek" Tim Osborne




Autor: Tim Osborne
Tytuł: Srebrny dzwoneczek
Wydawnictwo: Pi, 2012
Ilość stron: 221


"Srebrny dzwoneczek" to dwunasty tom wydanej nakładem Wydawnictwa Pi serii "Super kryminał".

Tim Osborne, czyli główny bohater powieści, jest prywatnym detektywem, który raczej nie może narzekać na nadmiar zleceń. Pewnego dnia zjawia się u niego dawny znajomy, Monday Howard. Ten mężczyzna ma dość specyficzny pomysł na życie, a przede wszystkim na zarabianie pieniędzy. Polega on na... wynajmowaniu swojej wolności i odsiadywaniu wyroków za innych. W grę wchodzą tu raczej drobne przewinienia - oszustwa, kradzieże itp., więc wiąże się to raczej z niezbyt długimi pobytami w więzieniu, ale oczywiście - nic za darmo. Tego typu "współpracę" z Howardem nawiązał członek Rady Miejskiej, Anthony Partham, chcący za wszelką cenę chronić swojego syna - kleptomana. Nie wszystko jednak przebiega pomyślnie, gdyż Partham nie wywiązuje się z umowy. Wtedy to Howard zwraca się do Osborne'a, by ten pomógł mu w odzyskaniu pieniędzy. Niespodziewanie prywatny detektyw wplątuję się w coraz to grubszą aferę z drogocennym starodrukiem w tle.

Język, którym posłużył się autor "Srebrnego dzwoneczka", jest łatwy i raczej przyjemny w odbiorze (pomijając dość liczne literówki), natomiast Tim Osborne jawi nam się jako błyskotliwy i dowcipny detektyw, nieustannie wpadający z jednych kłopotów w drugie. Pełni on również rolę narratora, co jak wiadomo, znacznie skraca dystans między czytelnikiem a bohaterem. Paradoksalnie tu tego dystansu właśnie mi zabrakło. Nasz detektyw posiada specyficzne poczucie humoru, więc w momencie gdy na swój sposób opisuje dość dramatyczne wydarzenia, nie jestem pewna, czy mam do czynienia z kryminałem czy raczej z komedią... Do tego dodajmy zdrobnienia typu "wieczorkiem", "Jezu słodki" itp. i już czytelnik może się trochę pogubić. Nie do końca jestem również przekonana do pomysłu, by główny bohater został obdarzony imieniem i nazwiskiem autora (co innego, gdy jest to autobiografia, a "Srebrny dzwoneczek" z pewnością autobiografią nie jest), a do tego pełnił jeszcze rolę narratora. Nie mogę pojąć, jaki jest w tym cel. Narzuca mi się w takich sytuacjach myśl, że autor tworzy swoje alter ego, próbując obdarzyć go pewnymi cechami. Ale czy aby na pewno o to chodzi?

Niestety, ale muszę jeszcze podkreślić niezbyt miły fakt, że opis z tyłu książki, może być mylący dla czytelnika. Sugeruje on sytuację odwrotną do tego, co zawiera treści książki. Otóż jak wynika z informacji, to Monday Howard nie wywiązał się z umowy. My jednak już wiemy, że było wręcz przeciwnie. 

Pozytywną stroną tej książki jest dynamiczna akcja, autor nie poświęca zbyt dużo miejsca na nużące i przydługie opisy, do jakich przyzwyczaiły nas chociażby skandynawskie kryminały. Schematycznie nakreślone charaktery postaci występujących w powieści w tym przypadku są bardziej na plus niż na minus.

"Srebrny dzwoneczek" ma wiele słabych stron, pokuszę się też o stwierdzenie, że jest raczej przeciętną powieścią detektywistyczną. Jednak jestem przekonana, że znajdą się wśród Was zwolennicy specyficznego humoru Tima Osborne'a.

Moja ocena: 3,5/6



Za możliwość zapoznania się z książką bardzo dziękuję portalowi nakanapie.pl 

wtorek, 28 sierpnia 2012

"Chemia śmierci" Simon Beckett




Autor: Simon Beckett
Tytuł: Chemia śmierci
Wydawnictwo: Amber, 2011
Ilość stron: 384


"Już martwe ciało staje się stołem biesiadnym dla innych organizmów. Najpierw dla bakterii, potem dla owadów. Dla much". Muchy i larwy... Kto mógł przypuszczać, że te małe, niepozorne zwierzątka mogą odgrywać tak istotną rolę w ludzkim dramacie. Zazwyczaj, w przypadku much, ignorujemy je lub polujemy z żądzą zemsty za to, że przeszkadzają, a najczęściej przedmiotem zbrodni jest zwykła gazeta. Kiedy widzimy larwy, przeważnie odwracamy z obrzydzeniem wzrok. A tymczasem to właśnie one są kluczem do rozwiązania zagadki śmierci...

Manham to spokojna mieścina niczym nie różniąca się od innych mniejszych miejscowości. Jest idealną przystanią dla ludzi szukających równowagi po traumatycznych przeżyciach. Dla osób mieszkających w większych aglomeracjach może kojarzyć się z bezpieczną kryjówką przed brutalnością współczesnego świata. Chciałoby się powiedzieć - sama sielskość i anielskość. Nic bardziej mylnego...

David Hunter przeprowadził się do Manham w nadziei, że tu znajdzie schronienie przed bolesną przeszłością. W nieszczęśliwym wypadku stracił ukochaną żonę i córeczkę. Przyjął posadę miejscowego lekarza, choć tak naprawdę był świetnym specjalistą w innym zawodzie - antropologa sądowego. Kiedy na mokradłach zostają znalezione zmasakrowane zwłoki kobiety, zrozumiał, że nie uda mu się tak całkowicie odciąć od tego, co kiedyś robił. O pomoc w identyfikacji zwłok zgłasza się do Huntera inspektor Mackenzie. Początkowo lekarz stawia opór, lecz powoli zaczyna być coraz bardziej wciągany w mechanizmy prowadzonego śledztwa. Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że trupów przybywa coraz więcej...

Miasteczko opanowuje strach. Mieszkańcy zwracają się przeciwko sobie, gdyż mają świadomość, że morderca jest jednym z nich. W pewnym momencie poczułam się, jakby akcja przeniosła się w mroczne średniowiecze. Gdy tylko padnie na kogoś choćby cień podejrzenia, przypomina to polowanie na czarownice. Winny czy nie, ludzie chcą śmierci nieszczęśnika w myśl zasady ząb za ząb, krew za krew, choćby miało nawet dojść do samosądu. Na czele tego "pochodu" niczym sędzia stoi pastor Scarsdale, który zamiast uspokajać ludzi, jeszcze ich podburza. W rzeczywistości chodzi mu tylko o to, by zrobić wokół swojej osoby jak najwięcej szumu. Chce zwrócić na siebie uwagę, przyciągając w ten sposób wiernych do coraz bardziej opustoszałego kościoła.

To przede wszystkim duszna, przesycona strachem i wrogością atmosfera Manham przeraża bardziej niż czyny samego mordercy. Wystarczy uruchomić wyobraźnię i samemu postawić siebie w takiej sytuacji. Jesteś otoczony ludźmi, którzy na co dzień uśmiechają się do ciebie, witają się, czasem zapytają, co słychać. Wydaje się, że przebywając długie lata w ich otoczeniu, znasz każdego mieszkańca od podszewki, a oni znają ciebie. W jednej chwili mogą zmienić się w podejrzliwy, a nawet groźny i niebezpieczny tłum. Przyjaciele traktują cię jak wroga, bo nie ma dla nikogo taryfy ulgowej, każdy jest podejrzany. Wyłapią każdy twój fałszywy ruch...

 "Chemia śmierci" stanowi ciekawe połączenie kryminału z thrillerem. Narratorem jest sam bohater, David Hunter. Niestety, mniej więcej w połowie treści udało mi się rozgryźć, kto był mordercą, jednak nie na podstawie wskazówek, tylko dzięki intuicji. Fabuła książki z pewnością trzyma w napięciu, praktycznie do samego końca nie otrzymujemy żadnych jasnych przesłanek, kto może być winny śmierci tylu osób. Właściwie przez większość czasu jesteśmy świadkami długotrwałych prób identyfikacji ofiar (szczególnie tej pierwszej) i wyznaczania godziny ich śmierci. Największym atutem powieści jest bardzo szczegółowy opis procesów zachodzących podczas rozkładu ciała ludzkiego, owego "procesu alchemii na wspak".

Polecam książkę nie tylko dlatego, że jest ona dobrym kryminałem. Stanowi również ciekawą lekcję poglądową na to, co dzieje się z organizmem po tym, jak już wyda z siebie ostatnie tchnienie...


Moja ocena: 5,5/6

niedziela, 5 sierpnia 2012

"Dziewczyna ze śniegiem we włosach" Ninni Schulman



Autor: Ninni Schulman
Tytuł: Dziewczyna ze śniegiem we włosach
Wydawnictwo: Amber, 2012
Ilość stron: 397

"Dziewczyna ze śniegiem we włosach" to debiut szwedzkiej pisarki i dziennikarki Ninni Schulman. Powieść została uznana przez krytykę za przykład najlepszej tradycji skandynawskiego kryminału, i ja osobiście się z tym zgadzam. Jednak twierdzenie znajdujące się na okładce, że "taką powieść chciałaby napisać Camilla Läckberg" uważam za, delikatnie mówiąc, troszkę przesadzone. Z całym szacunkiem dla niewątpliwego talentu pani Schulman, stwierdzam jednak, że "Dziewczyna ze śniegiem we włosach" nie wyróżnia się niczym szczególnym, a już na pewno nie zachwyciła tak bardzo, jak "Fabrykantka aniołków" Läckberg. Ale nie zamierzam tu porównywać jednej i drugiej autorki, ani tym bardziej wieszać na kimś psów, bo też nie ma ku temu większych powodów. Jako wielbicielka (choć początkująca dopiero) skandynawskich kryminałów gorąco kibicuję naszej szwedzkiej debiutantce i z niecierpliwością czekam na jej kolejną książkę z cyklu, w którym główną bohaterką jest Magdalena Hansson.

Centrum wydarzeń mających miejsce w powieści, stanowi trochę senne i wydawałoby się bardzo spokojne miasteczko Hagfors. Tłem natomiast jest przenikliwie mroźny na wskroś skandynawski klimat, gdzie temperatura sięgająca -15°C wydaje się być niemal upałem.  Wspomniana już Magdalena, załamana po trudnym i wyczerpującym rozwodzie, po wielu latach pobytu w Sztokholmie przeprowadza się do Hagfors wraz ze swoim adoptowanym synkiem - sześcioletnim Nilsem. Ma nadzieję, że tu odzyska równowagę psychiczną. Jako dziennikarka pisze dla lokalnej gazety artykuły o codziennych, błahych sprawach. Nie spodziewa się jednak, że pewnego dnia wplącze się w niebezpieczną, zagrażającą życiu jej i dziecka międzynarodową aferę.


Magdalena mocno angażuje się w sprawę zaginięcia szesnastoletniej Heddy Losjö, która wychodząc z domu na sylwestrową zabawę, już do niego nie powróciła. Jednym z podejrzanych w sprawie jest mężczyzna, z którym nastolatka miała romans. Kilka dni później miasteczkiem wstrząsa wiadomość, że odnaleziono zwłoki młodej dziewczyny. Czy należą one do Heddy? Sprawą zajmują się Petra Wilander i Christer Berglund, którzy to zagłębiając się coraz bardziej w śledztwo, poznają mroczne sekrety skrywane przez mieszkańców miasteczka. Wówczas jedno z nich będzie musiało wybrać między lojalnością wobec swojej rodziny a pracą, która z założenia ma ścigać przestępców... 

Ninni Schulman jako debiutantka spisała się całkiem nieźle. Wątek kryminalny jest ciekawie poprowadzony, a w połączeniu z wątkami fabularnymi, nieustannie pojawiającymi się nowymi postaciami i misternie ułożoną intrygą, rzadko kto jest w stanie odkryć, kto i dlaczego był sprawcą morderstwa. Myślę, że właśnie to najbardziej świadczy o jakości kryminału. Zaskoczenie powinno być wpisane w lekturę tego gatunku, a "Dziewczyna ze śniegiem we włosach" mnie w tym nie zawiodła. Dodatkowy plus dostaje ode mnie ta książka za okładkę. Ciekawa i jak najbardziej oddająca klimat tego, co znajdziemy na kartach powieści.

Problemem może być trochę ilość przewijających się przez powieść osób i wątków z nimi związanych. I tu w grę wkroczył mój nieoceniony notatnik :) Zapisywanie imion i nazwisk opatrzonych lakoniczną notką stało się moją stałą receptą na powstający w głowie chaos przy zbyt dużej ilości danych. 

Polecam każdemu, a jeśli chodzi o fanów kryminałów skandynawskich to powinna to być lektura obowiązkowa. Jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, to przeczytajcie koniecznie! 

Moja ocena: 5/6

piątek, 3 sierpnia 2012

"Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" Stieg Larsson




Autor: Stieg Larsson
Tytuł: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet
Wydawnictwo: Czarna Owca, 2009
Ilość stron: 634



O kultowej już trylogii "Millenium" Stiega Larssona na dzień dzisiejszy słyszeli już chyba wszyscy. Nie inaczej było w moim przypadku, lecz przyszło mi poczekać trochę na możliwość zaznajomienia się z jej treścią. "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" to pierwsza część tej serii. To opasłe tomisko z początku nie zdobyło mojej sympatii i nawet odłożyłam czytanie na jakiś czas, lecz potem... no cóż... wsiąkłam w lekturę całkowicie. Jeszcze nie wiem, czy dołączę do fanklubu Larssona. Podejmę decyzję jak przebrnę przez drugi i trzeci tom (oba prezentują się równie okazale).

Lisbeth Salander to dziewczyna obdarzona niezwykłym charakterem. Ta genialna researcherka intryguje już od momentu, gdy po raz pierwszy pojawia się na kartach powieści. Jest dziwna, a jej zachowanie sugeruje, całkowitą niezdolność do normalnego funkcjonowania w społeczeństwie. Sprawia wrażenie kruchej, słabej, zamkniętej w sobie dwudziestopięcioletniej dziewczyny z wyglądem nastolatki. Ale nich nas pozory nie mylą, bo to piekielnie inteligentna i silna osoba. Jej niepozorna postura kryje w sobie niezwykłą siłę charakteru. Ta dziewczyna jest zdolna do wszystkiego! Postać Mikaela Blomkvista natomiast w porównaniu z Salander wypada trochę słabiej. Dziennikarz i wydawca magazynu "Millenium" nie ma tak barwnej osobowości, ale jednocześnie może to stanowić przeciwwagę dla tajemniczej Lisbeth.

Pewnego dnia do Blomkvista zgłasza się potentat przemysłowy Henrik Vanger z prośbą o pomoc w wyjaśnieniu zagadki sprzed lat. I tu pojawia się mój ulubiony wątek - zaginięcia bez śladu. W 1966 roku znika szesnastoletnia Harriet Vanger, która jakby rozpłynęła się w powietrzu. Prowadzone wówczas śledztwo nigdy nie wyjaśniło, co się z nią stało. Sytuacja jest o tyle zagadkowa, że stało się to na wyspie, która tamtego dnia na skutek wypadku drogowego na jedynej dojazdowej drodze, była zupełnie odcięta od świata. Ciała nigdy nie odnaleziono. Wszystko wskazuje na to, że ewentualnego morderstwa mógł się dopuścić tylko ktoś z klanu Vangerów, przebywających wówczas na wyspie. Kto to był? I dlaczego chciał zabić Harriet?

Blomkvist postanowił, choć bez większego przekonania, spróbować rozwiązać zagadkę. Nagrodą za rok szperania w tajemnicach rodzinnych miały być dostarczone przez Henrika dowody obciążające Wennerströma, oszusta, który wygrał sprawę w sądzie o zniesławienie, doprowadzając Blomkvista do aresztowania (ten wątek stanowił dla mnie najsłabszą część kryminału). Gdy natrafia na pewien ślad, prosi o pomoc Lisbeth. Razem tworzą niezwykły duet, który coraz bardziej zagłębia się w mroczne i przerażające losy rodziny Vangerów.

Swoją drogą zapamiętanie wszystkich imion i koligacji w klanie Vangerów, kto był czyim synem, kto matką, ojcem, bratem itp. to niezły trening dla pamięci :) A kiedy już się przebrnie przez te malutkie przeszkody, można już spokojnie zagłębić się w tę niesamowitą i wciągającą lekturę. Myślę, że zakończenie zaskoczy niejednego czytelnika.       

Czego spodziewałam się po tej książce? W końcu to bestseller, więc chyba moje oczekiwania były troszkę wygórowane, ale absolutnie nie czuję się zawiedziona. Po tym pierwszym tomie szalka mojego odbioru zdecydowanie przechyliła się w stronę zachwytu. Choć drobne rozczarowanie gdzieś tam się z początku pojawiło, ale było tak nieznaczne, że szybko o nim zapomniałam. 

Polecam serdecznie tym, którzy jeszcze nie czytali tego świetnie skonstruowanego kryminału z genialnie poprowadzoną intrygą! Naprawdę warto!!!

Moja ocena: 6/6